Archiwum tematów dla ZUS

Prawie prawica. „Prawie” robi wielką różnicę…

Prezydent Komorowski dowiedział się, że emerytury w Polsce będą coraz mniejsze

Znany antydemokrata – pan Bronisław Maria Komorowski – pełniący aktualnie funkcję Prezydenta RP, ustami swojej ministerki Iwony Wóycickiej wyraził troskę o stan polskiego systemu emerytalnego. Zmartwił się faktem, iż formacja z której się wywodzi, przez z górką 20 lat „demokratycznej transformacji” nie potrafiła wymyślić efektywnego sposobu finansowania emerytur. Jak każdy „prawie prawicowiec” nie widzi, że nie w szczegółach tkwi problem a u samej podstawy: ŻADEN PAŃSTWOWY SYSTEM EMERYTALNY NIE JEST W OGÓLE DO NICZEGO POTRZEBNY! Tak naprawdę jest nawet gorzej. ISTNIENIE TAKIEGO SYSTEMU JEST WYSOCE SZKODLIWE!

I (zwłaszcza) ekstremalnie kosztowne.

W normalnym kraju rząd, ani żaden polityk, nie powinni ingerować w plany na starość obywateli. Nawet gdyby uczciwie zarządzali pieniędzmi ze składek, nie powinien istnieć NAKAZ uczestniczenia w tym mechanizmie. To podstawowe prawo wolności, które jest fundamentem myśli prawicowej. W Polsce nie dość że państwo używa wszelkich dostępnych elementów aparatu przymusu do ściągania ekstremalnie wysokich (ok. 50% zarobków) składek, to jeszcze większą część tych pieniędzy najzwyczajniej w świecie marnuje. W efekcie emeryci dostają nędzne ochłapy. Tylko tyle żeby nie umrzeć, ale godnie żyć za te pieniądze nie sposób.

Jak długo Polską rządzić będą tacy „prawicowcy” jak pan Komorowski, tacy łże-liberałowie jak pan Tusk, tacy „konserwatyści” jak pan Kaczyński, tak długo będziemy trwać w marazmie. Ich działania prowadzą jedynie do marnotrawienia wysiłku Polaków marzących do spokojnym i dostatnim życiu. Pod Ich rządami jest to niemożliwe. Najwyższy czas, drodzy państwo, to sobie w końcu uświadomić!

Kotlet a sprawa polska

Wiadomo że jak rząd obiecuje że da, to obiecuje i na obiecankach się kończy. A jak zapewnia że zmniejszy biurokrację, to oczywiście ją zwiększy. Tak to już jest z politykami. Nie ma takiego świństwa, do którego nie posunąłby się polityk żeby zdobyć głosy. Aktualnie rządząca szajka nie jest w niczym inna od szajek poprzednich. Co prawda jednym ze sztandarowych haseł Donalda Tuska i spółki było zmniejszenie ilości urzędników, ale przecież równocześnie obiecał że nie podniesie podatków, czy że nie będzie zwiększał ilości fotoradarów na naszych dziurawych drogach… Tych obietnic nie dotrzymał, to dlaczego miałby przejmować się tamtymi? Czy to by coś zmieniło w wizerunku Platformy? No chyba niezbyt wiele. A jak się dowiadujemy rzesza urzędnicza III RP właśnie dobija do pół miliona. To całkiem pokaźny elektorat. Każda władza musi się z nim liczyć. A my musimy tę hydrę utrzymywać. Jakby tak dokładniej policzyć, to jest to duuuużo kasy. Bardziej wrażliwym polecam przerwanie dalszej lektury tego tekstu. Niektóre liczby mogą zaszokować. Według GUS w 2010 mieliśmy 462.900 urzędników. Średnia pensja urzędnika wynosiła 4.082 zł brutto. Nie wiemy czy jest to tzw. brutto małe, czy duże, ale z dużym prawdopodobieństwem możemy stwierdzić, że raczej brutto małe. Oznacza to, że do całkowitego kosztu średniego wynagrodzenia należy dodać koszty ponoszone przez pracodawcę (chodzi głównie o ukryty przed pracującymi na etacie całkowity wymiar stawek na ZUS – w tej chwili jest on płacony w części przez pracodawcę, a w części niby przez pracownika – de facto całość musi oczywiście zapłacić pracodawca). Według kalkulatora zamieszczonego na stronie wynagrodzenia.pl całkowity roczny koszt płacy jednego urzędnika w 2010 roku wynosił więc 58.099,92 zł. Mnożąc ilość pracowników przez tą wartość otrzymujemy astronomicznie wysoką kwotę:

[box]26.894.452.968 złotych[/box]

Prawie 27 miliardów! Szokująca kwota, ale nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie rachunków niestety. Żaden urząd nie może istnieć samymi urzędnikami. Potrzebuje do tego całej otoczki: budynków, wyposażenia, samochodów. A siedzący w monumentalnych siedzibach urzędnicy mają do dyspozycji specjalną opiekę zdrowotną, własne ośrodki wypoczynkowe, nieustanne szkolenia, utrzymywane z państwowych pieniędzy związki zawodowe i fundusze socjalne (dzięki którym mogą np. jeździć na coroczne zakładowe pielgrzymki do Częstochowy). Wszystko to kosztuje krocie. Są szacunki, które określają sumę pozapłacowych wydatków na administrację na kwotę nie mniejszą niż dwukrotność kosztów wynagrodzeń. Lekko możemy więc dorzucić

[box]50.000.000.000 złotych[/box]

To suma po prostu zawrotna, ale wciąż nie jest to cały obraz problemu. Aby zadowolić tę wielogłową urzędniczą hydrę, miliony Polaków są zobowiązani dostarczać jej nieustannie setki milionów dokumentów, sprawozdań, deklaracji, ankiet, zaświadczeń i tym podobnej biurokratycznej materii, nie zapominając oczywiście o grubym katalogu opłat od czegokolwiek (poza oczywistymi podatkami rzecz jasna). Aby sprostać temu syzyfowemu zadaniu upodleni Polacy poświęcają rocznie astronomicznie wielką ilość godzin. Ponoszą koszty zatrudniania specjalistów z różnorakich dziedzin tylko w celu wypełniania urzędniczych formularzy, tracą pieniądze na szkolenia mające lepiej przysposobić ich w zaspokajaniu wymagań tysięcy ustaw i rozporządzeń. A mogliby wydawać tę forsę na coś pożytecznego. Na przykład na modernizację, żeby być lepszymi w biznesie od np. Niemców. Albo na fajne wakacje, żeby nie musieć dziadować po gównianych hotelach w Tunezji czy Egipcie, pijąc od rana do wieczora arabski bimber wymieszany z wodą z kranu (bo w końcu mamy pakiet „all-inclusive„), ale w końcu pojechać na tą wymarzoną wycieczkę do Ameryki Południowej, bo zawsze chcieliśmy zobaczyć piramidy Inków! Tak! Byłoby nas na to stać, gdybyśmy nie żyli w tak złodziejskim kraju.

Jaka może być suma tych zupełnie zbędnych w normalnym kraju kosztów? Jest to niezmiernie trudne do oszacowania, ale nawet licząc po 50 zł miesięcznie od każdego obywatela RP (co jest kwotą bardzo małą – proszę zauważyć, że same wynagrodzenia w administracji firm prywatnych są z reguły dosyć wysokie, w końcu są to specjaliści), daje nam to rocznie kwotę:

[box]22.912.116.000 złotych[/box]

Podsumowując. Łączne koszty biurokracji w Polsce możemy ostrożnie szacować na nie mniej niż:

[box]99.806.568.968 złotych[/box]

Niemal sto miliardów.

