Młot na Kaczora
Jarosław Kaczyński zapewne wciąż jest wniebowzięty po decyzji Donalda Tuska o nie kandydowaniu w nadchodzących wyborach prezydenckich. Ma się z czego cieszyć a uboga paleta potencjalnych kandydatów PO na Prezydenta RP może go w owej radości jedynie wzmacniać. Bądźmy szczerzy: Radosław Sikorski lub (tym bardziej!) Bronisław Komorowski, mogą mieć poważne trudności w pokonaniu nielubianego, ale jednak wciąż posiadającego szerokie poparcie w pewnych grupach społecznych Lecha Kaczyńskiego. Komorowski nigdy nie cieszył się jakąś szczególną sympatią szerokich mas wyborców. To polityk miałki, bez poglądów, starający się unikać jakichkolwiek wyraźnych deklaracji w sprawach zasadniczych. Co więcej, wielokrotnie zdarzało mu się w gładkich słowach i z nieodłącznym uśmiechem na twarzy oczerniać innych, przekręcać oczywiste fakty czy wmawiać pasujące jego własnej doktrynie interpretacje zdarzeń, wobec których obiektywna ocena zdawała się stać w jawnej sprzeczności. Wystarczy chociażby przypomnieć jego bezwarunkowe poparcie dla Lecha Wałęsy wbrew oczywistym faktom.
Zupełnie inaczej ma się sprawa z Radkiem Sikorskim. Po pierwsze dla większości Polaków nie jest do końca jasne czy ten Sikorski to tak do końca nasz rodak, czy może jest poddanym brytyjskiej Królowej a w ogóle nie wiadomo co ona tam wyprawiał w Afganistanie… No i ten nie do usunięcia problem z “lady Sikorski“. Pal sześć, że to “silna osobowość”, jak powiedział poseł Palikot. O wiele gorsze jest to, że to prawdziwa amerykańska Żydówka z Nowego Jorku. Co jak co, ale jak każdy prawdziwy Polak wie, “Żydzi zabili nam Chrystusa“. Nie ma najmniejszych szans iżby pierwszą damą Prezydenta RP została potomkini pogromców Zbawiciela. Taki numer nie przejdzie.
Czy w takim razie jesteśmy skazani na kolejne pięć lat z Lechem Kaczyńskim? Jest mała szansa, że nie. Ale wymagało by to nadludzkiego wręcz poświęcenia i nadzwyczaj wytężonej pracy w szeregach Platformy Obywatelskiej. Osobiście wątpię, czy stać ich na jedno i drugie. Ale mój szczwany plan jest taki (oddaję go na zasadzie otwartej licencji Creative Commons):
- Donald Tusk wycofał się kandydowania. To dobrze. Teraz to samo muszą zrobić Bronisław Komorowski (niezwłocznie) i Radosław Sikorski (mniej więcej za miesiąc).
- W tym czasie, należy wyszukać w szeregach Platformy Obywatelskiej osobę, która zostanie Prezydentem. Musi ona być członkiem partii a nie kimś z zewnątrz, jeśli chcemy żeby nie było najmniejszych wątpliwości, że to kandydat PO. Oczywiście musi to być ktoś godny zaufania, ktoś dla kogo PO jest pierwszą partią w życiu.
- Musi to być osoba z drugiego, czy wręcz trzeciego rzędu partyjnego. Ktoś, kto nie jest umoczony we władzę na szczeblu centralnym. Ktoś nie będący członkiem rządu, nie udzielający się w mediach. Może ktoś “z terenu”, pełniący jakąś funkcję w lokalnym samorządzie na prowincji? To dodawało by jakiś procent głosów od wyborców sympatyzujących z PSL.
- Kandydat musi odznaczać się nienaganną prezencją, nie mieć kłopotów z wysławianiem się (bez żadnego jąkania się, postękiwania, bez naleciałości regionalnych w wymowie). Jednocześnie nie musi być wybitnym specjalistą w jakiejkolwiek dziedzinie.
- Kandydat nie może być młodszy niż 35 lat i starszy niż 50 lat.
- No i najważniejsze: musi być kobietą. W pełni tego słowa znaczeniu.
Jeśli Donald Tusk i spółka marzą o przejęciu pełni władzy w Polsce, to taki kandydat ma w mojej opinii największe szanse na zdobycie prezydenckiego stolca a przy okazji idealnie wpasuje się w wielokrotnie przedstawianą przez Tuska wizję struktury władzy w RP: silny premier, reprezentacyjny prezydent.
Gdyby PO miało jaja i zdecydowało się na taki ruch, to z polską “Sarą Palin” mogliby wygrać już w pierwszej turze. Chyba nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że gdyby dać do wyboru Polakom nieporadnego Lecha Kaczyńskiego, albo eurosocjalistę Jerzego Szmajdzińskiego, albo katolickiego fundamentalistę Marka Jurka, albo wyalienowanego Andrzeja Olechowskiego to na ich tle atrakcyjna i inteligentna kobieta ma wygraną w kieszeni! Co więcej, taki ruch zniweczył by sens zastosowania tego samego co zawsze, prymitywnego “sposobu na wrogów” jakiego użycie z nieukrywaną satysfakcją zapowiedział w wywiadzie dla Newsweeka prezes PiS Jarosław Kaczyński. Gdyby zabrać im nawet ten słaby, ale jednak oręż w walce z PO, to partia Kaczyńskich po kolejnej wyborczej porażce odeszła by na zasłużony śmietnik historii najdalej w rok po wyborach.
