21 cze 2010, 13:09

Napisał: Wujek


2 komentarzy

dodajdo.com

Czerwona Polska

No i wybrało.

Jak to zwykle w Polsce, nie tyle „udzieliło poparcia”, co raczej „głosowało przeciw”. Najlepszym nie-Kaczyńskim okazał się Komorowski. W pierwszych słowach, prawie-prezydent podziękował towarzyszowi Napieralskiemu, podkreślając jak ważne jest żeby istniała mocna lewica… Natychmiast podobnymi słowy wyraził się Kaczyński. Dziś rano w radio, oślizły Czarnecki podkreślał jak to wiele wspólnego mają SLD i PiS jeśli chodzi o poglądy na gospodarkę i sprawy socjalne. A niedouczeni dziennikarze z wiodących mediów będą zapewne pisać o umocnieniu się „prawicy” w Polsce (w końcu Komorowski i Kaczyński zdobyli w sumie prawie 80% głosów), ale oczywiście prawda jest inna – POLSKA JEST CZERWONA JAK NIGDY OD DWUDZIESTU LAT!

Wyniki wyborów mówią jednoznacznie: poparcie ma polityka zwiększa socjał, zmniejszająca wolność, zwiększająca obszary państwowej interwencji. Ludziom podoba się utrzymywanie patologicznej „służby zdrowia”, chcą mieć wszystko „bezpłatne” – nie rozumieją, że jednocześnie muszą za wszystko płacić więcej niż potrzeba! Ich umysły nie przyjmują do wiadomości, że benzyna mogłaby kosztować 2 zł, że to oni płacą niemal 80% podatki a mogliby dostawać większość tych pieniędzy do kieszeni, że normalna opieka medyczna mogłaby być powszechnie dostępna i przy okazji tańsza niż teraz, gdyby nie była zarządzana poprzez nieudolne państwowe twory…

SLD-owskie TVP Info od rana nie ustaje w propagowaniu wyniku Napieralskiego jako niebywałego sukcesu. Wprost nazywają SLD „trzecią siłą” – w domyśle zapewne najlepszą alternatywą dla duopolu PO-PiS… Smutne, bo oczywiście prawdziwą alternatywą do socjalistów z PO i PiS nie są socjaliści z SLD, tylko normalność – czyli PRAWICA

Ile jeszcze trzeba będzie czekać na zmianę mentalną Polaków? Zapewne kilka lat. Pocieszające, że jedyny liberalno-prawicowy kandydat w tych wyborach (JKM), ma zdecydowanie najwyższe poparcie wśród młodych, zwłaszcza wykształconych ludzi. Miejmy nadzieję, że nadchodząca nowa elita naszego kraju wybierze dobrze. Kiedyś.

13 kwi 2010, 19:30

Napisał: Wujek


skomentuj

dodajdo.com

Jeszcze o mitach

Myśl ta sama, język bardziej dosłowny:

Kamil Dąbrowa: Czy zapisy czarnych skrzynek powinny zostać podane do publicznej wiadomości?

Wojciech Eichelberger: Tak powinno być. To jest podstawowy kierunek naszej narodowej autoterapii, a nie przyjmowanie pozy męczenników i po raz któryś wybrańców pana Boga, którzy muszą składać jakąś specjalną ofiarę heroiczną. W tej sprawie nie ma żadnego heroizmu. To wypadek komunikacyjny, popełniona jakaś pomyłka, ludzki czynnik. Gdyby ten samolot zderzył się z meteorytem, to można by powiedzieć „Bóg tak chciał”. Gdyby była ingerencja przyrody – to by był czysty przypadek. Tu niby też była ingerencja przyrody, ale ta katastrofa była uświadomiona, do uniknięcia, była droga wyjścia. Nie skorzystano z niej.

Za Tok FM (Mitologizowanie tej tragedii jest bardzo niebezpieczne).

12 kwi 2010, 23:22

Napisał: Wujek


3 komentarzy

dodajdo.com

Mitologia Rzeczpospolitej początku XXI wieku

Właściwie miałem milczeć, ale nie zdzierżę.

Ten tragiczny moment wydał się bowiem doskonałą okazją dla różnorakich łże-prawicowych oszołomów, do pogłębienia rowów jakie dzielą Polaków głosujących na rządzące Rzeczpospolitą partie. Czynią to w sposób haniebny i co mnie najbardziej irytuje – w zupełnej sprzeczności z faktami.

Najpierw był poseł Artur Górski (PiS). Popisał się tak bzdurną teorią, że aż przytoczę ją w całości (za Wprost24.pl):

„Rosjanie chcieli prawdopodobnie uniemożliwić prezydentowi Kaczyńskiemu wzięcie udziału w sobotnich uroczystościach, aby ich ranga i wymowa nie przyćmiła tych sprzed kilku dni. Wiadomo, że prezydent ani z Mińska, ani z Moskwy nie zdążyłby do Katynia, a wtedy uroczystości nie miałyby wymiaru oficjalnego, nie zakłóciłyby w swej wymowie rosyjskiego przekazu sprzed kilku dni – powiedział „Naszemu Dziennikowi” poseł PiS Artur Górski.

Jeśli się złoży w całość informacje, które napływają, nawet, jeśli odnoszą się do różnych scenariuszy, a także weźmie się pod uwagę ewentualne intencje Rosjan, to można powiedzieć, choć bez stuprocentowej pewności, że Rosja jest w jakimś sensie odpowiedzialna za ten nowy Katyń – mówił Górski.

Całkowite embargo, jakie Rosjanie nałożyli na wszelkie informacje na temat katastrofy, mówi samo za siebie. Rekwirowanie taśm z nagraniami, kasowanie zdjęć fotografom, brak zasięgu w niektórych sieciach komórkowych. Wszystko to, według Górskiego, jest bardzo podejrzane.”