To kwota odpowiadająca rocznym przychodom budżetu państwa z podatku VAT (99 mld) zł. Albo sumie podatków: dochodowego od osób fizycznych (36 mld zł), dochodowego od osób prawnych (24 mld zł) i akcyzy (54 mld zł)!

Więcej porównań? Proszę bardzo:

  • na biurokrację wydajemy w Polsce dwa razy więcej niż „odkładamy” corocznie do ZUS na emerytury (51 mld zł),
  • urzędnicy kosztują w Polsce pięć razy więcej niż nasze wydatki na obronność (23 mld zł),
  • Policja dla utrzymania w Polsce porządku otrzymuje w naszym kraju zaledwie 1/12 (8 mld zł) tego co pochłania rocznie urzędnicza hydra;
  • nasze całe wydatki na naukę to zaledwie 1/20 (5 mld zł) tego, co musimy przeznaczać na półmilionową administracyjną kastę;
  • a proponowane przez tow. Leszka Balcerowicza cięcia w wydatkach socjalnych, o których pisałem niedawno (dla niektórych bardzo dotkliwe), to łącznie mniej niż nędzne 5 mld złotych – 1/20 kosztów administracji.

Czy tak być musi? Czy nie ma innej drogi niż mnożenie niskiej jakości prawa i pączkowanie kolejnych urzędów powołanych do jego stosowania? Oczywiście że jest! Administracja mogłaby kosztować nawet 1/10 tego co obecnie! To naprawdę jest możliwe. Możemy mieć proste, liniowe podatki. Łatwe do obliczenia bez konieczności korzystania z usług biura podatkowego. Przejrzyste i spójne prawo traktujące OBYWATELA jak PODMIOT Rzeczpospolitej, gdzie to DLA NIEGO a nie odwrotnie, pracują w nielicznych urzędach wysoko opłacani, kompetentni i rzetelni Urzędnicy Państwowi. Kiedyś ten tytuł coś znaczył. Dzisiaj urzędnik to najczęściej opryskliwa urzędniczka z okienka. Nie tak powinno być.

Nie ma już chyba nikogo naiwnego, który sądziłby że obecnie rządząca szajka (PO+PSL) jest chętna do wypełniania swoich wyborczych obietnic. Ich bezpośredni konkurenci nie są w niczym lepsi. Biurokracja rosła w równym tempie zarówno za rządów SLD, AWS jak i PiS. Nikt z nich nie potrafił (nie chciał?) zaradzić tej zarazie. W tym roku mamy znowu wybory. I jedyne o co Was proszę, to zapoznanie się z programami starających się o nasze głosy partii i porównanie, jak do tej pory swoje wyborcze obietnice owe partie realizowały. To niesłychanie ważne! Gdyby w lokalnym sklepie uparcie oferowano Wam jedynie niezbyt świeże mięso, przy tym oszukując na wadze i nie wydając reszty, to czy wciąż powracalibyście do tego sklepu robiąc codzienne zakupy? Z pewnością nie.

Tak proste decyzje każdemu przychodzą niemal automatycznie… Dlaczego więc w sprawie o niebo ważniejszej niż kotlet schabowy, myślenie dla Polaków jest tak trudne?

Troska hodowcy

Balcerowicz i Rostowski

Jakżeż my lubimy kiedy się nad nami pochylają. Kiedy dbają o najmniejszy aspekt naszego życia. Nasz minister od deficytu budżetowego ostatnio wszędzie tłumaczy jaka to wielka troska o NASZE pieniądze spowodowała zmianę zasad podziału „składek emerytalnych” między szajkę państwową (ZUS) i szajki prywatne (OFE). Serce roście, kiedy się widzi taką szczerą troskę wysokiego urzędnika. O swoje tak nie dba jak o nasze…