Tylko czy znowu górą nie będą wybujałe ambicje co poniektórych działaczy PO? Cóż, Polak jest cierpliwy. Wytrzymaliśmy dwie kadencje z kłamcą i pijakiem Kwaśniewskim, to dziesięć lat z mrukliwym Kaczyńskim to dla nas pestka. Ale w 2015 możemy nie mieć już ochoty na prezydenta z PO.
Mogło być gorzej, mogłem zostać prezydentem…
Całe szczęście, że jest ten nieszczęsny profesor (jak go skrupulatnie tytułuje Ryszardo Czarneckie) Lech Kaczyński. Na kogóż by mógł zrzucać winę wszelką za swoją nieskuteczność nasz liberalny Donald Tusk gdyby nie Prezydent?! Jak ktoś niedawno skrupulatnie podliczył, Tusk w swoim pierwszym exposé jako Premier RP dał dokładnie 194 obietnice. Jak dotąd nie zrealizował chyba nawet jednej dziesiątej z nich. A i te, które realizacji jakimś cudem się doczekały, nie należą do tych kluczowych, podstawowych. Tych definiujących Platformę Obywatelską jako prawicową formację liberalną.
Jak choćby obniżka podatków. Za pierwszej PO (tej z Rokitą, Olechowskim, czy Płażyńskim), sztandarowym hasłem partii było “3 x 15“. Miało to oznaczać obniżkę podatków i rezygnację z niesprawiedliwych progów. Wszyscy mieli płacić jeden, równy i bezstopniowy podatek:
- 15% VAT (podatek od towarów i usług)
- 15% PIT (podatek dochodowy od osób fizycznych)
- 15% CIT (podatek dochodowy od przedsiębiorstw).
Proste i uczciwe, prawda? Niestety, z takim programem PO nie udało się wygrać wyborów. Jak twierdzą niektórzy dlatego, że Polacy są lewicowi. Ja sądzę, że jest dokładnie odwrotnie. W ofercie PO zabrakło elementu rozliczeniowego a Polacy wciąż życzą sobie rozliczenia komunistów i uwłaszczonej na wspólnym dobru szajki z ich otoczenia. Dlatego wyborcy poparli PiS, które jak wiemy zawiodło na całej linii. Co jak co, ale głównym celem PO jest oczywiście władza, więc do kolejnych wyborów przygotowali się solidnie. Wynajęli speców od marketingu politycznego a ci powiedzieli im, że największe poparcie zyskają unikając trudnych tematów, starając się nie atakować żadnej z grup społecznych no i przede wszystkim obiecując wszystko i wszystkim. No i udało się. Prawie. Bo operacja “Prezydent z Gdańska” zakończyła się maleńkim niepowodzeniem. Pan Donald Tusk zdobył zaszczytne drugie miejsce…
Czy oznacza to, że PO miało przez ostatnie dwa lata związanie ręce? Niestety tego nie wiemy. Nie wiemy, bo liberałowie z PO nigdy nawet nie spróbowali przetestować determinacji Lecha Kaczyńskiego. Co prawda, w dziesiątkach wywiadów jakie udzieliły osoby związane z rządem Platformy Obywatelskiej przy okazji półmetka kadencji, jako powód swojej niemocy podawali przede wszystkim “złego” Prezydenta. Tak się składa, że jest to argument absolutnie fałszywy.
Podam zatem ilość ustaw zmniejszających obciążenia podatkowe w RP autorstwa “liberalnego” rządu Donalda Tuska, które zostały zawetowane przez “niedobrego” Lecha Kaczyńskiego:
0 (słownie: zero),
oto ilość ustaw liberalizujących rynek usług medycznych w Polsce, autorstwa “liberalnego” rządu Donalda Tuska, które zawetował Lech Kaczyński:
0 (słownie: zero),
ilość prób naprawienia nabrzmiewającego problemu tzw. “ubezpieczeń społecznych“, np. poprzez ustawy likwidujące różnorakie przywileje emerytalne, wprowadzające weryfikację rent, likwidujące patologie w KRUS, zaproponowane przez “liberalny” rząd Donalda Tuska, które zostały zawetowane przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego:
0 (słownie: zero).