Przez wszystkie polskie media przetaczały się tuż po katastrofie tabuny naprędce ściąganych gości, którzy powtarzali jedno, co w takich okolicznościach mówić można: że żal jest ludzi. W tym samym czasie profesjonalne stacje informacyjne – np. CNN, pozwalały dowiedzieć się wielu znaczących INFORMACJI, dla przykładu o miejscu zdarzenia, o pogodzie jaka panowała w tym rejonie, czy choćby o kontekście podróży Prezydenta. Kiedy materiał filmowy z miejsca tragedii w CNN wyglądał na przykład tak:

w naszych stacjach wyglądało to o wiele mniej obrazowo. Najpierw przez wiele godzin mogliśmy oglądać jedynie zapętlony mniej więcej 2-3 minutowy fragment z rosyjskiej telewizji. Kiedy pierwsi wysłannicy TVN, TVP i Polsatu dotarli na miejsce tragedii, po prostu rozłożyli swój sprzęt, ustawili się na tle ogrodzenia lotniska i co jakiś czas odbębniali swoje antenowe wejścia… Zero inwencji.

I tutaj pojawia się kolejna gwiazda mediów, poseł Antoni Macierewicz. Osoba owa to dla mnie PiS-owskie alter ego PO-wskiego posła Stefana Niesiołowskiego (zresztą przez wiele lat działali w jednej formacji: ZChN…). Macierewicz zaczął oczywiście od porównywania wypadku Prezydenta do Mordu Katyńskiego. W moim odczuciu jest to nadużycie zdecydowanie nie na miejscu z powodów oczywistych. Następnie przeszedł do przedstawiania zalet Lecha Kaczyńskiego, co na miejscu jak najbardziej było, z tym że w wykonaniu posła Macierewicza zdecydowanie ponad miarę mijało się z „oczywistymi oczywistościami”.

W tym miejscu być może narażę się miłośnikom PiS, czy co bardziej wrażliwym osobom interesującym się polityką jedynie od wielkiego dzwonu (czyli przy okazji tak smutnych wydarzeń jak ostatnie), ale prawdziwa cnota krytyk się nie boi, więc z góry ostrzegam, że jestem impregnowany na zarzuty o „brak serca”, „niewrażliwość”, czy „niewyparzony język”. W moim odczuciu wiele można powiedzieć o ś.p. Prezydencie Lechu Kaczyńskim, ale nie to że był przedstawicielem „przedwojennej klasy”. No chyba, że działacze PiS otrzymują glejt „przedwojenności” automatycznie z chwilą podpisania deklaracji przystąpienia do partii. Niezależnie od wieku, pochodzenia, czy poglądów. Proszę odróżnić niewątpliwą „chęć” bycia postrzeganym jako reprezentant tamtego, nie istniejącego już niestety świata, od skrzeczącej niczym posłanka Senyszyn RZECZYWISTOŚCI. I w niczym nie zmieniło, w moich oczach, obrazu prezydentury Lecha Kaczyńskiego jego otaczanie się przedstawicielami jednej tylko opcji (narodowo-katolickiej), masowe przyznawanie im odznaczeń, czy w końcu przemożna chęć bycia kojarzonym z określoną opcją polityczną, która to doprowadziła do owej nieszczęsnej katyńskiej eskapady, mającej być w oczywisty sposób medialną przeciwwagą wobec mających miejsce kilka dni wcześniej uroczystości z udziałem premierów Donalda Tuska i Włodzimierza Putina w tym samym miejscu…

Bracia Kaczyńscy wyrastają z PRL-u. Tkwią w nim obiema nogami. Wychowali się w nim, wykształcili. Lech Kaczyński był pracownikiem naukowym na PRL-owskiej uczelni, pisał prace naukowe na PRL-owskie tematy. Skutkowało to w sposób znaczący na polityczną mentalność ich obu. Jeśli miałbym określić, czy są oni bardziej politykami „starej daty”, czy osobami „skażonymi PRL-em” to zdecydowanie skłaniałbym się ku drugiej tezie. Już w pierwszym wpisie na tym blogu, cztery lata temu, pisałem że czas na młodych. Że dosyć już kłótni na politycznym szczycie i nadszedł czas na pokoleniową zmianę. Niestety nic takiego nie miało miejsca. W dalszym ciągu rządzą nami politycy zasłużeni w okresie walki z komuną 20, 30 lat temu. Wywalczyli oni dla nas (częściową) wolność, ale noszą piętno 50 lat niewoli. Nie są zdolni do zdecydowanych działań jakie są niezbędne, jeśli mamy w szybkim tempie gonić naszych bogatszych sąsiadów. Są także dziwnie skłonni do wiecznej i zupełnie zbędnej rywalizacji. Tacy są zarówno Jarosław Kaczyński, jak i Donald Tusk.

Na koniec mam problem. Bo naprawdę cenię pana Rafała Aleksandra Ziemkiewicza, ale jego tekst z Niezależnej.pl zawiera zbyt wiele patosu bez pokrycia jak na 486 słów (tutaj przytoczę ich zaledwie 94):

„Czuję tylko, że pod Smoleńskiem zakończyła się pewna Polska − czy może, marzenie o pewnej Polsce. Polska uosabiana przez niezłomną bohaterkę „Solidarności” Annę Walentynowicz, przez ostatniego prezydenta na Uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego i przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Katastrofa pochłonęła elitę tej formacji ideowej, która najwyższego dobra upatrywała w narodowej tradycji i historii. Która wysoko hierarchii wartości umieściła cnotę patriotyzmu, służbę państwu polskiemu, o które walczyło tyle poprzednich pokoleń, a które, podarowane współczesnym Polakom nagle wskutek niejasnego, podejrzanego „spisku elit”, nie stało się dla nich wspólnym dobrem tak powszechnie i bezwzględnie szanowanym, jak na to zasługuje.”