Oczywiście prawda jest zupełnie inna. Minister Jan Vincent Rostowski, występujący pod pseudonimem „Jacek Rostowski”, martwi się wyłącznie o własny stołek i utrzymanie status quo swojej kasty. Niefortunny wpis w Konstytucji RP powoduje, że beztroska działalność polityków byłaby mocno utrudniona, gdyby przekroczyć 55% zadłużenia w stosunku do PKB a wręcz niemożliwa po osiągnięciu progu 60%. To i TYLKO to spowodowało, że Tusk i spółka wzięli się ponownie za kreatywną księgowość i za pomocą magicznych sztuczek zażegnali niebezpieczeństwo przymusowego zaciskania pasa na szczeblu centralnym. Oczywiście na jakiś czas. Gdzieś tak do wyborów. Co będzie potem nikt nie wie a ci co się domyślają albo nie puszczają pary z ust (Rostowski), albo dają rady kolejny raz potwierdzające kto w tym kraju jest podmiotem a kto przedmiotem wielkich operacji finansowych (vide były kumpel Jana Vincenta – profesor Leszek Balcerowicz).

Balcerowicz, były członek PZPR, były etatowy pracownik Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR, były przewodniczący lewicowej partii Unia Wolności, zawsze potrafił się ustawić. Jego karierze nie przeszkadzał ani PRL (kto w latach 70. ubiegłego wieku mógł studiować w Nowym Jorku?), ani stan wojenny (staże na zachodzie Europy), ani upadek własnego rządu, czy rozpad partii (ciepłe posadki w różnych instytucjach finansowych Polski i Europy). Ten facet wie jak się ustawić. A ostatnio pozuje na jedynego sprawiedliwego bijąc na alarm w sprawie zadłużenia Państwa… Rychło w czas, towarzyszu Balcerowicz.

Profesor objawił nam wczoraj swoje wyliczenia dowodzące, że (i tu niespodzianka) – to politycy rozsadzili finanse publiczne!!! Cóż za odkrycie! No to chyba noblistę 2011 w kategorii Ekonomia już poznaliśmy… Balcerowicz nie poprzestał jedynie na analizie sytuacji. Jako prawdziwy naukowiec podzielił się jednocześnie swoimi głęboko wydumanymi radami, mającymi owe mityczne publiczne finanse rychło uzdrowić. Sprowadzają się one właściwie do jednego: przykręcać śrubę. Mała próbka:

  • stopniowe podwyższanie wieku emerytalnego…
  • likwidacja przywilejów emerytalnych…
  • rozszerzenie rzeszy płacących na ZUS…
  • obniżenie zasiłków i ulg.

Przy tym wszystkim utworzenie „centrum usług wspólnych dla administracji” to już naprawdę kwiatek do kożucha, mający chyba jedynie pokazać że oszczędności pochodzić będą także z jakichś marginalnych cięć w biurokracji a nie wyłącznie z ODBIERANIA PRAW NABYTYCH. Cóż, towarzysz Balcerowicz ma jak widać jedną radę na biedę: dokładniej przetrzebiać kieszenie swoich ofiar podopiecznych. Cóż za troska.

Wystarczy jednak zmienić optykę i popatrzeć z punktu widzenia naszych „opiekunów„. Pomocne przy tym będzie zapoznanie się z wywiadem jakiego ostatnio udzielił minister „Jacek” Monice Olejnik. W materiale tym widać jak na dłoni, że Rostowski traktuje Polaków jak bydło. W znaczeniu absolutnie dosłownym. Jak hodowaną wyłącznie dla gospodarskich korzyści rogaciznę, która nie musi (wręcz nie powinna) wiedzieć w jakim celu jest hodowana. Ma jedynie żreć co mu dają, trawić to w spokoju, wypróżniać się regularnie i wynagradzać swojego hodowcę jak największą ilością „korzyści„. I tu różnica: krowy dają mleko i mięso, a ludzie tylko pieniądze. Poza tym, nie ma absolutnie żadnych różnic (no może jest jeszcze jedna: krówki i świnki mają lepszą i tańszą opiekę zdrowotną – tam jeszcze nie dotarło NFZ). Mimo usilnych starań Olejnik (która jak wiadomo potrafi być upierdliwa), Jan-Vincent vel Jacek nie odpowiedział na ani jedno niewygodnie dla siebie pytanie. Najwyraźniej o pewnych sprawach bydło wiedzieć nie musi.