Takie są fakty. Na ponad 1800 ustaw jakie trafiły do podpisu na biurko Lecha Kaczyńskiego, zawetował on zaledwie kilkanaście, z czego skutecznie (czyli, że weto nie zostało odrzucone przez Sejm i dana ustawa nie weszła w życie) jedynie kilka! To są niepodważalne i łatwo sprawdzalne fakty. To jest prawdziwy obraz “liberałów” z PO. Co więcej, te odrzucone przez Kaczyńskiego ustawy dotyczyły tak naprawdę rzeczy nie związanych bezpośrednio z owymi filarami liberalnego programu Platformy. Prezydent najczęściej blokował reformy w sądownictwie. Kompletna lista ustaw zablokowanych przez Lecha Kaczyńskiego jest następująca:
- 10 sierpnia 2006 – weto do ustawy o zmianie ustawy “Kodeks cywilny” oraz niektórych innych ustaw
- 1 maja 2008 – weto do ustawy o zmianie “Ustawy o radiofonii i telewizji” oraz niektórych innych ustaw
- 3 lipca 2008 – weto do ustawy o zmianie ustawy “Prawo o ustroju sądów powszechnych” oraz niektórych innych ustaw
- 24 lipca 2008 – weto do ustawy o zmianie “Ustawy o komercjalizacji i prywatyzacji” oraz niektórych innych ustaw
- 24 listopada 2008 – weto do ustawy o zmianie “Ustawy o ochronie gruntów rolnych i leśnych”
- 27 listopada 2008 – weto do ustawy o zmianie “Ustawy o zakładach zakładach opieki zdrowotnej”
- 27 listopada 2008 – weto do ustawy o zmianie ustawy “Prawo o ustroju sądów powszechnych” oraz niektórych innych ustaw
- 27 listopada 2008 – weto do ustawy o wprowadzeniu “Przepisów z zakresu ochrony zdrowia”
- 27 listopada 2008 – weto do “Ustawy o pracownikach zakładów opieki zdrowotnej”
- 27 listopada 2008 – weto do ustawy o zmianie “Ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji”
- 29 listopada 2008 – weto do ustawy o zmianie “Ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych” oraz niektórych innych ustaw
- 29 listopada 2008 – weto do ustawy o “Ratyfikacji Konwencji w sprawie kontaktów z dziećmi, sporządzonej w Strasburgu w dniu 15 maja 2003″
- 15 grudnia 2008 – weto do “Ustawy o emeryturach pomostowych”
- 29 grudnia 2008 – weto do “Ustawy o Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury”
- 12 stycznia 2009 – weto do “Ustawy o dożywotnich emeryturach kapitałowych”
- 9 marca 2009 – weto do ustawy o zmianie “Ustawy o systemie oświaty” oraz o zmianie niektórych innych ustaw”
- 17 lipca 2009 – weto do “Ustawy o zadaniach publicznych w dziedzinie usług medialnych”
- 18 września 2009 – weto do ustawy o zmianie “Ustawy o prokuraturze” oraz niektórych innych ustaw”.
To wszystko. Czy wobec powyższych osiemnaście razy wyrażonych zdań odrębnych można mówić o niemożności przeprowadzenia takich czy innych reform? Albo próby chociażby spełnienia obietnic dzięki którym wygrało się wybory? Nikt poważny nie ma takiego prawa. A oddawanie ponownie głosu na partię, która nie dość że nie ma zamiaru nawet próbować wypełniać swoich obietnic, ale wręcz bezczelnie łże zwalając winę na wszystko oprócz własnej złej woli i lenistwa, jest czystą głupotą. Czego Wam szczerze nie życzę.
Prawna sraczka
Ubawiła mnie bezmyślna szczerość posła Przemysława Edgara Gosiewskiego (PiS), który we wczorajszym porannym wywiadzie dla Trójki przyznał, że tak naprawdę nie był w stanie szczegółowo analizować projektów ustaw, które były mu dostarczane kiedy pełnił funkcję wicepremiera w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.
“Niewiele czasu poświęciłem tej ustawie, tak jak i innym. Bo jak ma się 5000 dokumentów, to każdą się zajmuje w taki sam sposób…”
W tym krótkim zdaniu znajduje się genialne podsumowanie całej prawnej sraczki generowanej przez III RP – jeśli nie potrafimy tworzyć prawa wysokiej jakości, to przynajmniej idźmy w ilość… Dwojga imion wybitny aparatczyk narodowo-socjalistycznego “Prawa i Sprawiedliwości” nie wykazuje najmniejszych znamion troski o podmiot, który dał mu wszystkie zaszczyty, który go utrzymuje, funduje eleganckie limuzyny i reprezentacyjne gabinety, darmowe podróże po Świecie, czy pozwala gwiazdorzyć w mediach – czyli o obywateli Rzeczpospolitej. Gosiewski nie widzi absolutnie nic złego w tym, że podsunięto mu projekt ustawy załatwiającej czyjeś prywatne interesy bo, jak sam przyznaje, “taka była umowa między klubem a rządem”… Dla tego człowieka sprawowanie jednej z najwyższych funkcji w państwie to po prostu rozszerzenie wpływów jego partii na obszar całego kraju. Nic więcej. Chciałem napisać, że “w pierwszej kolejności” dbał on o dobro partii, ale tu nie ma jakiejś “drugiej kolejności”, gdzie ewentualnie znalazło by się miejsce na dbanie o obywateli RP… Jeśli dana sprawa nie leży w interesie partii, nie przynosi wymiernych korzyści dla PiS-owskich aparatczyków, czy choćby nie ma bezpośredniego przełożenia na wzrost notowań w sondażach, to partia się nią nie zajmowała. Brutalnie proste.
Co gorsza, 5000 dokumentów to po prostu pikuś. Następcy PiS są lepsi… W ubiegłym roku w samych Dziennikach Ustaw opublikowano 18350 stron tekstu. A przecież zawiera on jedynie same ustawy, rozporządzenia, zatwierdzone i teoretycznie głęboko przemyślane przez Elitę Narodu PRAWO. A co z całą masą dokumentów pośrednich? Przecież często do ustalenia idealnego tekstu ustawy, wielokrotnie zbiera się jedna, czy nawet kilka komisji! Każde z tych ciał tworzy ważne dokumenty, zleca dodatkowe ekspertyzy, zadaje pisemne pytania, wysyła wnioski i otrzymuje na nie odpowiedzi… To są grube dziesiątki tysięcy dokumentów. Jeśli posłowie wymagają od obywateli bezwzględnego przestrzegania CAŁEGO PRAWA, to można chyba wymagać żeby wiedzieli CO UCHWALAJĄ?! W tej chwili jest to oczywiście niemożliwe. Gdyby każdy parlamentarzysta miał zapoznać się choćby z opublikowanymi w Dziennikach Ustaw tekstami, musiałby czytać po 50 stron każdego dnia. 350 stron tygodniowo. 1500 stron na miesiąc… A nie jest to lekka proza nadająca się do poduszki. To teksty zawierające skomplikowane techniczne zagadnienia, naszpikowane fachowymi terminami, w których każdy przecinek może zasadniczo zmieniać sens każdego przepisu. To wymaga skupienia.