Otóż veto, drogi panie Ziemkiewicz! Możesz pan sobie wypisywać, że pod Smoleńskiem zakończyła się jakaś Polska, ale nie opatruj pan tych słów tytułem „KONIEC POLSKI PRAWEJ„! Polska Prawa (w domyśle PRAWICOWA jak sądzę), to nie jest Polska Anny Walentynowicz! Nie wystarczy stać „nie tam gdzie ZOMO”, żeby móc się nazywać PRAWICĄ! Anna Walentynowicz była wieczną działaczką, najpierw ZMP, później Ligi Kobiet. Kiedy w wyniku represji została wyrzucona z pracy na kilka miesięcy przed emeryturą, w jej obronie stanęli inni robotnicy i tak powstały WZZ, przekształcone później w zdecydowanie LEWICOWY Związek Zawodowy „Solidarność” (więcej tutaj: Matka „Solidarności”). To, że czuła niechęć do władz PRL (a jak mówią fakty czasem także do tych III RP), nie czyni ją automatycznie „ikoną Prawicy”. Podejmowane przez nią życiowe decyzje dowodzą raczej, że miała poglądy odmienne. Zupełnie jak Lech Kaczyński.

Proszę wybaczyć, ale polityk wprost sprzeciwiający się wprowadzeniu podatku liniowego i motywujący to jego „niesprawiedliwością”,  konsekwentnie będący przeciw likwidacji rozmaitych przywilejów branżowych, nie wyrażający zgody na zaprzestanie finansowania partii politycznych w Polsce z kieszeń podatników, nie może być w mojej opinii uznany za osobę dbającą o równość obywateli i ich prawo do bogacenia się. A bez tego nie ma prawicowego Państwa Prawa. Polityk ulegający naciskom obcych państw i podpisującą wbrew wielokrotnie wyrażanym przez siebie zastrzeżeniom „Traktat Lizboński, nie może nazywać się obrońcą niepodległości Polski!

Oddajmy cześć, ale nie twórzmy fałszywych mitów. Lech Kaczyński godnie sprawował powierzony mu przez Naród urząd. Ale nie próbujmy przypisywać mu zasług za rzeczy, co do których nie ma wątpliwości, że nie były z jego bajki.

Pan płaci, pani płaci… Jak to w komunie.

Historia jak z bajki (całość: wyborcza.biz):

Na złote serduszka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy wydali ponad 2 mln zł. Kim są właściciele toruńskiej firmy Consus? (…)

Consus w pierwszej lidze jest od bardzo niedawna. Firma powstała już w 2000 r., ale prawdziwe kokosy zbiła dopiero w czasach kryzysu. Zaczynała od ubezpieczeń. Od czterech lat handluje uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla i tu zatrudniająca 18 osób firma z Torunia rywalizuje jak równy z równym z bankami Barclays czy Société Générale. W grudniu 2006 r., kiedy francuska giełda towarowa PowerNext pobiła rekord, sprzedając w jeden dzień 1 mln takich praw, 80 proc. obrotów zrobił właśnie Consus. (…)

Gorąco polecam lekturę tego krótkiego tekstu. Emanuje z niego podziw dla sprawnych polskich biznesmenów, którzy nie dość, że dorobili się gigantycznych fortun „z niczego„, to jeszcze mają dobre serduszka i wspierają działalność Jurka „Sie ma” Owsiaka. Słodkie.

A teraz proszę o chwilę umysłowego wysiłku i udzielenie odpowiedzi na jedno proste pytanie: czyje pieniądze powodują, że panów Wiśniewskiego i Kłapuckiego stać na nieprzerwane wakacje, samoloty do wyłącznej dyspozycji, beztroskie podróże po całym Świecie i wszelkie inne luksusy znane ludzkości? Czyżby to głupie francuskie koncerny pozwalały się ograbiać ze swoich ciężko zarobionych Euro? Pudło. A może to nieudolne zarządy naszych rodzimych firm energetycznych są tak niegospodarne, że Consus mógł spokojnie rosnąć w siłę ich kosztem? Znowu pudło!

Oczywiście fortuny te (i wiele podobnych) mają źródło w naszych kieszeniach. Wszystkich, bez wyjątku, Polaków. Wszyscy korzystamy z energii elektrycznej przy produkcji której generowane jest CO2. I od tego naturalnie przecież występującego w przyrodzie gazu, komuniści będący u władzy każą płacić podatek. A podatek, jak zawsze, zapłaci ten, który jest docelowym odbiorcą danego dobra, na które nałożono konkretną daninę. Czyli zwykły szary człowiek. No i pośrednio wszelkie podmioty używające energii elektrycznej w swojej działalności gospodarczej. Przez co oczywiście rosną ceny. Wszystkiego.

No, ale rządy mogą się chwalić, że działająpro-ekologicznie„…

Tylko dlaczego za Moje???

P.S.

Nie mam absolutnie niczego do zarzucenia właścicielom Consusa. Oni po prostu łapią okazję, którą rządząca szajka im daje. Głupi by byli, gdyby nie korzystali.

8 sty 2010, 18:22

Napisał: Wujek


skomentuj

dodajdo.com

Wszystko jest polityką?

Wszyscy czują przesyt polityką. Gdyby spytać tzw. „zwykłych ludzi” to każdy powie, że woli oglądać „M-jak Miłość” zamiast czegokolwiek w TV, bo wszędzie są ci okropni politycy i polityka. Też to macie? To wielki błąd!

Już pobieżna analiza tematów jakimi zajmowali się polscy politycy przez ostatnie kilka lat daje przerażający obraz totalnego chlewu, który babrze się jedynie w swoich gównach. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy dany poseł, senator, minister albo premier pochodzi z lewicy, z centrum czy z łże-prawicy… Jedyne co może go skłonić do działania to chęć przywalenia konkurencji. Otóż drodzy (w dosłownym tego słowa znaczeniu) panie i panowie parlamentarzyści: nie po to was utrzymujemy, żebyście sobie skakali do oczu, tylko żeby rozwiązywać problemy, usuwać przeszkody w osiągnięciu PRZEZ NAS dobrobytu i zadbać o poprawne działanie służb zapewniających nam bezpieczeństwo (wojsko, policja). Nic więcej!