Konkluzja: Balcerowicz i Rostowski pozornie stoją obecnie po dwóch stronach barykady, ale ów antagonizm jest zupełnie pozorny. Jeden i drugi to cyniczni spryciarze nastawieni na drenaż naszych portfeli. A że akurat się nieco poprztykali? Cóż, w końcu oni mają osobne portfele. I nie chcą, żeby za bardzo było w nich widać dno. No, mućki! Klapki na oczy i do roboty.

Fiscus Cristianæ

Pogląd, że „to nie szata tworzy człowieka” co i raz okazuje się piękną, ale jednak całkowicie błędną ideą. W Ameryce każde dziecko wie, że wystarczy ubrać niebieskie rajtuzy i okryć się czerwoną peleryną, żeby od razu nabrać nadzwyczajnych mocy (być silniejszym od pędzącej lokomotywy dla przykładu). Każdy Polak może zaświadczyć, że „za mundurem panny sznurem„. Wizualne przeobrażenie się to co najmniej połowa sukcesu, jeśli mamy objąć jakieś eksponowane stanowisko, sprawować władzę, czy choćby wyraźnie zaznaczyć kto w pociągu sprawdza bilety, a kto ma je okazywać…

W naszym „normalnym inaczej” kraju wdzianie określonego koloru i kroju ubrania, może oprócz prestiżu dawać także wymierne korzyści finansowe. Bardzo wymierne.

Można pobierać opłaty od ludzi pod pozorem pośrednictwa w kontaktach z Bogiem. Co ciekawe, jednocześnie można głosić iż ów Bóg jest wszechobecny i wszechwiedzący, i tak naprawdę żadni pośrednicy do kontaktów z Nim potrzebni nie są… Ale to tylko jedna i wcale nie ta najważniejsza z niekonsekwencji, mimo której tłuszcza daje się doić (i nieraz jest dzięki temu szczęśliwa).

Ale samo „co łaska” nie wystarcza już widać na dostatnie spędzanie czasu na tym „gorszym” ze Światów… Posiadacze czarnych kiecek z białymi kołnierzykami oprócz pensji szkolnych, dopłat do swoich rozległych posiadłości ziemskich, subwencji na swoje uczelnie, dofinansowań do remontów swoich siedzib, finansowania przez Państwo swoich ubezpieczeń społecznych, zwolnień z rozmaitych opłat (na przykład za koncesje dla swoich nośników propagandy), bezpłatnie otrzymywanych setkach nieruchomości, chcą wciąż więcej i więcej. Pragną żywej gotówki i zdają się nie omijać najmniejszej okazji do jej absorpcji. Jednym z bardziej znanych biznesmenów, sytuującym się w rankingu najbogatszych facetów w sukienkach tuż za niezaprzeczalnym liderem krajowym, czyli Stanisławem Dziwiszem, jest Tadeusz Rydzyk. Osobnik ów niemal do perfekcji opanował czerpanie korzyści ze swojego „targetu”, czyli moherowego katolicyzmu (innego niż „elitarny” target Stanisława Dziwisza). Imperium, którego jest właścicielem Rydzyk nieustannie się rozrasta, umiejętnie korzystając z wszelkich udogodnień jakie nasze nienormalne Państwo oferuje tym, którzy przystąpią do tej specyficznej spółki i wdzieją firmowe szaty. Właśnie dziś ujawniono kolejny biznes plan potentata z Torunia „O.Rydzyk: najpierw kościół, później aquapark”:

Wiosną ruszy budowa potężnego kościoła o. Rydzyka w Toruniu. W planach są już kolejne inwestycje: aquapark z hotelem i spa, hala widowiskowo-sportowa z basenem, nowa redakcja TV Trwam i Radia Maryja oraz … przystań jachtowa.