Wygląda, że to kiepska fucha, takie posłowanie… No chyba, żeby robić tak jak znakomita większość naszych posłów – brać kasę, chodzić na głosowania i podnosić rękę kiedy pokazuje szef klubu. Nie zadawać pytań, ładnie uśmiechać się na wyborczych wiecach, unikać trudnych tematów… Alleluja i do przodu! P.E. Gosiewski może, to i każdy potrafi.
Takich ich SOBIE wybieracie.
Ś.p. “Unia Polityki Realnej”
UPR, partia której zawsze kibicowałem, odchodzi w niebyt. Jeśli chcecie dowiedzieć się co “nie wyszło” w projekcie pod tytułem “Unia Polityki Realnej”, to polecam obejrzenie wywiadu z panem Michałem Marusikiem, przewodniczącym Rady Sygnatariuszy UPR:
Wszystko jest polityką?
Wszyscy czują przesyt polityką. Gdyby spytać tzw. “zwykłych ludzi” to każdy powie, że woli oglądać “M-jak Miłość” zamiast czegokolwiek w TV, bo wszędzie są ci okropni politycy i polityka. Też to macie? To wielki błąd!
Już pobieżna analiza tematów jakimi zajmowali się polscy politycy przez ostatnie kilka lat daje przerażający obraz totalnego chlewu, który babrze się jedynie w swoich gównach. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy dany poseł, senator, minister albo premier pochodzi z lewicy, z centrum czy z łże-prawicy… Jedyne co może go skłonić do działania to chęć przywalenia konkurencji. Otóż drodzy (w dosłownym tego słowa znaczeniu) panie i panowie parlamentarzyści: nie po to was utrzymujemy, żebyście sobie skakali do oczu, tylko żeby rozwiązywać problemy, usuwać przeszkody w osiągnięciu PRZEZ NAS dobrobytu i zadbać o poprawne działanie służb zapewniających nam bezpieczeństwo (wojsko, policja). Nic więcej!
Kiedy ostatnio widzieliście w TV poważną debatę z udziałem kompetentnych polityków na temat np. wysokości podatków w RP? Albo tego jak ma być finansowana budowa dróg? Czy choć raz Donald Tusk albo Jarosław Kaczyński spotkali się przed kamerami, żeby rzeczowo porozmawiać o nabrzmiewającym problemie tzw. ubezpieczeń społecznych? Po trzykroć nie! Liderzy rządzących Polską partii (czy może powinienem napisać: rozdzierających między sobą Ojczyznę szajek?) nie zajmują się tak przyziemnymi sprawami. Przecież, jak to powiedział kiedyś PRL-owski rzecznik: “rząd się sam wyżywi“. To absolutna prawda, niestety. Tak samo wtedy jak i dzisiaj.
Pewną winę za taki stan rzeczy ponoszą nasi, pożal się Boże, “dziennikarze“. Dla przykładu Monika Olejnik codziennie rozmawia z politykami i zawsze są to osoby z samego świecznika. Premier, marszałek sejmu, przewodniczący, minister, ew. szef komisji… Olejnik nigdy nie spyta o sprawy ważne, zawsze są to bieżące przepychanki. Oto spis tematów z ostatnich dni:
- 7 stycznia: tow. Napieralski (SLD) oskarża PO o chęć pozbycia się chorych na raka,
- 6 stycznia: Brudziński (PiS) wiesza psy na PO za machlojki w komisji hazardowej,
- 5 stycznia: Sikorski (PO) zapewnia, że nie ma żadnego konfliktu między nim a Prezydentem (PiS twierdzi oczywiście dokładnie odwrotnie),
- 4 stycznia: Krzysztof Kwiatkowski (MS) tłumaczy, że będą bronić ostatniego świadka w sprawie zabójstwa gen. Papały jak niepodległości,
- 30 grudnia: prymas Muszyński zaprzecza, jakoby Kościół Katolicki narzucał innym krzyże,
- 29 grudnia: Palikot (PO) pierze publicznie partyjne brudy, zdradzając z kim trzyma w Platformie,
- 28 grudnia: Kępa (PiS) obrabia tyłek PO, czując się oczywiście skrzywdzona i upokorzona wykluczeniem z komisji hazardowej…
Tak można w nieskończoność… Inna sprawa, że Monika Olejnik ma swój własny, niepowtarzalny styl prowadzenia wywiadów i zasadniczo nie dopuszcza jakiejkolwiek dyskusji w studio. Wygląda to tak, jakby nie potrafiła wyjść poza wcześniej przygotowane ramy wywiadu. Potrafi kilkanaście razy powtarzać jedno pytanie a i tak nie uzyskuje na nie odpowiedzi. Pod tym względem jawi się jako osoba pyskata, upierdliwa ale jednocześnie całkowicie nieskuteczna. Tak naprawdę nigdy z jej wywiadów nie dowiemy się niczego, czego nie wiedzieli byśmy już wcześniej. Po prostu polscy politycy potrafią sobie doskonale z nią radzić.
Zgoła inaczej jest u innej “gwiazdy“: Tomasza Lisa. Ale jedynie pod względem formy. Show Lisa skupia się na takich samych błahostkach jak Olejnik, jedynie przepytuje on polityków hurtowo, po kilku naraz. No i w odróżnieniu od kamiennej twarzy Moniki, Tomasz Lis potrafi grać całym sobą, kreując śmieszne doprawdy zaangażowanie. Treści w tym nie ma oczywiście żadnej. Są za to szarmanckie maniery, eleganckie garnitury i hollywoodzkie oświetlenie.
Dlatego sądzę, że jeśli jest jeszcze szansa na przywrócenie w Polsce normalności, to trzeba zacząć od zmuszenia polityków, żeby zajmowali się POLITYKĄ. Jeśli jakiś poseł robi na lewo interesy, to jest to sprawa dla prokuratury a nie dla innych posłów, którzy akurat mają życzenie występować przez pół roku w TV jako członkowie “komisji”. Jak już wyżej napisałem, nie po to was zatrudniliśmy!
Jeśli historyk napisze pracę ujawniającą współpracę tej czy innej znanej postaci z SB 40 lat temu, to naprawdę nie musi się w tej sprawie wypowiadać premier! Wystarczy, że osoba czująca się pokrzywdzoną podejmie odpowiednie kroki prawne wobec pomawiającego. To nie jest zakres działań Rządu RP!
Wbrew większości, żądam niniejszym WIĘCEJ POLITYKI. Czy może dokładnej: NIECH W KOŃCU POLITYCY ZAJMĄ SIĘ POLITYKĄ! Realizacja takiego postulatu mogła by u niektórych wybrańców narodu wzbudzić strach. Bo o ile taki Gosiewski, czy Kłopotek doskonale brylują w tym politykierskim gównie, to mogą pogubić się kiedy przyszło by do roztrząsania spraw zasadniczych. Ale tym lepiej. Trzeba jakoś oddzielić ziarna od plew. Co jednak, jeśli na dnie sita kompetencji nie ostanie się całkiem nikt?
Gospodarka PO Polityka Polska Socjalizm Układ Wielki Szwindel Wybory
Napisał: admin
6 komentarzy
Z tarczą, czy na tarczy?
Politycy socjaldemokratycznej PO co i raz puszą się w TV kreując się na autorów sukcesu, jakim w ich mniemaniu jest wzrost PKB w Polsce, mimo jego spadku we wszystkich bez wyjątku krajach Wspólnoty Europejskiej. Używają tego faktu jako żelaznego argumentu we wszelkich polemikach jakie przez ostatnie miesiące przetaczają się przez polskie media. Argumentują, że wszelkie zarzuty wobec PO, mówiące o nierealizowaniu obietnic wyborczych i ogólnie ślamazarne wprowadzanie jakichkolwiek reform są bezzasadne, bo przecież to oni sprawili, że PKB rośnie…
Czy rzeczywiście jest to niepodważalny dowód na ogromne zasługi Platformy Obywatelskiej? Przypuszczam że wątpię.
PKB (Produkt Krajowy Brutto), to tylko jeden z wielu i raczej nie ten najważniejszy wskaźnik makroekonomiczny. Poza tym, to czym socjaliści z PO się chwalą, to jedynie jego ZMIANA. Czyli chwilowy indeks. Trend. PO-wcy twierdzą, że możemy spać spokojnie, bo “nam rośnie”. Czy w takim razie tacy Niemcy, Duńczycy czy choćby nękani “gigantycznym kryzysem” Grecy powinni nie spać po nocach a ich rządzący powinni ustawiać się w kolejce po rady u Donalda Tuska et consortes? Nie sądzę. Spójrzmy przez moment na realną WARTOŚĆ owego “produktu krajowego”…
Najwyższym może pochwalić się:
- Wielkie Księstwo Luksemburga – 318.435 zł na jednego mieszkańca ale to w końcu jeden z rajów podatkowych.
później są już bardziej normalne państwa:
- Królestwo Norwegii – 265.880 zł na jednego mieszkańca. Czy powodem tak wysokiej wartości ich produktu krajowego jest pozostawanie poza Wspólnotą Europejską? W każdym razie kolejne są wciąż kraje spoza Unii:
- Katar – 262.548 zł na jednego obywatela tego arabskiego kraju.
- Konfederacja Szwajcarska – 192.770 zł na jednego wolnego obywatela Helwecji.
- i w końcu mamy pierwszego przedstawiciela UE. Nie, to nie jest Polska. Piątym z kolei na liście jest Królestwo Danii – 174.922 zł na jednego poddanego Królowej Małgorzaty II.
- Irlandia – 170.451 zł na jednego mieszkańca zielonej wyspy (kto to nam obiecywał “drugą Irlandię”?).
- Zjednoczone Emiraty Arabskie – 155.009 zł.
- Republika Islandii – 149.460 zł (jakiś czas temu pożyczaliśmy im pieniądze – bogacze z nas, no nie?).
- Królestwo Niderlandów – 147.888 zł.
ta lista musiała by być dosyć długa, jeśli chciałby wymienić WSZYSTKIE bogatsze od Polski kraje. Wymienię tylko kilka: Królestwo Szwecji (10), Republika Finlandii (11), Stany Zjednoczone Ameryki Północnej (13), Królestwo Belgii (14), Republika Francji (16), Kanada (18), Republika Federalna Niemiec (19), Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej (20), Singapur (22), Japonia (23), Królestwo Hiszpanii (25), Republika Grecka (27), Republika Słowenii (31), Republika Czech (35), Republika Chorwacji (43), Republika Węgierska (44), Republika Litewska (49) i w końcu:
- Rzeczpospolita Polska (50) - z dochodem narodowym na poziomie 39.003 zł na jednego Polaka…
Jakie ma tak naprawdę znaczenie, czy przyrost polskiego PKB osiągnął właśnie 1,7%? Jest to wzrost o 633 złote. O tyle jesteśmy “sprawniejsi gospodarczo” w stosunku do poprzedniego roku.
W tym samym czasie na jednego Niemca przypada ponad 125 tysięcy złotych! Niech nawet w związku z “kryzysem”, owa suma spadnie o 5%. W dalszym ciągu statystycznie na jednego naszego zachodniego sąsiada przypadać będzie ponad trzy razy tyle wypracowanego dobra niż na pojedynczego Polaka! Niemcy ze swojej pracy mogą się cieszyć trzy razy większym dochodem.
Prawdziwa diagnoza jest taka – w dalszym ciągu jesteśmy “sto lat za Murzynami”. Wszelkie wywyższanie się przez rządzące Polską partie nad innych członków UE jest NIE NA MIEJSCU! Tak naprawdę biedniejsi od nas są tylko Rumuni (61) – 26.225 złotych. Zatkało kakało?
Nie piszę tych gorzkich słów po to, żeby “gasić ducha w Narodzie”, ale dlatego żeby uzmysłowić Wam, jak bardzo ulegacie manipulacjom rządzących i bezmyślnie im podporządkowanych mediów. Liczę, że podczas kolejnych wyborów, kiedy Donald Tusk będzie trąbił wszem wobec w błyskających “spotach” (a zaprawdę powiadam Wam – będzie to czynił na skalę przeogromną – odpowiadającą państwowej subwencji jaką corocznie otrzymuje na swoją działalność jego partia – za rok 2008 było to 37.966.470 zł), że dzięki swoim wrodzonym talentom i nieskończonej trosce o Polskę, uchronił samowtór z bratnim PSL naszą ojczyznę przed “kryzysem”, który zrujnował cały stary kontynent, będziecie mogli zakrzyknąć z oburzeniem – “to ten, który kłamie! On mojej kreski nie dostanie.”
Bo inaczej jak mamy się stać choćby drugą Hiszpanią (25)?
Historia PO Polityka Polska SB Szwindelek Układ Wielki Szwindel
Napisał: admin
skomentuj
Polska bezczelność x2
Miałem dziś napisać o tym jak to Donald Tusk stracił dobrą okazję żeby być cicho, kiedy tak skomentował dzisiejszą publikację dawno zapowiadanego opracowania na temat współpracy byłego aparatczyka PZPR (później przez dwie kadencje Prezydenta RP), towarzysza Aleksandra Kwaśniewskiego z SB, w latach 1983-1989 – czyli przez praktycznie całą swoją karierę w PRL (za Gazeta.pl):
- Uważam, że jest już chyba ten czas, by podjąć szybką pracę nad ustawą, która odda IPN historykom względnie neutralnym politycznie, a nie gończym, którzy chcą kogoś koniecznie złapać i zagonić – mówił premier.
Co w mowie zrozumiałej dla zwykłego zjadacza chleba znaczy:
- Nie może być tak, że IPN robi to co robić powinien, czyli że dokumentuje wszystkie ciemne strony PRL. Przecież miał być tylko kwiatkiem do kożucha, bo tak się z towarzyszami dogadaliśmy w Magdalence. Kurtyka za dużo sobie pozwala, więc trzeba będzie Kurtykę odstrzelić i osadzić wcześniej wykastrowany IPN “świadomymi historycznie” ludźmi.
Ale informacja, którą właśnie przeczytałem na Onecie powaliła mnie po prostu na łopatki:
“Wszyscy jesteśmy nienormalni” – pod takim hasłem ruszyła kampania łódzkiej fundacji “Jaś i Małgosia”, która zmienić ma stosunek Polaków do osób niepełnosprawnych umysłowo. Przedstawiciele fundacji zaapelowali też do polityków o wzięcie udziału w sesji fotograficznej z niepełnosprawnymi umysłowo dziećmi.
W ramach kampanii w największych polskich miastach w grudniu pojawią się billboardy i wielkoformatowe reklamy, na których będzie można zobaczyć zdjęcia dwóch dziewczynek z zespołem Downa obok zdjęć osób zdrowych, ale pokazanych w “zwariowany” sposób. Ponad 500 razy w kilku kanałach wyemitowane zostaną też spoty telewizyjne.
Jeżeli będą billboardy, reklamy i spoty w telewizji na skalę masową to znaczy, że fundacja stojąca za tą “akcją” dorwała się do jakichś publicznych pieniędzy. NIE MA INNEJ MOŻLIWOŚCI. Ostatkiem sił pytam: SKĄD ŻEŚTA TĘ KASĘ WYRWALI? Z KTÓREGO FUNDUSZU? KTO SIĘ ZGODZIŁ NA TO, ŻEBY PIENIĄDZE Z NASZYCH PODATKÓW POSZŁY NA TAK DEBILNY CEL?!