Kiedy ostatnio widzieliście w TV poważną debatę z udziałem kompetentnych polityków na temat np. wysokości podatków w RP? Albo tego jak ma być finansowana budowa dróg? Czy choć raz Donald Tusk albo Jarosław Kaczyński spotkali się przed kamerami, żeby rzeczowo porozmawiać o nabrzmiewającym problemie tzw. ubezpieczeń społecznych? Po trzykroć nie! Liderzy rządzących Polską partii (czy może powinienem napisać: rozdzierających między sobą Ojczyznę szajek?) nie zajmują się tak przyziemnymi sprawami. Przecież, jak to powiedział kiedyś PRL-owski rzecznik: „rząd się sam wyżywi„. To absolutna prawda, niestety. Tak samo wtedy jak i dzisiaj.

Pewną winę za taki stan rzeczy ponoszą nasi, pożal się Boże, „dziennikarze„. Dla przykładu Monika Olejnik codziennie rozmawia z politykami i zawsze są to osoby z samego świecznika. Premier, marszałek sejmu, przewodniczący, minister, ew. szef komisji… Olejnik nigdy nie spyta o sprawy ważne, zawsze są to bieżące przepychanki. Oto spis tematów z ostatnich dni:

  • 7 stycznia: tow. Napieralski (SLD) oskarża PO o chęć pozbycia się chorych na raka,
  • 6 stycznia: Brudziński (PiS) wiesza psy na PO za machlojki w komisji hazardowej,
  • 5 stycznia: Sikorski (PO) zapewnia, że nie ma żadnego konfliktu między nim a Prezydentem (PiS twierdzi oczywiście dokładnie odwrotnie),
  • 4 stycznia: Krzysztof Kwiatkowski (MS) tłumaczy, że będą bronić ostatniego świadka w sprawie zabójstwa gen. Papały jak niepodległości,
  • 30 grudnia: prymas Muszyński zaprzecza, jakoby Kościół Katolicki narzucał innym krzyże,
  • 29 grudnia: Palikot (PO) pierze publicznie partyjne brudy, zdradzając z kim trzyma w Platformie,
  • 28 grudnia: Kępa (PiS) obrabia tyłek PO, czując się oczywiście skrzywdzona i upokorzona wykluczeniem z komisji hazardowej…

Tak można w nieskończoność… Inna sprawa, że Monika Olejnik ma swój własny, niepowtarzalny styl prowadzenia wywiadów i zasadniczo nie dopuszcza jakiejkolwiek dyskusji w studio. Wygląda to tak, jakby nie potrafiła wyjść poza wcześniej przygotowane ramy wywiadu. Potrafi kilkanaście razy powtarzać jedno pytanie a i tak nie uzyskuje na nie odpowiedzi. Pod tym względem jawi się jako osoba pyskata, upierdliwa ale jednocześnie całkowicie nieskuteczna. Tak naprawdę nigdy z jej wywiadów nie dowiemy się niczego, czego nie wiedzieli byśmy już wcześniej. Po prostu polscy politycy potrafią sobie doskonale z nią radzić.

Zgoła inaczej jest u innej „gwiazdy„: Tomasza Lisa. Ale jedynie pod względem formy. Show Lisa skupia się na takich samych błahostkach jak Olejnik, jedynie przepytuje on polityków hurtowo, po kilku naraz. No i w odróżnieniu od kamiennej twarzy Moniki, Tomasz Lis potrafi grać całym sobą, kreując śmieszne doprawdy zaangażowanie. Treści w tym nie ma oczywiście żadnej. Są za to szarmanckie maniery, eleganckie garnitury i hollywoodzkie oświetlenie.

Dlatego sądzę, że jeśli jest jeszcze szansa na przywrócenie w Polsce normalności, to trzeba zacząć od zmuszenia polityków, żeby zajmowali się POLITYKĄ. Jeśli jakiś poseł robi na lewo interesy, to jest to sprawa dla prokuratury a nie dla innych posłów, którzy akurat mają życzenie występować przez pół roku w TV jako członkowie „komisji”. Jak już wyżej napisałem, nie po to was zatrudniliśmy!

Jeśli historyk napisze pracę ujawniającą współpracę tej czy innej znanej postaci z SB 40 lat temu, to naprawdę nie musi się w tej sprawie wypowiadać premier! Wystarczy, że osoba czująca się pokrzywdzoną podejmie odpowiednie kroki prawne wobec pomawiającego. To nie jest zakres działań Rządu RP!

Wbrew większości, żądam niniejszym WIĘCEJ POLITYKI. Czy może dokładnej:  NIECH W KOŃCU POLITYCY ZAJMĄ SIĘ POLITYKĄ! Realizacja takiego postulatu mogła by u niektórych wybrańców narodu wzbudzić strach. Bo o ile taki Gosiewski, czy Kłopotek doskonale brylują w tym politykierskim gównie, to mogą pogubić się kiedy przyszło by do roztrząsania spraw zasadniczych. Ale tym lepiej. Trzeba jakoś oddzielić ziarna od plew. Co jednak, jeśli na dnie sita kompetencji nie ostanie się całkiem nikt?

4 sty 2010, 18:20

Napisał: Wujek


14 komentarzy

dodajdo.com

Podlewanie antysemityzmu

Komu najbardziej zależy na rozbudzaniu antysemityzmu? Wygląda na to, że „żydowskiej gazecie dla Polaków” – jak mówią niektórzy, czyli Gazecie Wyborczej. Na głównej stronie portalu „Gazety” znalazłem dziś takiego kwiatka (kliknij na poniższym wycinku, żeby zobaczyć cały oryginalny tekst na stronie „Gazeta.pl”):

Nie pojmuję jakimi drogami muszą chadzić ścieżki myśli gazetowego donosiciela, ale podchwycenie tej idiotycznej tezy (że Nasza-Klasa drwi sobie z kradzieży napisu w oświęcimskim obozie) i rozdmuchanie jej jako kolejnej (zapewne „antysemickiej”) afery, jest poniżej poziomu wszelkiego dziennikarstwa…

No chyba, że „dziennikarze” GW mają ambicję śmiało przekraczać kolejne granice, osiągać wszystko czego jeszcze nie osiągnięto, być w awangardzie zawsze i wszędzie? Nawet kiedy będzie wymagać to zrobienia z siebie kompletnych debili.