- Przecież to wszystko będzie kosztować setki milionów złotych – mówię patrząc na plany, które architekci redemptorystów złożyli w toruńskim magistracie.

(…) uczelnia i kościół to tylko część planowanego kompleksu Polonia in Tertio Millennio na terenie 22 ha należącym do redemptorystów. Największym z projektowanych obiektów jest aquapark z hotelem, restauracją i tarasami widokowymi, spa i salami konferencyjnym.

Ten Kato-Disneyland z pewnością stworzy poważną ilość dodatkowych miejsc pracy w Toruniu i okolicach, jednocześnie o wiele skuteczniej pustosząc portfele klientów spółki kościelnej z całego kraju. Może przez to uszczuplić wpływy „rodziny z południa”, jaką jest konkurencyjna spółka mieszcząca się w Częstochowie. W ciągu ostatnich kilkunastu lat zainwestowała ona poważne pieniądze w infrastrukturę gastronomiczno-hotelarską w Częstochowie i z pewnością liczy na spokojne kumulowanie zysków… Oj, czyżby czekała nas wojna gangów zakonów?

A przecież można inaczej! NORMALNIE! W najmniejszym stopniu nie przeszkadzał by mi fakt przebierania się dorosłych facetów w sukienki i wyimaginowane kontakty z istotami o nadprzyrodzonych umiejętnościach, jeśli przy okazji płacili by oni IDENTYCZNE jak każdy inny przedsiębiorca PODATKI. Gdyby każdy ich przychód byłby rejestrowany za pomocą kasy fiskalnej. Gdyby JAK KAŻDA INNA OSOBA PROWADZĄCA W POLSCE DZIAŁALNOŚĆ GOSPODARCZĄ, płacili by oni za siebie NORMALNY ZUS… Ja mogę, fryzjerka może, sklepowa z warzywniaka może – to PAN KSIĄDZ NIE MOŻE??! A czemuż to nie?

NIE STAĆ ICH?

Czy zaprawdę najtrudniej jest wprowadzić rozwiązania najprostsze i najsprawiedliwsze?

50.000.000.000 zł

nienażarty zus

Znakomitym dowodem na brak uczciwych zamiarów osób/partii rządzących Polską od 1989 roku jest kompletne ignorowanie problemu tzw. „ubezpieczeń społecznych„. A problem ów gwałtownie nabrzmiewa i wysuwa się na czoło wszystkich bolączek z jakimi muszą się mierzyć Polacy. Politycy u władzy, nie ważne czy to z lewicy, czy też z łże-prawicy, starają się nie widzieć tego co wkrótce dotknie każdego obywatela RP – brak pieniędzy na wypłatę emerytur. Kolejni premierzy żyją w ułudzie wmawiając sami sobie (i wszystkim wokół), że nie muszą się tym martwić, że to będzie problem „tych następnych”. Dlatego nie robią absolutnie nic. A w każdym razie nic dobrego.

Owoż wczoraj właśnie podano do publicznej wiadomości, że Zakład Ubezpieczeń Społecznych, najpotężniejsza instytucja w Polsce (ten kto obraca największym kapitałem jest najpotężniejszy – to chyba oczywiste), będzie potrzebował w nadchodzącym roku dodatkowo prawie 50 miliardów złotych OPRÓCZ gigantycznej sumy niemal 100 miliardów złotych, które pod przymusem ściąga od wszystkich pracujących Polaków! Inaczej nie będzie w stanie wypłacać „świadczeń”.