I kwestia kluczowa: CZY TO SIĘ KIEDYKOLWIEK SKOŃCZY???
Do przemyśleń w ostatnich godzinach niepodległej Polski
Nasi politycy, wszyscy jak jeden mąż – od lewa (SLD, PSL) do lewa (PO, PiS) – sprzedali za garść paciorków Polskę Socjalistycznemu Związkowi Republik Europejskich. Już za kilkanaście minut wchodzi w życie Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską (w skrócie zwany lizbońskim). Tym samym wszyscy głosujący w ostatnich kilku wyborach na partie zamieszane w jego formalne zatwierdzenie przyłożyli się do de facto utraty niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej. Na razie w kilku kluczowych sprawach (np. polityki zagranicznej, czy tzw. “solidarności energetycznej”), ale “lizbona” umacnia przy okazji niedemokratyczny, wręcz totalitarny sposób sprawowania władzy we “Wspólnocie”. Najwyższą władzę w (teraz już oficjalnie istniejącej) Unii Europejskiej w dalszym ciągu mieć będą kapłani nowego europejskiego zakonu władzy – czyli niewybierani demokratycznie Komisarze. Ale powstało nowe stanowisko “Prezydenta UE” i co więcej – zostało w ekspresowym tempie obsadzone. Funkcję tę pełni pan Herman Van Rompuy. Nie słyszeliście o tym? A słyszeliście kto został stosunkowo niedawno wybrany na prezydenta USA? Tak! Ten Mulat, Barack Hussein Obama. Tego to znacie, a “swojego” prezydenta nie? Może dlatego, że nie został wybrany w powszechnym głosowaniu?
Taka jest Nowa Unia. Zbiurokratyzowana, oparta na niejasnych powiązaniach, niedemokratyczna i dążąca do zmarginalizowania lokalnych rządów w nie wiadomo jakim celu… Czemu ma tak naprawdę służyć? Czy tylko zaspokojeniu ambicji kilku zachodnioeuropejskich polityków? Po co tworzony jest ten moloch, który pożera co raz to więcej naszych pieniędzy w imię budowania zupełnie niepotrzebnego paneuropejskiego superpaństwa? Prawdopodobnie dowiemy się o tym bardzo szybko. Już w kilka godzin po desygnowaniu na stanowisko “Prezydenta”, pan Herman von Rompuy ponoć zapowiedział (według “Daily Mail“), że zamierza zastąpić wszystkie symbole narodowe unijnymi a także chciałby ujednolicenia podatków. Gazeta nazywa go po prostu “fanatycznym federalistą” a tytuł artykułu mu poświęconego to po prostu “człowiek bez ojczyzny“.
Jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości czym jest Unia Wspólnota Europejska, to polecam zapis fragmentu obrad Parlamentu:
Miłych snów. I zapamiętajcie co się Wam przyśni! Podobno to ważne co nam się śni na nowym miejscu. A jutro z pewnością budzimy się w INNYM KRAJU.
Kult jednostki na 11 listopada
Polska odzyskała niepodległość 91 lat temu. To najpiękniejszy moment w naszej najnowszej historii. Coś czym powinniśmy się szczycić i ku przestrodze, że niepodległość się ma ale i można ją stracić, wbijać młodym do głów. Wszystko jasne – oprócz samego Święta.
Polska nie odrodziła się 11 listopada 1918 roku, a z górką miesiąc wcześniej. Chronologia wydarzeń była taka (za Wikipedią):
- 5 listopada 1916 – wydanie aktu gwarantującego powstanie Królestwa Polskiego, w bliżej nieokreślonych jeszcze granicach.
- 14 stycznia 1917 – rozpoczęcie działalności przez Tymczasową Radę Stanu.
- 12 września 1917 – przejęcie obowiązków głowy państwa przez Radę Regencyjną.
-
7 października 1918 – ogłoszenie niepodległości Polski przez Radę Regencyjną[1].
- 25 października 1918 – powołanie rządu Józefa Świeżyńskiego.
- z 6 na 7 listopada 1918 – powstanie w Lublinie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej z Ignacym Daszyńskim na czele.
- 10 listopada 1918 – przyjazd Józefa Piłsudskiego do Warszawy.
- 11 listopada 1918 – przekazanie przez Radę Regencyjną władzy wojskowej (będącej częścią zwierzchniej władzy państwowej) Józefowi Piłsudskiemu. Piłsudski zostaje Naczelnym Dowódcą Wojsk Polskich. Tego dnia, po pertraktacjach Brygadiera z Centralną Radą Żołnierską wojska niemieckie zaczęły się wycofywać z Królestwa Polskiego. W nocy rozbrojono również niemiecki garnizon stacjonujący w Warszawie.
- 12 listopada 1918 – Rada Regencyjna powierza Józefowi Piłsudskiemu misję stworzenia rządu narodowego.
- 14 listopada 1918 – rozwiązanie się Rady Regencyjnej i przekazanie zwierzchniej władzy państwowej w ręce Józefa Piłsudskiego. Piłsudski zostaje głową państwa (na razie bez formalnego określenia nazwy urzędu).
- 15 listopada 1918 – Nr 204 “Monitora Polskiego” otrzymuje podtytuł “Dziennik Urzędowy Republiki Polskiej”. Zmiana nazwy państwa polskiego z “Królestwa Polskiego” na “Republika Polska”.