29 gru 2009, 23:12

Napisał: Wujek


skomentuj

dodajdo.com

„Avatar” – czyli gruba kreska

Rok 2009 kończy się z przytupem – premiera „Avatara” Jamesa Camerona zasługuje ze wszech miar na miaro wydarzenia roku. Choćby z powodów finansowych.

Temat numer jeden pierwszych miesięcy mijającego roku to odmieniany przez wszystkie przypadki „kryzys”. Krach nie giełdach, spektakularne upadki banków a wkrótce po nich wielkich (i mniejszych) korporacji. Już nic nie miało być takie jak wcześniej, medialni analitycy przepowiadali epokę zaciskania pasa, oszczędzania. Koniec rozpasania, koniec „amerykańskiego stylu życia”.

To wszystko nie dotarło najwidoczniej do Jamesa Camerona (ale to w końcu Kanadyjczyk, a oni jak wiadomo są… inni), bo właśnie w takim momencie zaryzykował najdroższą filmową produkcję wszech czasów. Budżet filmu zamknął się kwotą niemal pół miliarda dolarów, z czego prawie połowa przeznaczona została na wydatki promocyjne. Totalne szaleństwo! Czy w Polsce znalazł by się bank chętny przy obecnej koniunkturze na finansowanie takiego przedsięwzięcia? Zdecydowanie nie. Zapewne dlatego długo jeszcze będziemy tak beznadziejnie biednym krajem. Otóż proszę sobie wyobrazić, że cała suma wróciła się już w pierwszy weekend (właśnie ten, który zakończył się przedwczoraj wieczorem) wyświetlania dzieła w kinach. Z nawiązką. Teraz film będzie przynosić tylko czysty zysk…

Wielu krytyków określa „Avatar” jednym słowem: przełom. Hmm… Być może. Ale nie wiem, czy nadal będziemy określać ten film przełomowym na miarę drugiego „Obcego”, również drugiego „Terminatora”, czy jedynego w swoim rodzaju „Titanica” za pięć czy dziesięć lat. Przypuszczam, że wątpię.

Z pewnością nikt do tej pory nie stworzył tak spektakularnego obrazu, z tak dopracowanymi syntetycznymi sceneriami, z pierwszoplanowymi postaciami cyfrowo ulepszonymi w tak dopracowany sposób, że nie sposób dopatrzeć się najmniejszych sztuczności w ich ruchu albo mimice twarzy. Tak, to z pewnością zupełne mistrzostwo filmowej technologii XXI wieku. Ale czy przełom? W całym filmie nie ma absolutnie niczego, czego nie widzieli byśmy już w dziesiątkach innych produkcji. Tak naprawdę Cameron czerpie pełnymi garściami z doświadczeń Georga Lucasa, Petera Jacksona (wręcz wynajmuje jego ekipę od CGI) czy Roberta Zemeckisa. Technika jest dziś po prostu lepsza (no i Cameron bardziej wymagający – przy takim budżecie może sobie na to pozwolić), więc i efekt końcowy bardziej spektakularny! Spokojnie, za kilka lat nawet Robert Rodriguez będzie mógł stworzyć na swoim domowym komputerze analogiczne ruchome obrazki (no i tradycyjnie sam napisać muzykę, zrobić zdjęcia i zmontować film).

Nowa jest technologia 3D. A dokładniej: sposób jej wykorzystania. Cameron wraz z Vincem Pace stworzyli nowatorską kamerę Fusion 3D, dzięki której „Avatar” w cyfrowym kinie Dolby 3D powala realnością trójwymiarowego obrazu. W ciągu ostatniego roku filmy trójwymiarowe na dobre zadomowiły się w naszych multipleksach i coraz więcej produkcji jest dostępnych w tej technologii. Co więcej – jeśli właśnie skusiliście się na super-ekstra full HD plazmę, czy inny płaski telewizor podświetlany „najnowszą technologią LED”, to z przykrością muszę Was powiadomić, że wkrótce będziecie wystawiać je na uliczne wystawki… 3D nadchodzi także do naszych kin domowych. Wszyscy liczący się producenci elektroniki zaprezentowali już swoje prototypy trójwymiarowych telewizorów. Co ciekawe, efekt uzyskiwany jest ponoć bez konieczności używania niewygodnych okularów (jak to ma miejsce w kinie). Zatwierdzono już także standard zapisu filmów 3DHD na płytach BluRay i przesyłania ich przez kable HDMI. Wszystko jest już gotowe. Pierwsze telewizory mają pojawić się w sprzedaży w 2010 roku. Do wypróbowania Waszego nowego zestawu podczas kolejnych Świąt zdecydowanie polecam „Avatara”. Z pewnością będziecie zachwyceni.

Wszystko pięknie? Niestety nie. To co kuleje w tej superprodukcji to słabość najważniejszego elementu dobrego filmu: scenariusza. Historyjka jest banalna aż do bólu. Szlachetna miłość dwojga młodych ludzi na przekór otoczeniu na tle epokowych wydarzeń. Oczywiście wbrew wszystkiemu miłość zwycięża i rzecz kończy się happy endem. Postaci nakreślone przez samego Camerona (oprócz reżyserowania napisał on do filmu scenariusz, czuwał nad produkcją i po części go zmontował) są po prostu czarno-białe. Od pierwszych niemal scen wiadomo kto tu jest „dobry” a kto „zły”. Skrajnym przypadkiem jest chyba pułkownik Quaritch. Wyświechtany archetyp bezwględnego wojskowego. W iluż filmach widzieliśmy krótko ostrzyżonych, białych, bezwględnych, żadnych krwi, stawiających zawsze na siłowe rozwiązania amerykańskich oficerów? Wszyscy mają skrzywioną psychikę (bo byli w jakimś Wietnamie, Korei czy innym Iraku). Wszyscy nie wiedzieć czemu uwzięli się na „dobrego” bohatera danego filmu. I wszyscy (bez wyjątku) ponoszą ostatecznie klęskę. Tutaj mamy wszystkie te elementy w komplecie.