Skąd ma się znaleźć owe 50 miliardów? A sprawa jest prosta: oczywiście, z tego samego źródła, co bazowe 100 miliardów – z naszych kieszeni. Rząd pana Donalda Tuska wypłaci 38 miliardów z tzw. „budżetu państwa”, czyli z tej części łupu rządu, którą zabiera nam pod pozorem podatków. Kolejne 7,5 miliarda pochodzić będzie (niespodzianka) również z naszych kieszeni. Tym razem będzie to część środków, które instytucja owa podkradała przez ostatnie kilka lat ze składek „odkładanych” (pod przymusem oczywiście) u niej na spokojną starość… Ten złodziejski plan nosi piękny tytuł „Fundusz Rezerwy Demograficznej„. Niestety, wciąż brakuje jeszcze troszkę do potrzebnej sumy niecałych 50 miliardów, ale możemy spać spokojnie – brakujące prawie 4 miliardy złotych ZUS zamierza pozyskać z kredytów w bankach komercyjnych… Czy muszę pisać skąd wezmą się pieniądze na spłacenie owych kredytów (z odpowiednimi odsetkami oczywiście)?

47Nie mam zamiaru epatować czytelników tego tekstu liczbami z wielką ilością zer. Wszyscy socjaliści zawsze mają gest, kiedy przychodzi wydawać nie przez nich zarobione pieniądze. Po prostu jak krótko to ujął Stefan „Siara” Siarzewski: „mają rozmach, skurwysyny„… Nie w skali jest problem a w zasadach. Tak się składa, że suma jaką ZUS otrzyma dodatkowo z „budżetu państwa” odpowiada niemal dokładnie kwocie jaką wpłacamy do niego w postaci podatku dochodowego od osób fizycznych. Powtórzę: cała kwota jaką oddajemy w postaci podatku dochodowego idzie tak naprawdę na ZUS! Gdybyśmy przeprowadzili szybką ankietę na ulicy zadając pytanie „na co przeznaczane są podatki?”, to jestem absolutnie przekonany, że Polacy wymienią same szczytne cele: na szkoły, na drogi, na szpitale… A prawda jest zupełnie inna: te podatki idą w całości na wcześniejsze emerytury, na które tak chętnie przechodzą ostatnio ludzie jeszcze w kwiecie wieku, na renty dla wszelkiej maści kombinatorów, którzy są dumni ze swojego sprytu zapominając, że dostają pieniądze kosztem swoich młodszych bliskich, w końcu na te wszystkie zasiłki chorobowe za lewe zwolnienia lekarskie, które w Polsce zawsze można było „załatwić” u absolutnie każdego lekarza za kilkadziesiąt złotych…

Jasne chyba jest, że sprawa ZUS-u to w tej chwili najważniejszy problem nad jakim powinni pracować polscy rządzący. Nie nad „tarczą”, nad uchwałami z okazji rocznicy wybuchu wojny, czy Katynia, nie nawet nad sztucznie wywołanym „kryzysem”, na który ostatnio modne się stało zrzucanie wszelkich niepowodzeń w gospodarkach wszystkich krajów Świata… Problemem jest nieefektywna hydra pod tytułem ZUS, która w sposób skrajnie nieracjonalny trwoni większą część wypracowanych przez obywateli III RP pieniędzy. I wciąż chce więcej!

Priorytetem każdego rządu powinna być optymalizacja wydatków na cele socjalne i w perspektywnie osiągnięcie samodzielności ubezpieczyciela(-li), żeby system emerytalny mógł w końcu pracować tak jak został pomyślany: ubezpieczeni powinni rzeczywiście odkładać na swoje emerytury. Składka na ZUS (czy też inną podobną firmę) powinna być INWESTYCJĄ. W dodatku opłacalną inwestycją. Gdyby zysk z ciułania pieniędzy na koncie w ZUS miałby być niższy niż zysk ze zwykłej lokaty w pierwszym lepszym banku, to oczywiste jest, że LEPIEJ ODKŁADAĆ NA STAROŚĆ W BANKU! A w tej chwili nie dość, że pieniądze przez nas płacone nie procentują w najmniejszym nawet stopniu, to nie mamy nawet co marzyć o tym, aby odebrać całą „odłożoną” przez nas sumę w momencie przejścia na emeryturę! Nawet w ratach! Emeryci dostają nędzną część tego co przez lata skrupulatnie wpłacali ZUS-owi. A gdy (nie daj Boże) mają pecha zejść z tego łez padołu przed osiągnięciem wieku przewidzianego ustawą, po którym nabywają prawa do „świadczeń emerytalnych”, lub na „zasłużonym odpoczynku” pożyją niezbyt długo, to cała zgromadzona a nie wykorzystana kwota owego nieszczęśnika staje się łupem ZUS. Czyste złodziejstwo.

Aby zmusić ZUS do lepszego wydawania naszych pieniędzy można zrobić tylko jedno – uwolnić rynek ubezpieczeń. Znieść przymus płacenia składki emerytalnej tylko do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Jeśli powstanie rynek ubezpieczeń i każdy będzie mógł WYBRAĆ odpowiadającą mu firmę, wtedy (i tylko wtedy) istnieje szansa na jakąś normalność. Zaraz podniesie się krzyk: „a co z tymi, którzy w tej chwili otrzymują emerytury od ZUS-u, skąd weźmie on pieniądze na ich wypłacanie?„. Dobre pytanie, ale istnieje na nie całkiem dobra odpowiedź: RZĄD DA. Ma z czego. Nasi „kochani” politycy uchwalili przez ostatnie kilkanaście lat takie multum rozmaitych danin publicznych (podatków, akcyz, opłat), na ekstremalnie szerokie spektrum szczytnych (a jakże) celów, że zbierają rok w rok całkiem niezłą sumkę. Pieniądze te są wydawane w sposób skandaliczny, na szereg celów zupełnie zbędnych a najczęściej po prostu tam, gdzie dana grupa polityków ma swój, lub swojego elektoratu interes. Wystarczy ukrócić radosne rozdawnictwo tych wszystkich Tusków, Kaczyńskich, czy innych Napieralskich (że o małym spryciarzu Pawlaku nie wspomnę), a pieniądze na okres przejściowy podczas reformy ubezpieczeń społecznych się znajdą. Nie obejdzie się bez szeregu prostestów (zapewne spektakularnych) różnorakich grup interesów, zdeterminowanych utrzymać obecne chore status quo. Ale rząd silny moralnie i jasno prezentujący swoje racje milczącej grupie elektoratu (tej która zajęta jest pracą i płaceniem podatków zamiast kombinatorstwem i prostestami) nie powinien mieć najmniejszych problemów z przecięciem tego śmierdzącego wrzoda raz i na (miejmy nadzieję) na zawsze.

Czy znajdą się tacy odważni? A czy nasi politycy mają jaja? Oczywiście że nie! To nędzne kreatury myślące tylko o tym jak tu utrzymać się u żłobu i nie dać się zepchnąć kumplom z partii na margines, czyli tam gdzie profity są mniejsze. Z takimi politykami nie ma szans!

Dlatego MUSICIE zmienić głos. Zanim postawicie na kogoś krzyżyk na karcie do głosowania zadajcie sobie trud sprawdzenia jakie poglądy głosi dany kandydat i jego partia. A jeśli była już ona u władzy, to czy wywiązała się z danych obietnic. Tylko tyle a jak bardzo jest to ważne! Nie można, po prostu nie wolno sugerować się emocjami czy tym jak dana partia wypada w TV. Czy jej kampania wyborcza bardziej nam się podoba, czy piosenka wyborcza lepiej wpada w ucho… Liczy się tylko zimna kalkulacja: czy powierzył bym przedstawicielowi tej partii swoje pieniądze? Czy mogę ufać, że mnie nie okradnie?

Zastanówcie się!