- 17 listopada 1918 – Józef Piłsudski mianuje Jędrzeja Moraczewskiego prezydentem ministrów Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej.
- 19 listopada 1918 – wojska niemieckie zakończyły wycofywanie się z Królestwa Polskiego.
- 22 listopada 1918 – podpisanie dekretu o podstawach ustrojowych państwa polskiego. Józef Piłsudski obejmuje urząd Tymczasowego Naczelnika Państwa.
Jak widać, ogłoszenie odrodzenia się Polski przez legalny organ polskiej władzy miało miejsce 7 października 1918 roku. Wobec braku możliwości utrzymania owej władzy i w celu zapobieżenia wybuchu chaosu, Rada Regencyjna przekazała ową władzę “mniejszemu złu” (w stosunku do socjalistycznego Rządu Ludowego Ignacego Daszyńskiego), czyli dysponującemu jedyną realną siłą militarną, Józefowi Piłsudskiemu. Ten władzę utrzymał silną ręką i wkrótce dzięki sprawnym podbojom znacznie powiększył wielkość Rzeczpospolitej. Chwała Mu za to.
Święto 11 Listopada ustanowiono ustawą z 1937 roku, na fali wciąż silnego kultu Marszałka i ku Jego czci. Nazywanie jednak akurat tej daty “dniem odzyskania niepodległości” wydaje się dziś błędem i zamazywaniem historii. Nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu: Królestwo Polskie po 123 latach rozbiorów wybiło się na niepodległość 7 października 1918 roku.
Teraz pilnujmy, żeby Rzeczpospolita pozostała Niepodległą. Obecnie rządzącym na tym zdaje się za bardzo nie zależy…
Zło w pigułce
Kolejny raz jest szansa na to, żeby z lenistwa pseudo-liberalnego rządu Donalda Tuska wynikła jakaś korzyść. Najpierw Polska zabłysła, kiedy koalicja ociągała się z wprowadzaniem jakichkolwiek nadzwyczajnych akcji antykryzysowych a teraz mamy okazję oszczędzić nieco grosza i (co ważniejsze) zdrowie najsłabszych przedstawicieli populacji, jeśli nasz kraj nie pójdzie w ślady większości rządów europejskich, które wrzuciły grube miliardy Euro do wielkiego wora na pieniądze szwajcarskiego koncernu Roche, producenta szczepionki antygrypowej Tamiflu. Specyfik ten ma być remedium na chorobę roku, jaką “niezależne” media okrzyknęły w sezonie 2009/2010 “nową grypę” A/H1N1. Z tym że nie jest.
Mój znajomy lekarz, kiedy zapytałem go o to czy się szczepić czy nie, odparł krótko: “jak pan chce – ale ja się nigdy na grypę nie szczepiłem, jestem narażony na wszelkie choróbska Świata i jakoś nie choruję”. Można powiedzieć, że takie ciągłe narażanie się powoduje wzmocnienie systemu immunologicznego przemiłego pana doktora, ale my zwykli śmiertelnicy nie mamy tak odpornych organizmów i może jednak powinniśmy skorzystać z farmakologii? To brzmi rozsądnie, ale twarde fakty przemawiają jednak raczej za powstrzymaniem się od przyjęcia szczepionki:
- Na grypę choruje corocznie miliony ludzi, z tego kilkadziesiąt tysięcy umiera na pogrypowe powikłania. Ale z ostatnich raportów wynika, że tegoroczna grypa jest ŁAGODNIEJSZA niż poprzednie! Z kilkudziesięciu tysięcy zdiagnozowanych zachorowań w Europie, stwierdzono jedynie kilkadziesiąt przypadków zgonów.
- Masowe szczepienia – niezależnie od rodzaju szczepionki, zwłaszcza tzw. “grup ryzyka”, czyli osób starszych i najmłodszych dzieci, nie jest obojętne dla organizmów szczepionych. Mimo tego, że szczepionki na grypę w przeważającej większości powodują uodpornienie na chorobę (lub jej łagodniejszy przebieg), to w policzalnym procencie przypadków (wcale nie małym), powodują jednocześnie powikłania poszczepienne! Należy się w tym momencie zastanowić – czy warto wydawać górę pieniędzy na masowe szczepienia przeciwko grypie, która jak się okazuje nie jest wcale taka groźna i gros osób na nią chorujących sama sobie z nią radzi, a przy okazji narażać się na konieczność walki z powikłaniami poszczepiennymi? W efekcie skumulowana liczba ofiar może być wyższa, niż była by bez masowych (przymusowych!) szczepień.
- Nie istnieje jeszcze sprawdzona szczepionka na tzw. “nową grypę”. Te które są oferowane nie przeszły jeszcze wszelkich testów klinicznych. Jak wcześniej napisałem, Tamiflu nie jest skuteczne na nowego wirusa. Polska wysłała ostatnio duży zapas tego specyfiku do ogarniętej epidemią paniki (bo nie można napisać, że faktyczną epidemią grypy) Ukrainy, ale skutek jego użycia (zwłaszcza teraz, kiedy ilość zachorowań już osiąga najwyższy poziom) może być jedynie psychologiczny.
Polityka chowania głowy w piasek, którą stosuje rząd pana Donalda Tuska może nam wyjść na zdrowie. Tylko dlaczego nie stosuje jej on np. w sferze podatkowej?





