10 lip 2009, 14:29

Napisał: Wujek


skomentuj

dodajdo.com

(Czerwony) jad z głośnika

Lubię radio. Takie prawdziwe, w którym nadają zróżnicowaną muzykę (bo nie ma nic gorszego niż skrajnie sformatowane RadioZET – nadające tygodniami 10 tych samych hitów), gdzie jest miejsce i na publicystykę, na reportaż i na radiowy teatr… Jak widać, jestem słuchaczem Polskiego Radia (tego państwowego). Sporadycznie zdarza mi się przestrajać odbiornik na inne stacje niż „Jedynka” albo „Trójka”. To tak na początek, żeby podkreślić, że lubię radio.

Polskie Radio

A kilka dni temu zespół „Programu Drugiego” Polskiego Radia postanowił zaprotestować. W sposób dosyć spektakularny – przez całą dobę zamiast zwykłej ramówki słuchacze mogą odbierać jedynie ptasie trele… Ma to być aluzja do tego, że gdy zabraknie pieniędzy na „Dwójkę” (czy szerzej na „Polskie Radio”), to będziemy zmuszeni słuchać właśnie śpiewu ptaków, zamiast Pendereckiego. Rano przedstawiciel (dyrektor, czy ktoś taki – nie pamiętam) stacji narzekał w „Jedynce”, że dzięki zapowiedziom zlikwidowania abonamentu radiowo-telewizyjnego, stale spada ilość osób go płacących i w efekcie „Dwójka” może wkrótce nie mieć pieniędzy na swoją „misję”. Niestety, drodzy Radiowcy, ale według mnie wasze żądania są bolszewickie. Spieszę wyjaśnić dlaczego:

„Dwójka” ma słuchalność na poziomie nie przekraczającym 1%. Jeśli uważacie, że wszyscy podatnicy powinni składać się na waszą stację, bo wy jesteście przekonani, że „gdzieś tam” są słuchacze – to jesteście w błędzie. Równie dobrze moglibyście zażądać odebrania „Jedynce” przychodów z reklam i przekazania wam, bo wam „się należy”. Była by to dokładnie taka sama niesprawiedliwość.

Rozwiązanie jest tylko jedno – natychmiastowa całkowita prywatyzacja Polskiego Radia. Bez absolutnie żadnych warunków. Spółkę powinien przejąć ten, kto da najwięcej pieniędzy (dokładnie tak samo należy postąpić z TVP). Następnie niech nowy właściciel zdecyduje, co chce nadawać na poszczególnych antenach. Jeśli dokona dobrego wyboru, to znajdą się słuchacze a z nimi przyjdą wpływy z reklam, ale także ze sprzedaży praw do retransmisji sygnału w kablówkach, platformach cyfrowych, w Internecie, czy z wydawania nagrań z przeogromnych przecież archiwów PR. Otwórzcie sklep internetowy (coś jak iTunes) z muzyką poważną. Możliwości są ogromne!

I tyle. A jeśli będzie to oznaczać, że w „Dwójce” nie będą już nadawane opery, czy symfonie, to trudno! Pieniądze z podatków nie są po to, żeby dostarczać wrażeń estetycznych posiadaczom wszelkich możliwych gustów muzycznych. Opery równie dobrze można wysłuchać z płyty CD (ze znacznie lepszą jakością niż przez radio FM) a słuchacz nie będzie skazany na wybór redaktora stacji radiowej, tylko będzie mógł go dokonać samodzielnie – płacąc bezpośrednio za to co mu się podoba. Ja jestem przekonany, że prywatyzacja jedynie podniosła by poziom stacji (i obniżyła koszty).

18 maj 2009, 23:08

Napisał: Wujek


skomentuj

dodajdo.com

600 milionów to nie koniec – mówi premier Tusk

To jest 205 milionów dolarów amerykańskich:

$ 205.000.000

Te pieniądze zostały skonfiskowane w 2007 roku przez władze Meksyku producentom metaamfetaminy.

To jest dużo kasy.