Do tego para głównych bohaterów nie grzeszy nawet minimum głębi, tajemnicy, zagadki. Sa po prostu płascy. Wszystko na wierzchu. On, czyli Jake, to chyba średnia wyciągnięta ze wszystkich amerykańskich nastolatków. Przez pierwszą połowę filmu wręcz denerwowała mnie jego szczera głupota i inteligencja na poziomie co najwyżej 15-latka. Za to Ona, czyli trzy metrowa samica z gatunku Na’vi o imieniu Neytiri to z kolei prawdziwa Pocahontas. Z pewnością Zoë Saldana odtwarzająca tę rolę to jeden z jaśniejszych punktów „Avatara”. Mimo skomplikowanej postprodukcji, która mogła zatrzeć cały aktorski wysiłek tej aktorki, możemy podziwiać jej fizyczną sprawność i ekspresję. Neytiri zachwyca, lecz poza efektowną powierzchownością nie ma nic więcej do zaoferowania. I nie oczekuję tu odgrywania dylematów moralnych na skalę kina moralnego niepokoju. Niestety jej postać nie wykracza poza granice wytyczone przez Simbę z „Króla Lwa”. Neytiri to pół dzika przedstawicielka obcej rasy i tak jak disneyowskie zwierzątko ma „bardzo mały rozumek”. Jej kolejne decyzje są przewidywalne jak to, że z nowym rokiem wzrośnie cena prądu. Czyżby Cameronowi zabrakło czasu na dopieszczenie bohaterów swojej opowieści? Na dodanie im tajemnicy, na skomplikowanie nieco ich umysłów?

A może tak właśnie ma być? Może w tym wszystkim chodzi jednak tylko o stworzenie największej na Świecie maszynki do zarabiania pieniędzy? Może nad tym jacy mają być bohaterowie filmu przez długie miesiące debatował sztab najlepszych speców od marketingu? Może pracowicie ustalano, bazując na uśrednionych wynikach badań statystycznego widza, jak ma wyglądać, zachowywać się, mówić, każda z przedstawionych postaci? W końcu tu nie chodzi o budżet RP na 2010, tylko o powodzenie prywatnego przedsięwzięcia pazernych hollywoodzkich filmowców! Tu po prostu nie ma miejsca na pomyłkę. W efekcie powstało dzieło do bólu poprawne, ale jednocześnie w żadnym momencie nie rzucające na kolana (coś jak kolejne serie „Szymon Majewski Show”).

Tylko czy to jeszcze jest film jaki każdy dojrzały widz ma na myśli kiedy przyjdzie mu podać pierwsze kojarzące się z tym terminem wrażenia, słowa, odczucia? Czy chodzi tu o opowiedzenie ciekawej historii, czy tylko o bezmózgą rozrywkę dla mas?

Jestem przekonany, że reputacja Camerona po „Avatarze” wśród bankierów znacząco wzrośnie, ale krytycy będą mieć o nim zdanie dokładnie odwrotne. A publiczność i tak zadecyduje nogami. Wspomiałem wyżej, że dzieło już odniosło gigantyczny sukces. A to dopiero początek.

Czy w takim razie warto wybrać się do kina na ten film? Zdecydowanie tak! Po pierwsze: warto wiedzieć o czym mówią znajomi. A mówić będą. Po drugie: to naprawdę kawał solidnego filmowego rzemiosła. Nie będziecie się nudzić przez prawie trzy godziny. Oczekujcie wartkiej akcji, ładnych (no dobrze: zapierających dech) widoczków, trochę rozpierduchy i pouczającego morału na koniec.

Co prawda, morał jest grubymi nićmi szyty i brzmi jakby jego sponsorem byli ekoterroryści z Greenpeace a chęć przyciągnięcia do kin całych rodzin (kategoria PG-13) spowodowała, że widzowi oszczędzono jakichkolwiek scen drastycznych a niemal całkowicie nagie, posągowe ciała ludu Na’vi mają skrupulatnie poprzysłaniane drugorzędne cechy płciowe, więc nie błyśnie nam na ekranie nawet skrawek niebieskiego cycka. A szkoda.

„Avatar” to nie żaden „przełom”. To gruba kreska. Podsumowanie osiągnięć kina pierwszej epoki cyfrowej. Po „Avatarze” możemy czekać na przełom. Kto go dokona? Raczej nie Cameron. On już na zawsze pozostanie pionierem. Tym, który oswoił nas z (nad)realistycznymi syntezowanymi obrazami komputerowymi w kinie. Doprowadził je do perfekcji a może doszedł do kresu ich możliwości?

Niech mnie ktoś zaskoczy. Czas na przełom.

29 lis 2009, 22:22

Napisał: Wujek


3 komentarzy

dodajdo.com

Rozlewisko marketingu

Uwaga, uwaga!

Uroczyście ogłaszam, że tegoroczne mistrzostwo Świata i Okolic w najniższych lotów product placement zdobył aktualny hit TVP, serial „Dom nad rozlewiskiem„.

Dom nad rozlewiskiem

Dzisiejszy (dziewiąty) odcinek to już chyba szczyt reklamowego kiczu. Do kolekcji wcześniej reklamowanych produktów doszły kolejne. W sumie oglądając niby serial, jesteśmy narażeni na obcowanie z „dyskretnymi” spotami reklamującymi m.in.:

  1. Samochody „Suzuki”
  2. Olej „Kujawski”
  3. Produkty kawopodobne „Mokate”
  4. Herbatę „Lloyd”
  5. Zmywarki „Bosch”
  6. Krem przeciwzmarszczkowy „Perfekta”
  7. Komputery „Toshiba”
  8. Bezprzewodowy dostęp do Internetu „iPlus”.

Tyle przychodzi mi do głowy na szybko. Być może coś przeoczyłem. Ale nawet taka lista może być chlubą specjalistów od PP pracujących dla realizatorów tego serialu. Mnie za to nasuwa się takie pytanie: czy TVP wlicza te reklamy do limitu czasowego jakiego jest zobowiązana przestrzegać zgodnie z zapisami w swojej telewizyjnej koncesji?

