Archiwum tematów dla USA

Ameryka dla amerykanów!

Wpływowe lobby starozakonne wywarło pewne naciski, przycisnęło jakieś przyciski i sprowokowało kolejny element planu mającego wycyckać Polskę z resztek gotówki. Element ów zmaterializował się w postaci wypowiedzi Stuarta E. Eizenstata (prawnika), pełniącego aktualnie funkcję „Specjalnego Doradcy Sekretarza Stanu USA do spraw Holocaustu”:

„Stany Zjednoczone są głęboko rozczarowane decyzją polskiego rządu o wstrzymaniu planów zgłoszenia w parlamencie projektu ustawy przewidującej odszkodowania dla osób, których własność skonfiskowano w latach 1939 – 1989. USA rozumieją wymogi budżetowe Unii Europejskiej, na które powołuje się rząd polski wstrzymując restytucję, ale zauważył, że sytuacja gospodarcza Polski jest lepsza niż wielu innych krajów europejskich. Amerykański dyplomata podkreślił, że większość osób, którym miały być wypłacone odszkodowania stanowią Polacy a nie Żydzi.”

Pisząca o tym Gazeta Wyborcza jak zwykle przy tematach tyczących w jakikolwiek sposób stosunków polsko-żydowskich przezornie wyłączyła możliwość komentowania. I bardzo dobrze, bo reakcja Polaków jest jedna – sprzeciw. Właśnie powstała inicjatywa, która ma na celu uzmysłowienie Amerykanom, że nie powinni zaglądać na obce podwórka, dopóki nie posprzątają u siebie:

Polacy są głęboko rozczarowani tym, że rząd Stanów Zjednoczonych nie dokonuje restytucji mienia Indian – rdzennych mieszkańców Ameryki. Wzywamy Rząd Stanów Zjednoczonych do pilnego przedłożenie Kongresowi Stanów Zjednoczonych, a Kongres Stanów Zjednoczonych do uchwalenia, projektu ustawy dokonującej zwrotu mienia przede wszystkim nieruchomości w naturze, a w przypadku gdyby było to z obiektywnych przyczyn niemożliwe przyznającej rekompensaty. Uwzględniając problemy budżetowe Rządu Amerykańskiego dopuszczamy, aby zadośćuczynienie było rozłożone w czasie. Jednak sytuacja gospodarcza Stanów Zjednoczonych jest lepsza niż przytłaczającej większości krajów świata, co wyklucza akceptację długiej zwłoki. (…)

List o takiej treści wystosowała do Prezydenta USA, za pośrednictwem Ambasady USA w Polsce, redakcja portalu Nowy Ekran. Powstała także grupa na Facebooku, gdzie można wyrazić swoją aprobatę dla tego posunięcia.

Od siebie dodam, że oczekujemy nie tylko odpowiedzi, ale przede wszystkim przeprosin za bezpodstawne żądania i wtrącanie się w sprawy obcego, niepodległego państwa.

To smutne, że nieodparta chęć zysku grupki pozbawionych skrupułów spryciarzy kolejny raz rujnuje wizerunek żydów w Polsce. Tak powstaje antysemityzm.

„Avatar” – czyli gruba kreska

Rok 2009 kończy się z przytupem – premiera „Avatara” Jamesa Camerona zasługuje ze wszech miar na miaro wydarzenia roku. Choćby z powodów finansowych.

Temat numer jeden pierwszych miesięcy mijającego roku to odmieniany przez wszystkie przypadki „kryzys”. Krach nie giełdach, spektakularne upadki banków a wkrótce po nich wielkich (i mniejszych) korporacji. Już nic nie miało być takie jak wcześniej, medialni analitycy przepowiadali epokę zaciskania pasa, oszczędzania. Koniec rozpasania, koniec „amerykańskiego stylu życia”.

To wszystko nie dotarło najwidoczniej do Jamesa Camerona (ale to w końcu Kanadyjczyk, a oni jak wiadomo są… inni), bo właśnie w takim momencie zaryzykował najdroższą filmową produkcję wszech czasów. Budżet filmu zamknął się kwotą niemal pół miliarda dolarów, z czego prawie połowa przeznaczona została na wydatki promocyjne. Totalne szaleństwo! Czy w Polsce znalazł by się bank chętny przy obecnej koniunkturze na finansowanie takiego przedsięwzięcia? Zdecydowanie nie. Zapewne dlatego długo jeszcze będziemy tak beznadziejnie biednym krajem. Otóż proszę sobie wyobrazić, że cała suma wróciła się już w pierwszy weekend (właśnie ten, który zakończył się przedwczoraj wieczorem) wyświetlania dzieła w kinach. Z nawiązką. Teraz film będzie przynosić tylko czysty zysk…

Wielu krytyków określa „Avatar” jednym słowem: przełom. Hmm… Być może. Ale nie wiem, czy nadal będziemy określać ten film przełomowym na miarę drugiego „Obcego”, również drugiego „Terminatora”, czy jedynego w swoim rodzaju „Titanica” za pięć czy dziesięć lat. Przypuszczam, że wątpię.