Premier mojego rządu właśnie tłumaczy się w telewizji hienom żerującym na robotnikach (czyli kreaturom zwanym „związkowcami”), że nie dość iż już rząd „dał na stocznię” ok. 600.000.000 złotych, to da ich jeszcze więcej – w przeliczeniu mniej więcej tyle co na zdjęciu. Hieny mogą spać spokojnie! Tusk precyzyjnie wyliczył, że na przykład umorzono Stoczni Gdańskiej 40.000.000 różnorakich podatków (łącznie z lokalnymi) i 60.000.000 złotych składek emerytalno-rentowych (część podatku ZUS). Skąd się wzięły te pieniądze? Z NASZYCH PODATKÓW, DRODZY OBYWATELE! Wszyscy dorzucamy się do tej góry pieniędzy od lat pompowanej w „kolebkę Solidarności”… I będziecie dokładać dalej, jeśli wciąż będziecie zakreślać niewłaściwą kratkę na kartach wyborczych.

„Wszystkie związki na Powązki” – to jedno z haseł UPR, najstarszej (po SD) partii w Polsce. Związki zawodowe to pasożyt mocno i pewnie uwieszony na szyi polskiej gospodarki. Działacze związkowi są praktycznie nietykalni. Nie można ich zwolnić nawet gdyby ich działania uniemożliwiały prawidłowe funkcjonowanie firmy na której żerują. Takie mamy prawo! Właściciele firm muszą płacić im pensje i udostępniać nieodpłatnie pomieszczenia na ich siedziby. Kilka przykładów kosztów jakie ponoszą duże polskie firmy z powodu obowiązku utrzymywania tych pasożytów:

Money.pl: Związkowcy z rady nadzorczej KGHM zarabiają średnio 2,5 razy więcej niż pozostali członkowie organu spółki. Ci pracujący w biurach związków – 18 tys. zł miesięcznie, czyli 2,2 razy więcej niż zwykli pracownicy. (…) Liczby robią wrażenie, nawet jak na wielkość i przychody spółki (w całym 2008 r. wyniosły one 12,1 mld złotych). Spółka w ubiegłym roku na same płace związkowców wydała 7,5 mln złotych. Tyle kosztują pensje zaledwie 41 związkowców, którzy zostali oddelegowani do tego by dbać o interesy pracowników. (…)

Money.pl: (…) W batalii związków z zarządem JSW chodzi o pieniądze. Spółka do tej pory płaciła pensje 61 działaczom, którzy zostali oddelegowani ze swoich stanowisk do zadań związkowych. Według JSW roczny koszt utrzymania związków to w sumie 16 mln złotych.

- 15,2 mln złotych to kwota potrzebna na pensje i składki ZUS dla szefów związków oddelegowanych na stałe i czasowo, których jest niemało. Poza tym pracodawca musi zapewnić związkom biuro, telefony stacjonarne, a gdy związek reprezentuje 10 procent załogi, opłacić także pensję sekretarki – wylicza Katarzyna Jabłońska-Bajer, rzeczniczka JSW. (…)

Oczywiście jestem za tym, żeby każdy mógł zrzeszać się gdzie tylko sobie chce. Ale zdecydowanie przeciwko temu, żeby związek był wpleciony w struktury przedsiębiorstwa, żeby był finansowany z jego zysku! Jeśli pracownicy chcą by „opiekował” się nimi związek – to nie się skrzykną i sobie go założą! Ale nie na terenie firmy! Niech ustalą skłądkę, wynajmą pomieszczenie i radzą ile wlezie, jakby tu przechytrzyć pracodawcę…

Oczywiście wiem, że żaden postsolidarnościowy (PO, PiS itp.), czy postkomunistyczny (SLD, PSL itd.) parlamentarzysta nie popełnił by publicznego seppuku ogłaszając, że król jest nagi i trzeba uciąć łeb związkowej hydrze. Tak się nie stanie i dlatego Tusk, czy jego następcy, zupełnie tak samo jak wszyscy poprzednicy, będą chodzić na postronku związkowych bonzów. To oni dziś rozdają karty w grze o polską gospodarkę. I im prędzej się ich odciągnie od stołu, tym większa jest szansa na owej gospodarki uratowanie.

Ale musicie zmienić głos.