P.S.

Zauważyłem jeszcze:

  1. Gaz w butlach „Gaspol”
  2. Biżuterię „Apart”.
23 lis 2009, 15:55

Napisał: Wujek


1 komentarz

dodajdo.com

Skutek ocieplenia: Wajrak traci zimną krew

Psycho Wajrak

Dużurny „ekolog” Gazety Wyborczej, pan Adam Wajrak, zawsze słynął z bezkompromisowego podążania „zieloną” ściężką. Nie miał najmniejszych oporów kiedy trzeba było poprzeć jakąkolwiek „ekologiczną” akcję, nawet gdy w grę wchodziły eko-terrorystyczne metody, na przykład takie jakie stosuje Greenpeace.

Teraz napisał prawdziwie histeryczny artykuł w obronie teorii „globalnego ocieplenia” (Zaufajmy nauce, a nie klimatycznym znachorom):

W polskich mediach w sprawie ocieplenia prym wiodą klimatyczni znachorzy, którzy opierając się na wątpliwej jakości źródłach, plotą brednie o klimacie, mącąc w głowie ludziom i próbując odwieść polityków od kluczowych decyzji. Obawiam się, że jeszcze długo tak będzie, bo łatwiej nam uwierzyć w spiski niż w naukę.

Przeciętny polski widz i czytelnik może się dowiedzieć z mediów, że w sprawie zmian klimatu toczy się jakaś równorzędna dyskusja między naukowcami. Że jest tyle samo argumentów „przeciw”, co „za”. Szczególną karierę robi tu zbitek słów „teoria globalnego ocieplenia” lub „hipoteza o zmianach klimatycznych”.

Teoria i hipoteza czyli coś, co w powszechnym rozumieniu jest mało pewne i niesprawdzone. (…)

Zaufajmy nauce!

Teza, że klimat może się zmieniać pod wpływem uwalnianego do atmosfery węgla, jest wałkowana przez naukowców przynajmniej od lat 60. XX wieku. Jeżeli nazwiemy to religią, to jest to chyba pierwsza religia o tak solidnych podstawach naukowych. Ten problem obracany jest i oglądany ze wszystkich stron i jak na razie nauce wychodzi, że tak właśnie podgrzewamy planetę. Wychodzi to tej samej nauce, której zawdzięczamy Internet i loty w kosmos. Owszem bywa, że się myli, ale innej nauki niż ta oparta na recenzowanych publikacjach nie mamy. Nie mamy lepszego narzędzia poznawczego i nieważne, czy chodzi o raka, HIV, wiewiórki, życie pingwinów czy właśnie zmiany klimatyczne. I ta nauka nam mówi, że ocieplenie zawdzięczamy naszej działalności i że jest to jedno z najpoważniejszych (moim zdaniem najpoważniejsze) wyzwań, przed jakimi stoi ludzkość.

Możemy oczywiście sprawdzać wszystko jeszcze raz i raz jeszcze. Zaczyna to przypominać sytuację człowieka, który od wielu lekarzy dostaje diagnozę, że jest ciężko chory i pora się leczyć. Gna do znachora, który mówi mu, by się nie martwił, bo medycyna się myli i nigdy nie ma stu procentowej pewności. Jak taki człowiek skończy, nietrudno się domyślić. Mamy prosty wybór: albo ufamy nauce, albo klimatycznym znachorom.

I tu następuje prośba o poparcie apelu Greenpeace wzywającego polityków do rozwiązania „problemu globalnego ocieplenia” swoimi metodami…

Nie wiem jak to widzi pan Wajrak, ale w mojej opinii pisanie petycji do środowiska tak skorumpowanego jak politycy z żądaniem JESZCZE WIĘKSZEGO DOJENIA NAS Z PIENIĘDZY pod jakimkolwiek pozorem jest czystym idiotyzmem, a pod tak fałszywym jak walka z „globalnym ociepleniem” to już po prostu szczyt wszelkiej głupoty.

Po epitetach czas na argumenty:

  • Współczesna nauka może jedynie bardzo zgrubnie szacować zmiany klimatu a wszelkie kategoryczne sądy o średnim poziomie temperatur na Ziemi sięgające dalej niż najstarsze dokładne pomiary przeprowadzane przez człowieka (czyli od XVIII wieku) to czysta spekulacja.
  • Odwierty na Antarktydzie mogą świadczyć o historii zawartości CO2 w powietrzu na Antarktydzie. Ale nijak się mają np. do Europy, czy dla przykładu Tasmanii! Poza tym, nikt nie jest w stanie potwierdzić jak wpływa czas (całe epoki – setki tysięcy lat) na CO2 zawarty w lodzie. Po prostu nasze badania obejmują zaledwie kilkadziesiąt lat i nie mamy najmniejszych szans doświadczalnie sprawdzić, czy poszczególne skladniki atmosfery uwięzione w lodzie pozostają w zupełnie niezmienionym stanie przez tak długi czas jak chcieli by tego zwolennicy „globalnego ocieplenia”.
  • CO2 jest zaledwie jednym z tzw. „gazów cieplarnianych”, ale wcale nie najpowszechniejszym. W atmosferze najwięcej jest nie dwutlenku węgla a monotlenku diwodoru. Według różnych szacunków stanowi on od 70 do 95% gazów powodujących „efekt cieplarnianych” (CO2 zaledwie kilka procent). Dlaczego „Obrońcy Ziemi” nie prowadzą żadnych działań przeciwko tej substancji? Może dlatego że to po prostu woda (ściślej: para wodna) i trudno było by czymkolwiek uzasadnić próby ograniczenia jej emisji… No i zupełnie tak samo jak w przypadku niedobrego CO2, przeważająca większość pary wodnej emitowanej do atmosfery ma swoje naturalne źródło: odwiecznie zachodzące na Ziemi procesy.

Swój elaborat szanowny pan Adam Wajrak napisał z pozycji osoby światłej, znającej materię w której się wypowiada, wręcz eksperta. Za takiego uchodzi. Cóż… Mam zasadniczo odmienne zdanie na ten temat. Oglądałem ostatnio autorską audycję telewizyjną pana „Ekologa”, w którym próbował pokazać Pluszcze. No, Cejrowski to z niego nie będzie… W każdym razie dotychczas w mediach (tzn. w „Gazecie Wyborczej”) wykreowano wokół jego osoby aurę wysokiej klasy fachowca od Natury w ogóle, a źle rozumianej Ekologii w szczególności. Mnie to wygląda on raczej na „eksperta” klasy tych z Greenpeace.

Nie sądze, żeby Adam Wajrak był wprost na usługach tych którzy wzbogacają się na tej całej ociepleniowej hucpie. Sprawia raczej wrażenie kolejnego „pożytecznego idioty„. Ale my przypomnijmy sobie nie tak odległą w czasie aferę z „dziurą ozonową” i zabójczym freonem (CFC). Była ona prototypem obecnej walki z CO2. Potężny koncern Du Pont był właścicielem patentów na produkcję tego najpopularniejszego gazu służącego do napełniania urządzeń chłodniczych i wszelkiego rodzaju rozpylaczy. Jednak każdy patent musi w końcu wygasnąć i pozycja monopolisty mogła ulec zachwianiu. Właśnie taki moment się zbliżał. Wymyślono więc nowy gaz zastępujący CFC i wmówiono opinii publicznej (i co ważniejsze – politykom), że freon ze starego gazu niszczy ochronną warstwę ozonową wokół naszej planety. Cały numer poszedł jak z płatka i dziś Du Pont w dalszym ciągu jest monopolistą na rynku tego rodzaju gazów, z tym że z nowym, „bezpiecznym” produktem.

Z czasem okazało się, że warstwa ozonu raz jest większa a raz mniejsza ot tak, bez powodu a poza tym wcale nie jest pewne, że chroni naszą Ziemię przed czymkolwiek. Co z tego? Konwersja na technologię bezfreonową już się zakończyła a rządom głupio było przyznawać się przed swoimi wyborcami, że dali się nabić w butelkę. Czy muszę palcem wskazywać podobieństwa afery freonowej (CFC) z aferą karbonową (CO2)?

Nie bądźcie Wajrakami.

19 paź 2009, 20:24

Napisał: Wujek


skomentuj

dodajdo.com

Anatomia manipulacji

Niewielu zdaje sobie sprawę, jak gigantyczne pieniądze zarabia się na Świecie na „kłamstwie cieplarnianym„. Oczywiście zarabia nieliczna garstka (jak Al Gore) – większość to pożyteczni idioci. Jeden z nich błysnął dziś na staczającym się co raz szybciej serwisie Onet.pl tekstem zatytułowanym „Rekordowo wysokie temperatury. To nie żart.„:

Rekordowo wysokie temperatury na Onet.pl

Jeden krótki artykulik a ile manipulacji! Wymowa tekstu jest jednoznaczna: globalne ocieplenie ma miejsce i się nasila. Dalej idą „naukowe” dowody:

  1. Jak podaje National Climatic Data Center (St. Zjedn. A.P.), średnia temperatura WZROSŁA OD… 2005 ROKU! Cóż za szokująca wiadomość! Badanie materiału porównawczego z 3 (słownie: „trzech„) lat, dało wynik wzrostowy… Jak to rokuje na przyszłość? Czy panie i panowie „naukowcy” obliczyli może trend i wskazali kiedy temperatura na Ziemi osiągnie apogeum, kiedy to wszelkie życie na tym łez padole zamrze na wsze czasy? Oczywiście na podstawie wyników pomiarów z owego strasznego okresu?
  2. Po postraszeniu „niepodważalnymi faktami”, czas na „druzgoczące liczby”: temperatura wzrosła o… 1,12 stopnia FAHRENHEITA! Cóż za wynik! Ponad 1 stopień w trzy lata! Sprawa jednak ma nieco mniejszy wymiar w bardziej nam bliskiej skali poczciwego profesora Nilsa Celsjusza – to zaledwie 0,6℃. Czy fakt pozostawienia kluczowej dla całego artykułu wartości w egzotycznej dla zdecydowanej większości Polaków skali wynika ze zwykłego lenistwa i nieuctwa „redaktorów” Onetu, czy decydująca była tu chęć zaszokowania czytelnika większą liczbą? Sądzę, że jedno i drugie.
  3. Pora na podsumowanie, tym razem jako nieodparty argument wytoczona została prawdziwa kolubryna: pokrywa lodowa na Arktyce. Nasi dociekliwi „naukowcy” ustalili, że zmalała o 23% i biją na alarm wymachując danymi z zaledwie 30 lat! Cóż to za okres dla zmian pogodowych na Ziemi się zapytuję i od razu sam sobie odpowiadam -  ŻADEN! Współczesna nauka nie może powiedzieć NIC o zmianach klimatu, bo w miarę dokładne pomiary zaczęliśmy notować od stu, no może dwustu lat! Wysuwanie kategorycznych wniosków o kierunku w jakim zmieni się on na naszej planecie w najbliższej przyszłości na podstawie tak SZCZĄTKOWYCH danych, to jakby przyznawać Nagrody Akademii Filmowej po obejrzeniu zaledwie UŁAMKA SEKUNDY każdego z pretendujących do statuetki obrazów!

Ilu ludzi da się nabrać? Ilu uwierzy swoich politycznym przywódcom i pokornie zgodzi się na podwyższające koszty działalności gospodarczej, a w efekcie ceny wszystkich dóbr dostępnych na rynku, pro-ekologiczne modyfikacje? Ilu bez sprzeciwu wyrazi milczący akcept na odgórny zakazy używania takich albo innych żarówek, jedynie słusznych (ale droższych) filtrów spalin w swoich samochodach, czy ekologicznych – ale oznaczających jeszcze wyższe podwyżki cen – metodach produkcji energii?? Czy jesteś wśród nich? Czy bez żadnego zastanowienia zgadzasz się na wszystko co próbuje Tobie wmówić polityk na którego stawiasz krzyżyk???

Pomyśl.

Obudź się.