Z pewnością nikt do tej pory nie stworzył tak spektakularnego obrazu, z tak dopracowanymi syntetycznymi sceneriami, z pierwszoplanowymi postaciami cyfrowo ulepszonymi w tak dopracowany sposób, że nie sposób dopatrzeć się najmniejszych sztuczności w ich ruchu albo mimice twarzy. Tak, to z pewnością zupełne mistrzostwo filmowej technologii XXI wieku. Ale czy przełom? W całym filmie nie ma absolutnie niczego, czego nie widzieli byśmy już w dziesiątkach innych produkcji. Tak naprawdę Cameron czerpie pełnymi garściami z doświadczeń Georga Lucasa, Petera Jacksona (wręcz wynajmuje jego ekipę od CGI) czy Roberta Zemeckisa. Technika jest dziś po prostu lepsza (no i Cameron bardziej wymagający – przy takim budżecie może sobie na to pozwolić), więc i efekt końcowy bardziej spektakularny! Spokojnie, za kilka lat nawet Robert Rodriguez będzie mógł stworzyć na swoim domowym komputerze analogiczne ruchome obrazki (no i tradycyjnie sam napisać muzykę, zrobić zdjęcia i zmontować film).

Nowa jest technologia 3D. A dokładniej: sposób jej wykorzystania. Cameron wraz z Vincem Pace stworzyli nowatorską kamerę Fusion 3D, dzięki której „Avatar” w cyfrowym kinie Dolby 3D powala realnością trójwymiarowego obrazu. W ciągu ostatniego roku filmy trójwymiarowe na dobre zadomowiły się w naszych multipleksach i coraz więcej produkcji jest dostępnych w tej technologii. Co więcej – jeśli właśnie skusiliście się na super-ekstra full HD plazmę, czy inny płaski telewizor podświetlany „najnowszą technologią LED”, to z przykrością muszę Was powiadomić, że wkrótce będziecie wystawiać je na uliczne wystawki… 3D nadchodzi także do naszych kin domowych. Wszyscy liczący się producenci elektroniki zaprezentowali już swoje prototypy trójwymiarowych telewizorów. Co ciekawe, efekt uzyskiwany jest ponoć bez konieczności używania niewygodnych okularów (jak to ma miejsce w kinie). Zatwierdzono już także standard zapisu filmów 3DHD na płytach BluRay i przesyłania ich przez kable HDMI. Wszystko jest już gotowe. Pierwsze telewizory mają pojawić się w sprzedaży w 2010 roku. Do wypróbowania Waszego nowego zestawu podczas kolejnych Świąt zdecydowanie polecam „Avatara”. Z pewnością będziecie zachwyceni.

Wszystko pięknie? Niestety nie. To co kuleje w tej superprodukcji to słabość najważniejszego elementu dobrego filmu: scenariusza. Historyjka jest banalna aż do bólu. Szlachetna miłość dwojga młodych ludzi na przekór otoczeniu na tle epokowych wydarzeń. Oczywiście wbrew wszystkiemu miłość zwycięża i rzecz kończy się happy endem. Postaci nakreślone przez samego Camerona (oprócz reżyserowania napisał on do filmu scenariusz, czuwał nad produkcją i po części go zmontował) są po prostu czarno-białe. Od pierwszych niemal scen wiadomo kto tu jest „dobry” a kto „zły”. Skrajnym przypadkiem jest chyba pułkownik Quaritch. Wyświechtany archetyp bezwględnego wojskowego. W iluż filmach widzieliśmy krótko ostrzyżonych, białych, bezwględnych, żadnych krwi, stawiających zawsze na siłowe rozwiązania amerykańskich oficerów? Wszyscy mają skrzywioną psychikę (bo byli w jakimś Wietnamie, Korei czy innym Iraku). Wszyscy nie wiedzieć czemu uwzięli się na „dobrego” bohatera danego filmu. I wszyscy (bez wyjątku) ponoszą ostatecznie klęskę. Tutaj mamy wszystkie te elementy w komplecie.

Do tego para głównych bohaterów nie grzeszy nawet minimum głębi, tajemnicy, zagadki. Sa po prostu płascy. Wszystko na wierzchu. On, czyli Jake, to chyba średnia wyciągnięta ze wszystkich amerykańskich nastolatków. Przez pierwszą połowę filmu wręcz denerwowała mnie jego szczera głupota i inteligencja na poziomie co najwyżej 15-latka. Za to Ona, czyli trzy metrowa samica z gatunku Na’vi o imieniu Neytiri to z kolei prawdziwa Pocahontas. Z pewnością Zoë Saldana odtwarzająca tę rolę to jeden z jaśniejszych punktów „Avatara”. Mimo skomplikowanej postprodukcji, która mogła zatrzeć cały aktorski wysiłek tej aktorki, możemy podziwiać jej fizyczną sprawność i ekspresję. Neytiri zachwyca, lecz poza efektowną powierzchownością nie ma nic więcej do zaoferowania. I nie oczekuję tu odgrywania dylematów moralnych na skalę kina moralnego niepokoju. Niestety jej postać nie wykracza poza granice wytyczone przez Simbę z „Króla Lwa”. Neytiri to pół dzika przedstawicielka obcej rasy i tak jak disneyowskie zwierzątko ma „bardzo mały rozumek”. Jej kolejne decyzje są przewidywalne jak to, że z nowym rokiem wzrośnie cena prądu. Czyżby Cameronowi zabrakło czasu na dopieszczenie bohaterów swojej opowieści? Na dodanie im tajemnicy, na skomplikowanie nieco ich umysłów?

A może tak właśnie ma być? Może w tym wszystkim chodzi jednak tylko o stworzenie największej na Świecie maszynki do zarabiania pieniędzy? Może nad tym jacy mają być bohaterowie filmu przez długie miesiące debatował sztab najlepszych speców od marketingu? Może pracowicie ustalano, bazując na uśrednionych wynikach badań statystycznego widza, jak ma wyglądać, zachowywać się, mówić, każda z przedstawionych postaci? W końcu tu nie chodzi o budżet RP na 2010, tylko o powodzenie prywatnego przedsięwzięcia pazernych hollywoodzkich filmowców! Tu po prostu nie ma miejsca na pomyłkę. W efekcie powstało dzieło do bólu poprawne, ale jednocześnie w żadnym momencie nie rzucające na kolana (coś jak kolejne serie „Szymon Majewski Show”).

Tylko czy to jeszcze jest film jaki każdy dojrzały widz ma na myśli kiedy przyjdzie mu podać pierwsze kojarzące się z tym terminem wrażenia, słowa, odczucia? Czy chodzi tu o opowiedzenie ciekawej historii, czy tylko o bezmózgą rozrywkę dla mas?

Jestem przekonany, że reputacja Camerona po „Avatarze” wśród bankierów znacząco wzrośnie, ale krytycy będą mieć o nim zdanie dokładnie odwrotne. A publiczność i tak zadecyduje nogami. Wspomiałem wyżej, że dzieło już odniosło gigantyczny sukces. A to dopiero początek.

Czy w takim razie warto wybrać się do kina na ten film? Zdecydowanie tak! Po pierwsze: warto wiedzieć o czym mówią znajomi. A mówić będą. Po drugie: to naprawdę kawał solidnego filmowego rzemiosła. Nie będziecie się nudzić przez prawie trzy godziny. Oczekujcie wartkiej akcji, ładnych (no dobrze: zapierających dech) widoczków, trochę rozpierduchy i pouczającego morału na koniec.

Co prawda, morał jest grubymi nićmi szyty i brzmi jakby jego sponsorem byli ekoterroryści z Greenpeace a chęć przyciągnięcia do kin całych rodzin (kategoria PG-13) spowodowała, że widzowi oszczędzono jakichkolwiek scen drastycznych a niemal całkowicie nagie, posągowe ciała ludu Na’vi mają skrupulatnie poprzysłaniane drugorzędne cechy płciowe, więc nie błyśnie nam na ekranie nawet skrawek niebieskiego cycka. A szkoda.

„Avatar” to nie żaden „przełom”. To gruba kreska. Podsumowanie osiągnięć kina pierwszej epoki cyfrowej. Po „Avatarze” możemy czekać na przełom. Kto go dokona? Raczej nie Cameron. On już na zawsze pozostanie pionierem. Tym, który oswoił nas z (nad)realistycznymi syntezowanymi obrazami komputerowymi w kinie. Doprowadził je do perfekcji a może doszedł do kresu ich możliwości?

Niech mnie ktoś zaskoczy. Czas na przełom.

Triumf wolności

Firma Apple niedawno ogłosiła, że w jej sklepie z aplikacjami dla iPhonów i iPodów jest już dostępne ponad 100.000 programów. Jest to prawdopodobnie najpotężniejszy sklep z oprogramowaniem na Świecie a z pewnością największy z tych przeznaczonych na urządzenia przenośne. A dziś okazało się, że również najbardziej liberalny. Można w nim zupełnie legalnie zakupić (także w Polsce) elektroniczną wersję manifestu politycznego totalitarnego socjalisty Adolfa Hiltera: „Mein Kampf”:

Mein Kampf w iTunes App Store

Jak widać jest to wersja hiszpańsko języczna ale oprócz samego faktu zamieszczenia takiego dzieła w znanym z niejasnych zasad akceptowania programów do dystrybucji App Store, zadziwiające dla Europejczyka jest, że zezwolono na „propagandę symboliki nazistowskiej” w postaci ikony programu przedstawiającej po prostu odznakę członka Narodowo-Socjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej z wielką nazistowską swastyką w centrum… Takie coś nie przeszło by w żadnym z „miłujących wolność” krajów Związku Socjalistycznych Republik Europejskich. Zaraz poleciały by gromy ze środowisk zbliżonych do „Gazety Wyborczej”, która rozkręciła by po raz kolejny kampanię przeciwko wolności słowa.

No chyba, że chodziło by o „Dzieła” Lenina a ikona programu przedstawiała by „niegroźny”, wręcz swojski symbol zbudowany ze skrzyżowanych: ludowego sierpa i robotniczego młota.

Obiecanki cacanki

Świetny materia ł otwierający oczy ludziom zaślepionym przez propagandę. Powinien być puszczany w TVP co pół godziny… Ech… Może przesadzam, Polacy i tak by nie zrozumieli…

TVN Erewań

Pan Janusz Korwin Mikke, były prezes UPR, niczym Don Kiszot toczy gdzie tylko się da nierówną walkę z socjalizmem w każdej postaci, a z faszystowskim euro-socjalizmem w szczególności. Zjednoczone siły wrogów wolności – czy raczej zręcznie sterowana zgraja „pożytecznych idiotów” skutecznie stara się nadać mu wizerunek dziwaka, ekscentryka, wręcz osoby niespełna rozumu, której nie należy słuchać… Nie cofają się przed absolutnie żadnym kłamstwem w swojej brudnej wojnie, co pan JKM odczuł jeż w przeszłości wielokrotnie. Kolejny raz dziś.

JKM gościł wczoraj w audycji „24 godziny” w telewizji TVN 24. Większą część programu poświęcono sytuacji w Stanach Zjednoczonych A.P. i powracającemu tam socjalizmowi. Na koniec pan Janusz podsumował dyskusję słowami:

Póki w Ameryce było 25 banków, które drukowały pieniądze, banki konkurowały ze sobą. Kiedy wprowadzono ein Reich, ein Volk, ein euro, to rząd zaczął dodrukowywać pieniądze. Amerykański rząd dodrukowuje pieniądze, a więc psuje pieniądze. To jest niedopuszczalne!

Dla podkreślenia kwestii, podczas wypowiadania szlagwortu nazistów („Ein Reich…”), uniósł prawą rękę w geście rzymskiego pozdrowienia, które w pierwszej połowie ubiegłego wieku było oficjalnym salutem rządzącej Narodowo-Socjalistycznej Robotniczej Partii Niemiec.

Janusz Korwin Mikke w geście rzymskiego pozdrowienia

Nikt myślący nie może mieć najmniejszych wątpliwości, że powyższa wypowiedź nie miała na celu „propagowania treści faszystowskich” tylko ich potępienie! Miała na celu uzmysłowienie ludziom, że ich rządy (zarówno w USA jak i w Europie), idą równym krokiem śladami tow. Adolfa Hitlera! Tej prawdy nie można usłyszeć w koncesjonowanych mediach dostępnych w Polsce, więc taki „wybryk” Mikkego nie mógł mu ujść na sucho. Jak zwykle rewolucyjną czujnością popisała się „Gazeta Wyborcza”, bombardując całą serią artykułów, których treść ma stworzyć obraz JKM jako faszysty wymachującego prawicą niczym SS-man:

Najsmutniejsze jest jednak to, że od JKM odcięły się władze partii, którą stworzył:

Jaki będzie dalszy ciąg tej bezczelnej akcji propagandowej? Mam nadzieję, że JKM wytoczy ciężkie działa i bez kosztownych odszkodowań i przeprosin się tym razem nie obejdzie.

A kiedy przyjdzie kres otwartego i bezkarnego propagowania treści komunistycznych? Kiedy doczekamy się patroli policyjnych zatrzymujących młodzieńców-idiotów paradujących w koszulkach z wizerunkiem Ernesta „Che” Guevary? Wszystko to takie popieprzone… Dalej żyjemy w komunie, tylko świnie przy korycie się zmieniły.

P.S.

P.S.2

I jeszcze nieoczekiwana obrona JKM we wczorajszym „Szkle kontaktowym”: