Pan płaci, pani płaci… Jak to w komunie.

Historia jak z bajki (całość: wyborcza.biz):

Na złote serduszka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy wydali ponad 2 mln zł. Kim są właściciele toruńskiej firmy Consus? (…)

Consus w pierwszej lidze jest od bardzo niedawna. Firma powstała już w 2000 r., ale prawdziwe kokosy zbiła dopiero w czasach kryzysu. Zaczynała od ubezpieczeń. Od czterech lat handluje uprawnieniami do emisji dwutlenku węgla i tu zatrudniająca 18 osób firma z Torunia rywalizuje jak równy z równym z bankami Barclays czy Société Générale. W grudniu 2006 r., kiedy francuska giełda towarowa PowerNext pobiła rekord, sprzedając w jeden dzień 1 mln takich praw, 80 proc. obrotów zrobił właśnie Consus. (…)

Gorąco polecam lekturę tego krótkiego tekstu. Emanuje z niego podziw dla sprawnych polskich biznesmenów, którzy nie dość, że dorobili się gigantycznych fortun “z niczego“, to jeszcze mają dobre serduszka i wspierają działalność Jurka “Sie ma” Owsiaka. Słodkie.

A teraz proszę o chwilę umysłowego wysiłku i udzielenie odpowiedzi na jedno proste pytanie: czyje pieniądze powodują, że panów Wiśniewskiego i Kłapuckiego stać na nieprzerwane wakacje, samoloty do wyłącznej dyspozycji, beztroskie podróże po całym Świecie i wszelkie inne luksusy znane ludzkości? Czyżby to głupie francuskie koncerny pozwalały się ograbiać ze swoich ciężko zarobionych Euro? Pudło. A może to nieudolne zarządy naszych rodzimych firm energetycznych są tak niegospodarne, że Consus mógł spokojnie rosnąć w siłę ich kosztem? Znowu pudło!

Oczywiście fortuny te (i wiele podobnych) mają źródło w naszych kieszeniach. Wszystkich, bez wyjątku, Polaków. Wszyscy korzystamy z energii elektrycznej przy produkcji której generowane jest CO2. I od tego naturalnie przecież występującego w przyrodzie gazu, komuniści będący u władzy każą płacić podatek. A podatek, jak zawsze, zapłaci ten, który jest docelowym odbiorcą danego dobra, na które nałożono konkretną daninę. Czyli zwykły szary człowiek. No i pośrednio wszelkie podmioty używające energii elektrycznej w swojej działalności gospodarczej. Przez co oczywiście rosną ceny. Wszystkiego.

No, ale rządy mogą się chwalić, że działająpro-ekologicznie“…

Tylko dlaczego za Moje???

P.S.

Nie mam absolutnie niczego do zarzucenia właścicielom Consusa. Oni po prostu łapią okazję, którą rządząca szajka im daje. Głupi by byli, gdyby nie korzystali.

8 sty 2010, 18:22

Napisał: admin


skomentuj

dodajdo.com

Wszystko jest polityką?

Wszyscy czują przesyt polityką. Gdyby spytać tzw. “zwykłych ludzi” to każdy powie, że woli oglądać “M-jak Miłość” zamiast czegokolwiek w TV, bo wszędzie są ci okropni politycy i polityka. Też to macie? To wielki błąd!

Już pobieżna analiza tematów jakimi zajmowali się polscy politycy przez ostatnie kilka lat daje przerażający obraz totalnego chlewu, który babrze się jedynie w swoich gównach. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy dany poseł, senator, minister albo premier pochodzi z lewicy, z centrum czy z łże-prawicy… Jedyne co może go skłonić do działania to chęć przywalenia konkurencji. Otóż drodzy (w dosłownym tego słowa znaczeniu) panie i panowie parlamentarzyści: nie po to was utrzymujemy, żebyście sobie skakali do oczu, tylko żeby rozwiązywać problemy, usuwać przeszkody w osiągnięciu PRZEZ NAS dobrobytu i zadbać o poprawne działanie służb zapewniających nam bezpieczeństwo (wojsko, policja). Nic więcej!

Kiedy ostatnio widzieliście w TV poważną debatę z udziałem kompetentnych polityków na temat np. wysokości podatków w RP? Albo tego jak ma być finansowana budowa dróg? Czy choć raz Donald Tusk albo Jarosław Kaczyński spotkali się przed kamerami, żeby rzeczowo porozmawiać o nabrzmiewającym problemie tzw. ubezpieczeń społecznych? Po trzykroć nie! Liderzy rządzących Polską partii (czy może powinienem napisać: rozdzierających między sobą Ojczyznę szajek?) nie zajmują się tak przyziemnymi sprawami. Przecież, jak to powiedział kiedyś PRL-owski rzecznik: “rząd się sam wyżywi“. To absolutna prawda, niestety. Tak samo wtedy jak i dzisiaj.

Pewną winę za taki stan rzeczy ponoszą nasi, pożal się Boże, “dziennikarze“. Dla przykładu Monika Olejnik codziennie rozmawia z politykami i zawsze są to osoby z samego świecznika. Premier, marszałek sejmu, przewodniczący, minister, ew. szef komisji… Olejnik nigdy nie spyta o sprawy ważne, zawsze są to bieżące przepychanki. Oto spis tematów z ostatnich dni:

  • 7 stycznia: tow. Napieralski (SLD) oskarża PO o chęć pozbycia się chorych na raka,
  • 6 stycznia: Brudziński (PiS) wiesza psy na PO za machlojki w komisji hazardowej,
  • 5 stycznia: Sikorski (PO) zapewnia, że nie ma żadnego konfliktu między nim a Prezydentem (PiS twierdzi oczywiście dokładnie odwrotnie),
  • 4 stycznia: Krzysztof Kwiatkowski (MS) tłumaczy, że będą bronić ostatniego świadka w sprawie zabójstwa gen. Papały jak niepodległości,
  • 30 grudnia: prymas Muszyński zaprzecza, jakoby Kościół Katolicki narzucał innym krzyże,
  • 29 grudnia: Palikot (PO) pierze publicznie partyjne brudy, zdradzając z kim trzyma w Platformie,
  • 28 grudnia: Kępa (PiS) obrabia tyłek PO, czując się oczywiście skrzywdzona i upokorzona wykluczeniem z komisji hazardowej…

Tak można w nieskończoność… Inna sprawa, że Monika Olejnik ma swój własny, niepowtarzalny styl prowadzenia wywiadów i zasadniczo nie dopuszcza jakiejkolwiek dyskusji w studio. Wygląda to tak, jakby nie potrafiła wyjść poza wcześniej przygotowane ramy wywiadu. Potrafi kilkanaście razy powtarzać jedno pytanie a i tak nie uzyskuje na nie odpowiedzi. Pod tym względem jawi się jako osoba pyskata, upierdliwa ale jednocześnie całkowicie nieskuteczna. Tak naprawdę nigdy z jej wywiadów nie dowiemy się niczego, czego nie wiedzieli byśmy już wcześniej. Po prostu polscy politycy potrafią sobie doskonale z nią radzić.

Zgoła inaczej jest u innej “gwiazdy“: Tomasza Lisa. Ale jedynie pod względem formy. Show Lisa skupia się na takich samych błahostkach jak Olejnik, jedynie przepytuje on polityków hurtowo, po kilku naraz. No i w odróżnieniu od kamiennej twarzy Moniki, Tomasz Lis potrafi grać całym sobą, kreując śmieszne doprawdy zaangażowanie. Treści w tym nie ma oczywiście żadnej. Są za to szarmanckie maniery, eleganckie garnitury i hollywoodzkie oświetlenie.

Dlatego sądzę, że jeśli jest jeszcze szansa na przywrócenie w Polsce normalności, to trzeba zacząć od zmuszenia polityków, żeby zajmowali się POLITYKĄ. Jeśli jakiś poseł robi na lewo interesy, to jest to sprawa dla prokuratury a nie dla innych posłów, którzy akurat mają życzenie występować przez pół roku w TV jako członkowie “komisji”. Jak już wyżej napisałem, nie po to was zatrudniliśmy!

Jeśli historyk napisze pracę ujawniającą współpracę tej czy innej znanej postaci z SB 40 lat temu, to naprawdę nie musi się w tej sprawie wypowiadać premier! Wystarczy, że osoba czująca się pokrzywdzoną podejmie odpowiednie kroki prawne wobec pomawiającego. To nie jest zakres działań Rządu RP!

Wbrew większości, żądam niniejszym WIĘCEJ POLITYKI. Czy może dokładnej:  NIECH W KOŃCU POLITYCY ZAJMĄ SIĘ POLITYKĄ! Realizacja takiego postulatu mogła by u niektórych wybrańców narodu wzbudzić strach. Bo o ile taki Gosiewski, czy Kłopotek doskonale brylują w tym politykierskim gównie, to mogą pogubić się kiedy przyszło by do roztrząsania spraw zasadniczych. Ale tym lepiej. Trzeba jakoś oddzielić ziarna od plew. Co jednak, jeśli na dnie sita kompetencji nie ostanie się całkiem nikt?

4 sty 2010, 18:20

Napisał: admin


14 komentarzy

dodajdo.com

Podlewanie antysemityzmu

Komu najbardziej zależy na rozbudzaniu antysemityzmu? Wygląda na to, że “żydowskiej gazecie dla Polaków” – jak mówią niektórzy, czyli Gazecie Wyborczej. Na głównej stronie portalu “Gazety” znalazłem dziś takiego kwiatka (kliknij na poniższym wycinku, żeby zobaczyć cały oryginalny tekst na stronie “Gazeta.pl”):

Nie pojmuję jakimi drogami muszą chadzić ścieżki myśli gazetowego donosiciela, ale podchwycenie tej idiotycznej tezy (że Nasza-Klasa drwi sobie z kradzieży napisu w oświęcimskim obozie) i rozdmuchanie jej jako kolejnej (zapewne “antysemickiej”) afery, jest poniżej poziomu wszelkiego dziennikarstwa…

No chyba, że “dziennikarze” GW mają ambicję śmiało przekraczać kolejne granice, osiągać wszystko czego jeszcze nie osiągnięto, być w awangardzie zawsze i wszędzie? Nawet kiedy będzie wymagać to zrobienia z siebie kompletnych debili.

29 gru 2009, 23:12

Napisał: admin


skomentuj

dodajdo.com

“Avatar” – czyli gruba kreska

Rok 2009 kończy się z przytupem – premiera „Avatara” Jamesa Camerona zasługuje ze wszech miar na miaro wydarzenia roku. Choćby z powodów finansowych.

Temat numer jeden pierwszych miesięcy mijającego roku to odmieniany przez wszystkie przypadki „kryzys”. Krach nie giełdach, spektakularne upadki banków a wkrótce po nich wielkich (i mniejszych) korporacji. Już nic nie miało być takie jak wcześniej, medialni analitycy przepowiadali epokę zaciskania pasa, oszczędzania. Koniec rozpasania, koniec „amerykańskiego stylu życia”.

To wszystko nie dotarło najwidoczniej do Jamesa Camerona (ale to w końcu Kanadyjczyk, a oni jak wiadomo są… inni), bo właśnie w takim momencie zaryzykował najdroższą filmową produkcję wszech czasów. Budżet filmu zamknął się kwotą niemal pół miliarda dolarów, z czego prawie połowa przeznaczona została na wydatki promocyjne. Totalne szaleństwo! Czy w Polsce znalazł by się bank chętny przy obecnej koniunkturze na finansowanie takiego przedsięwzięcia? Zdecydowanie nie. Zapewne dlatego długo jeszcze będziemy tak beznadziejnie biednym krajem. Otóż proszę sobie wyobrazić, że cała suma wróciła się już w pierwszy weekend (właśnie ten, który zakończył się przedwczoraj wieczorem) wyświetlania dzieła w kinach. Z nawiązką. Teraz film będzie przynosić tylko czysty zysk…

Wielu krytyków określa „Avatar” jednym słowem: przełom. Hmm… Być może. Ale nie wiem, czy nadal będziemy określać ten film przełomowym na miarę drugiego „Obcego”, również drugiego „Terminatora”, czy jedynego w swoim rodzaju „Titanica” za pięć czy dziesięć lat. Przypuszczam, że wątpię.

Z pewnością nikt do tej pory nie stworzył tak spektakularnego obrazu, z tak dopracowanymi syntetycznymi sceneriami, z pierwszoplanowymi postaciami cyfrowo ulepszonymi w tak dopracowany sposób, że nie sposób dopatrzeć się najmniejszych sztuczności w ich ruchu albo mimice twarzy. Tak, to z pewnością zupełne mistrzostwo filmowej technologii XXI wieku. Ale czy przełom? W całym filmie nie ma absolutnie niczego, czego nie widzieli byśmy już w dziesiątkach innych produkcji. Tak naprawdę Cameron czerpie pełnymi garściami z doświadczeń Georga Lucasa, Petera Jacksona (wręcz wynajmuje jego ekipę od CGI) czy Roberta Zemeckisa. Technika jest dziś po prostu lepsza (no i Cameron bardziej wymagający – przy takim budżecie może sobie na to pozwolić), więc i efekt końcowy bardziej spektakularny! Spokojnie, za kilka lat nawet Robert Rodriguez będzie mógł stworzyć na swoim domowym komputerze analogiczne ruchome obrazki (no i tradycyjnie sam napisać muzykę, zrobić zdjęcia i zmontować film).

Nowa jest technologia 3D. A dokładniej: sposób jej wykorzystania. Cameron wraz z Vincem Pace stworzyli nowatorską kamerę Fusion 3D, dzięki której „Avatar” w cyfrowym kinie Dolby 3D powala realnością trójwymiarowego obrazu. W ciągu ostatniego roku filmy trójwymiarowe na dobre zadomowiły się w naszych multipleksach i coraz więcej produkcji jest dostępnych w tej technologii. Co więcej – jeśli właśnie skusiliście się na super-ekstra full HD plazmę, czy inny płaski telewizor podświetlany „najnowszą technologią LED”, to z przykrością muszę Was powiadomić, że wkrótce będziecie wystawiać je na uliczne wystawki… 3D nadchodzi także do naszych kin domowych. Wszyscy liczący się producenci elektroniki zaprezentowali już swoje prototypy trójwymiarowych telewizorów. Co ciekawe, efekt uzyskiwany jest ponoć bez konieczności używania niewygodnych okularów (jak to ma miejsce w kinie). Zatwierdzono już także standard zapisu filmów 3DHD na płytach BluRay i przesyłania ich przez kable HDMI. Wszystko jest już gotowe. Pierwsze telewizory mają pojawić się w sprzedaży w 2010 roku. Do wypróbowania Waszego nowego zestawu podczas kolejnych Świąt zdecydowanie polecam „Avatara”. Z pewnością będziecie zachwyceni.

Wszystko pięknie? Niestety nie. To co kuleje w tej superprodukcji to słabość najważniejszego elementu dobrego filmu: scenariusza. Historyjka jest banalna aż do bólu. Szlachetna miłość dwojga młodych ludzi na przekór otoczeniu na tle epokowych wydarzeń. Oczywiście wbrew wszystkiemu miłość zwycięża i rzecz kończy się happy endem. Postaci nakreślone przez samego Camerona (oprócz reżyserowania napisał on do filmu scenariusz, czuwał nad produkcją i po części go zmontował) są po prostu czarno-białe. Od pierwszych niemal scen wiadomo kto tu jest „dobry” a kto „zły”. Skrajnym przypadkiem jest chyba pułkownik Quaritch. Wyświechtany archetyp bezwględnego wojskowego. W iluż filmach widzieliśmy krótko ostrzyżonych, białych, bezwględnych, żadnych krwi, stawiających zawsze na siłowe rozwiązania amerykańskich oficerów? Wszyscy mają skrzywioną psychikę (bo byli w jakimś Wietnamie, Korei czy innym Iraku). Wszyscy nie wiedzieć czemu uwzięli się na „dobrego” bohatera danego filmu. I wszyscy (bez wyjątku) ponoszą ostatecznie klęskę. Tutaj mamy wszystkie te elementy w komplecie.

Do tego para głównych bohaterów nie grzeszy nawet minimum głębi, tajemnicy, zagadki. Sa po prostu płascy. Wszystko na wierzchu. On, czyli Jake, to chyba średnia wyciągnięta ze wszystkich amerykańskich nastolatków. Przez pierwszą połowę filmu wręcz denerwowała mnie jego szczera głupota i inteligencja na poziomie co najwyżej 15-latka. Za to Ona, czyli trzy metrowa samica z gatunku Na’vi o imieniu Neytiri to z kolei prawdziwa Pocahontas. Z pewnością Zoë Saldana odtwarzająca tę rolę to jeden z jaśniejszych punktów „Avatara”. Mimo skomplikowanej postprodukcji, która mogła zatrzeć cały aktorski wysiłek tej aktorki, możemy podziwiać jej fizyczną sprawność i ekspresję. Neytiri zachwyca, lecz poza efektowną powierzchownością nie ma nic więcej do zaoferowania. I nie oczekuję tu odgrywania dylematów moralnych na skalę kina moralnego niepokoju. Niestety jej postać nie wykracza poza granice wytyczone przez Simbę z „Króla Lwa”. Neytiri to pół dzika przedstawicielka obcej rasy i tak jak disneyowskie zwierzątko ma „bardzo mały rozumek”. Jej kolejne decyzje są przewidywalne jak to, że z nowym rokiem wzrośnie cena prądu. Czyżby Cameronowi zabrakło czasu na dopieszczenie bohaterów swojej opowieści? Na dodanie im tajemnicy, na skomplikowanie nieco ich umysłów?

A może tak właśnie ma być? Może w tym wszystkim chodzi jednak tylko o stworzenie największej na Świecie maszynki do zarabiania pieniędzy? Może nad tym jacy mają być bohaterowie filmu przez długie miesiące debatował sztab najlepszych speców od marketingu? Może pracowicie ustalano, bazując na uśrednionych wynikach badań statystycznego widza, jak ma wyglądać, zachowywać się, mówić, każda z przedstawionych postaci? W końcu tu nie chodzi o budżet RP na 2010, tylko o powodzenie prywatnego przedsięwzięcia pazernych hollywoodzkich filmowców! Tu po prostu nie ma miejsca na pomyłkę. W efekcie powstało dzieło do bólu poprawne, ale jednocześnie w żadnym momencie nie rzucające na kolana (coś jak kolejne serie „Szymon Majewski Show”).

Tylko czy to jeszcze jest film jaki każdy dojrzały widz ma na myśli kiedy przyjdzie mu podać pierwsze kojarzące się z tym terminem wrażenia, słowa, odczucia? Czy chodzi tu o opowiedzenie ciekawej historii, czy tylko o bezmózgą rozrywkę dla mas?

Jestem przekonany, że reputacja Camerona po „Avatarze” wśród bankierów znacząco wzrośnie, ale krytycy będą mieć o nim zdanie dokładnie odwrotne. A publiczność i tak zadecyduje nogami. Wspomiałem wyżej, że dzieło już odniosło gigantyczny sukces. A to dopiero początek.

Czy w takim razie warto wybrać się do kina na ten film? Zdecydowanie tak! Po pierwsze: warto wiedzieć o czym mówią znajomi. A mówić będą. Po drugie: to naprawdę kawał solidnego filmowego rzemiosła. Nie będziecie się nudzić przez prawie trzy godziny. Oczekujcie wartkiej akcji, ładnych (no dobrze: zapierających dech) widoczków, trochę rozpierduchy i pouczającego morału na koniec.

Co prawda, morał jest grubymi nićmi szyty i brzmi jakby jego sponsorem byli ekoterroryści z Greenpeace a chęć przyciągnięcia do kin całych rodzin (kategoria PG-13) spowodowała, że widzowi oszczędzono jakichkolwiek scen drastycznych a niemal całkowicie nagie, posągowe ciała ludu Na’vi mają skrupulatnie poprzysłaniane drugorzędne cechy płciowe, więc nie błyśnie nam na ekranie nawet skrawek niebieskiego cycka. A szkoda.

„Avatar” to nie żaden „przełom”. To gruba kreska. Podsumowanie osiągnięć kina pierwszej epoki cyfrowej. Po „Avatarze” możemy czekać na przełom. Kto go dokona? Raczej nie Cameron. On już na zawsze pozostanie pionierem. Tym, który oswoił nas z (nad)realistycznymi syntezowanymi obrazami komputerowymi w kinie. Doprowadził je do perfekcji a może doszedł do kresu ich możliwości?

Niech mnie ktoś zaskoczy. Czas na przełom.

29 lis 2009, 22:22

Napisał: admin


3 komentarzy

dodajdo.com

Rozlewisko marketingu

Uwaga, uwaga!

Uroczyście ogłaszam, że tegoroczne mistrzostwo Świata i Okolic w najniższych lotów product placement zdobył aktualny hit TVP, serial “Dom nad rozlewiskiem“.

Dom nad rozlewiskiem

Dzisiejszy (dziewiąty) odcinek to już chyba szczyt reklamowego kiczu. Do kolekcji wcześniej reklamowanych produktów doszły kolejne. W sumie oglądając niby serial, jesteśmy narażeni na obcowanie z “dyskretnymi” spotami reklamującymi m.in.:

  1. Samochody “Suzuki”
  2. Olej “Kujawski”
  3. Produkty kawopodobne “Mokate”
  4. Herbatę “Lloyd”
  5. Zmywarki “Bosch”
  6. Krem przeciwzmarszczkowy “Perfekta”
  7. Komputery “Toshiba”
  8. Bezprzewodowy dostęp do Internetu “iPlus”.

Tyle przychodzi mi do głowy na szybko. Być może coś przeoczyłem. Ale nawet taka lista może być chlubą specjalistów od PP pracujących dla realizatorów tego serialu. Mnie za to nasuwa się takie pytanie: czy TVP wlicza te reklamy do limitu czasowego jakiego jest zobowiązana przestrzegać zgodnie z zapisami w swojej telewizyjnej koncesji?

P.S.

Zauważyłem jeszcze:

  1. Gaz w butlach “Gaspol”
  2. Biżuterię “Apart”.
23 lis 2009, 15:55

Napisał: admin


1 komentarz

dodajdo.com

Skutek ocieplenia: Wajrak traci zimną krew

Psycho Wajrak

Dużurny “ekolog” Gazety Wyborczej, pan Adam Wajrak, zawsze słynął z bezkompromisowego podążania “zieloną” ściężką. Nie miał najmniejszych oporów kiedy trzeba było poprzeć jakąkolwiek “ekologiczną” akcję, nawet gdy w grę wchodziły eko-terrorystyczne metody, na przykład takie jakie stosuje Greenpeace.

Teraz napisał prawdziwie histeryczny artykuł w obronie teorii “globalnego ocieplenia” (Zaufajmy nauce, a nie klimatycznym znachorom):

W polskich mediach w sprawie ocieplenia prym wiodą klimatyczni znachorzy, którzy opierając się na wątpliwej jakości źródłach, plotą brednie o klimacie, mącąc w głowie ludziom i próbując odwieść polityków od kluczowych decyzji. Obawiam się, że jeszcze długo tak będzie, bo łatwiej nam uwierzyć w spiski niż w naukę.

Przeciętny polski widz i czytelnik może się dowiedzieć z mediów, że w sprawie zmian klimatu toczy się jakaś równorzędna dyskusja między naukowcami. Że jest tyle samo argumentów “przeciw”, co “za”. Szczególną karierę robi tu zbitek słów “teoria globalnego ocieplenia” lub “hipoteza o zmianach klimatycznych”.

Teoria i hipoteza czyli coś, co w powszechnym rozumieniu jest mało pewne i niesprawdzone. (…)

Zaufajmy nauce!

Teza, że klimat może się zmieniać pod wpływem uwalnianego do atmosfery węgla, jest wałkowana przez naukowców przynajmniej od lat 60. XX wieku. Jeżeli nazwiemy to religią, to jest to chyba pierwsza religia o tak solidnych podstawach naukowych. Ten problem obracany jest i oglądany ze wszystkich stron i jak na razie nauce wychodzi, że tak właśnie podgrzewamy planetę. Wychodzi to tej samej nauce, której zawdzięczamy Internet i loty w kosmos. Owszem bywa, że się myli, ale innej nauki niż ta oparta na recenzowanych publikacjach nie mamy. Nie mamy lepszego narzędzia poznawczego i nieważne, czy chodzi o raka, HIV, wiewiórki, życie pingwinów czy właśnie zmiany klimatyczne. I ta nauka nam mówi, że ocieplenie zawdzięczamy naszej działalności i że jest to jedno z najpoważniejszych (moim zdaniem najpoważniejsze) wyzwań, przed jakimi stoi ludzkość.

Możemy oczywiście sprawdzać wszystko jeszcze raz i raz jeszcze. Zaczyna to przypominać sytuację człowieka, który od wielu lekarzy dostaje diagnozę, że jest ciężko chory i pora się leczyć. Gna do znachora, który mówi mu, by się nie martwił, bo medycyna się myli i nigdy nie ma stu procentowej pewności. Jak taki człowiek skończy, nietrudno się domyślić. Mamy prosty wybór: albo ufamy nauce, albo klimatycznym znachorom.

I tu następuje prośba o poparcie apelu Greenpeace wzywającego polityków do rozwiązania “problemu globalnego ocieplenia” swoimi metodami…

Nie wiem jak to widzi pan Wajrak, ale w mojej opinii pisanie petycji do środowiska tak skorumpowanego jak politycy z żądaniem JESZCZE WIĘKSZEGO DOJENIA NAS Z PIENIĘDZY pod jakimkolwiek pozorem jest czystym idiotyzmem, a pod tak fałszywym jak walka z “globalnym ociepleniem” to już po prostu szczyt wszelkiej głupoty.

Po epitetach czas na argumenty:

  • Współczesna nauka może jedynie bardzo zgrubnie szacować zmiany klimatu a wszelkie kategoryczne sądy o średnim poziomie temperatur na Ziemi sięgające dalej niż najstarsze dokładne pomiary przeprowadzane przez człowieka (czyli od XVIII wieku) to czysta spekulacja.
  • Odwierty na Antarktydzie mogą świadczyć o historii zawartości CO2 w powietrzu na Antarktydzie. Ale nijak się mają np. do Europy, czy dla przykładu Tasmanii! Poza tym, nikt nie jest w stanie potwierdzić jak wpływa czas (całe epoki – setki tysięcy lat) na CO2 zawarty w lodzie. Po prostu nasze badania obejmują zaledwie kilkadziesiąt lat i nie mamy najmniejszych szans doświadczalnie sprawdzić, czy poszczególne skladniki atmosfery uwięzione w lodzie pozostają w zupełnie niezmienionym stanie przez tak długi czas jak chcieli by tego zwolennicy “globalnego ocieplenia”.
  • CO2 jest zaledwie jednym z tzw. “gazów cieplarnianych”, ale wcale nie najpowszechniejszym. W atmosferze najwięcej jest nie dwutlenku węgla a monotlenku diwodoru. Według różnych szacunków stanowi on od 70 do 95% gazów powodujących “efekt cieplarnianych” (CO2 zaledwie kilka procent). Dlaczego “Obrońcy Ziemi” nie prowadzą żadnych działań przeciwko tej substancji? Może dlatego że to po prostu woda (ściślej: para wodna) i trudno było by czymkolwiek uzasadnić próby ograniczenia jej emisji… No i zupełnie tak samo jak w przypadku niedobrego CO2, przeważająca większość pary wodnej emitowanej do atmosfery ma swoje naturalne źródło: odwiecznie zachodzące na Ziemi procesy.

Swój elaborat szanowny pan Adam Wajrak napisał z pozycji osoby światłej, znającej materię w której się wypowiada, wręcz eksperta. Za takiego uchodzi. Cóż… Mam zasadniczo odmienne zdanie na ten temat. Oglądałem ostatnio autorską audycję telewizyjną pana “Ekologa”, w którym próbował pokazać Pluszcze. No, Cejrowski to z niego nie będzie… W każdym razie dotychczas w mediach (tzn. w “Gazecie Wyborczej”) wykreowano wokół jego osoby aurę wysokiej klasy fachowca od Natury w ogóle, a źle rozumianej Ekologii w szczególności. Mnie to wygląda on raczej na “eksperta” klasy tych z Greenpeace.

Nie sądze, żeby Adam Wajrak był wprost na usługach tych którzy wzbogacają się na tej całej ociepleniowej hucpie. Sprawia raczej wrażenie kolejnego “pożytecznego idioty“. Ale my przypomnijmy sobie nie tak odległą w czasie aferę z “dziurą ozonową” i zabójczym freonem (CFC). Była ona prototypem obecnej walki z CO2. Potężny koncern Du Pont był właścicielem patentów na produkcję tego najpopularniejszego gazu służącego do napełniania urządzeń chłodniczych i wszelkiego rodzaju rozpylaczy. Jednak każdy patent musi w końcu wygasnąć i pozycja monopolisty mogła ulec zachwianiu. Właśnie taki moment się zbliżał. Wymyślono więc nowy gaz zastępujący CFC i wmówiono opinii publicznej (i co ważniejsze – politykom), że freon ze starego gazu niszczy ochronną warstwę ozonową wokół naszej planety. Cały numer poszedł jak z płatka i dziś Du Pont w dalszym ciągu jest monopolistą na rynku tego rodzaju gazów, z tym że z nowym, “bezpiecznym” produktem.

Z czasem okazało się, że warstwa ozonu raz jest większa a raz mniejsza ot tak, bez powodu a poza tym wcale nie jest pewne, że chroni naszą Ziemię przed czymkolwiek. Co z tego? Konwersja na technologię bezfreonową już się zakończyła a rządom głupio było przyznawać się przed swoimi wyborcami, że dali się nabić w butelkę. Czy muszę palcem wskazywać podobieństwa afery freonowej (CFC) z aferą karbonową (CO2)?

Nie bądźcie Wajrakami.

19 paź 2009, 20:24

Napisał: admin


skomentuj

dodajdo.com

Anatomia manipulacji

Niewielu zdaje sobie sprawę, jak gigantyczne pieniądze zarabia się na Świecie na “kłamstwie cieplarnianym“. Oczywiście zarabia nieliczna garstka (jak Al Gore) – większość to pożyteczni idioci. Jeden z nich błysnął dziś na staczającym się co raz szybciej serwisie Onet.pl tekstem zatytułowanym “Rekordowo wysokie temperatury. To nie żart.“:

Rekordowo wysokie temperatury na Onet.pl

Jeden krótki artykulik a ile manipulacji! Wymowa tekstu jest jednoznaczna: globalne ocieplenie ma miejsce i się nasila. Dalej idą “naukowe” dowody:

  1. Jak podaje National Climatic Data Center (St. Zjedn. A.P.), średnia temperatura WZROSŁA OD… 2005 ROKU! Cóż za szokująca wiadomość! Badanie materiału porównawczego z 3 (słownie: “trzech“) lat, dało wynik wzrostowy… Jak to rokuje na przyszłość? Czy panie i panowie “naukowcy” obliczyli może trend i wskazali kiedy temperatura na Ziemi osiągnie apogeum, kiedy to wszelkie życie na tym łez padole zamrze na wsze czasy? Oczywiście na podstawie wyników pomiarów z owego strasznego okresu?
  2. Po postraszeniu “niepodważalnymi faktami”, czas na “druzgoczące liczby”: temperatura wzrosła o… 1,12 stopnia FAHRENHEITA! Cóż za wynik! Ponad 1 stopień w trzy lata! Sprawa jednak ma nieco mniejszy wymiar w bardziej nam bliskiej skali poczciwego profesora Nilsa Celsjusza – to zaledwie 0,6℃. Czy fakt pozostawienia kluczowej dla całego artykułu wartości w egzotycznej dla zdecydowanej większości Polaków skali wynika ze zwykłego lenistwa i nieuctwa “redaktorów” Onetu, czy decydująca była tu chęć zaszokowania czytelnika większą liczbą? Sądzę, że jedno i drugie.
  3. Pora na podsumowanie, tym razem jako nieodparty argument wytoczona została prawdziwa kolubryna: pokrywa lodowa na Arktyce. Nasi dociekliwi “naukowcy” ustalili, że zmalała o 23% i biją na alarm wymachując danymi z zaledwie 30 lat! Cóż to za okres dla zmian pogodowych na Ziemi się zapytuję i od razu sam sobie odpowiadam -  ŻADEN! Współczesna nauka nie może powiedzieć NIC o zmianach klimatu, bo w miarę dokładne pomiary zaczęliśmy notować od stu, no może dwustu lat! Wysuwanie kategorycznych wniosków o kierunku w jakim zmieni się on na naszej planecie w najbliższej przyszłości na podstawie tak SZCZĄTKOWYCH danych, to jakby przyznawać Nagrody Akademii Filmowej po obejrzeniu zaledwie UŁAMKA SEKUNDY każdego z pretendujących do statuetki obrazów!

Ilu ludzi da się nabrać? Ilu uwierzy swoich politycznym przywódcom i pokornie zgodzi się na podwyższające koszty działalności gospodarczej, a w efekcie ceny wszystkich dóbr dostępnych na rynku, pro-ekologiczne modyfikacje? Ilu bez sprzeciwu wyrazi milczący akcept na odgórny zakazy używania takich albo innych żarówek, jedynie słusznych (ale droższych) filtrów spalin w swoich samochodach, czy ekologicznych – ale oznaczających jeszcze wyższe podwyżki cen – metodach produkcji energii?? Czy jesteś wśród nich? Czy bez żadnego zastanowienia zgadzasz się na wszystko co próbuje Tobie wmówić polityk na którego stawiasz krzyżyk???

Pomyśl.

Obudź się.

8 paź 2009, 17:56

Napisał: admin


skomentuj

dodajdo.com

Kryzys klasy pozbawionej klasy

kaczynski

Szanowny pan Jarosław Kaczyński, prezes narodowo-socjalistycznej partii “Prawo i Sprawiedliwość“, puszył się wczoraj w TV niczym pączek w maśle. Znowu jest w centrum wydarzeń. Ponownie (jak mu się wydaje) rozdaje karty. Swoimi wypowiedziami co i rusz dawał dowody na kompletne oderwanie od rzeczywistości. W trudno skrywaną satysfakcją prorokował rychły koniec socjal-demokratycznej “Platformy Obywatelskiej” i triumfalny powrót “PiS” do upragnionej władzy. Wszystko to czyste fantazje dawno skompromitowanego polityka z partii, której (wciąż za wysokie) wyniki w sondażach stymulują chyba jedynie pieniądze płynące szerokim strumieniem z budżetu (“PiS” należy do kartelu, który przyznał sobie prawo pobierania części naszych podatków na swoją działalność).

Ale niczym ślepej kurze ziarno i panu prezesowi trafiło się wczoraj powiedzieć pół zdania zaskakująco trafnej obserwacji:

“obserwujemy upadek klasy politycznej w Polsce”.

Zgadzam się z tym stwierdzeniem całkowicie. Obecni politycy skompromitowali się ostatecznie, całkowicie a niektórzy wielokrotnie. Co więcej, taki Kaczyński chciałby, żeby dać mu JESZCZE JEDNĄ szansę na kompromitację… O co to nie, drogi panie. My na szanse do spaprania spraw kraju musimy patrzeć po gospodarsku! Waćpanu już dziękujemy.

Tak zwana “klasa polityczna” Polski to do prawdy obraz nędzy i rozpaczy. Jak słusznie zauważył pewien mądry człowiek: “gówno nawet gdy założy garnitur pozostanie gównem“. Nic więcej dodawać nie trzeba. Aktualnie gówniany odór jest wciąż tłumiony różnymi działaniami odwracającymi uwagę od spraw istotnych. Najnowsze zamieszanie w sprawie lobbingu wokół ustaw zwiększających podatki od gier również jest takim działaniem. Tak zwana “afera hazardowa” nie powinna mieć w ogóle miejsca! W normalnym kraju rząd nie zajmuje się takimi sprawami! Nie ma potrzeby, bo KAŻDA działalność gospodarcza powinna być obłożona dokładnie takimi samymi, prostymi w obliczeniu i niewielkimi podatkami! Nie ma najmniejszego znaczenia, czy chodzi o kasyno, sklep z mięsem, stację paliw, gabinet lekarski czy kościół! Każda z tych form ludzkiej działalności powstała w celach zarobkowych a politycy nie powinni zajmować się klasyfikowaniem ich według własnego widzimisię… Rzecz tak oczywista a wciąż nieobecna w powszechnej świadomości.

Tylko jak ma się ona dostać do mózgów polskich wyborców, kiedy w przerwach między ogłupiającymi serialami i durnowatymi “tok szołami“, jedyne źródło wiedzy większości Polaków czyli telewizja, raczy ich skupionymi na spektakularnych wątkach pobocznych audycjami publicystycznymi… Tematem września były w nich wydarzenia związane z wybuchem II Wojny Światowej, a w październiku jak widać, będziemy rozprawiać o jednorękich bandytach… Życzę emocji i nagłych zwrotów akcji.

15 wrz 2009, 20:01

Napisał: admin


skomentuj

dodajdo.com

Skała, czyli klapa.

Mamy w Polsce urodzaj na śpiewające kobiety. Dziesiątki gwiazd i gwiazdeczek pojawia się i znika ale całkiem spora grupa to diwy będące diamentami w tym morzu błyszczących szkiełek. One zostawiają trwały ślad – piękne piosenki które przechodzą do kanonu. Z pewnością jedną z nich była Kayah. Ale wczoraj wydała swoją kolejną płytę, zatytułowaną: “Skała“. No i po Kaśce. Skończyła się definitywnie.

Skała” to album tworzony przez bardzo długi czas. Jego premiera była wciąż przesuwana, ale nie słychać tej nadzwyczajnej pracy dojrzałej artystki, dysponującej odpowiednimi środkami, gronem profesjonalnych współpracowników i (zwłaszcza) ogromnym doświadczeniem. Płyta nie będzie zaskoczeniem dla kogoś, kto (jak ja) obserwuje karierę Katarzyny Szczot od momentu “Córeczko, wolała bym żebyś była chłopcem”, bo Kayah od zawsze ciągnęło do takiego niezobowiązujące plumkania, jakie zaprezentowała na tej płycie. Ale takie granie jest dobre na jam session wśród przyjaciół, a nie na kolejną po dłuższej przerwie produkcję mainstreamowej piosenkarki pop! Płyta jest senna, bez żadnych wyszukanych aranżacji, bez pomysłów na zaskoczenie słuchacza. Najciekawsze momenty płyty to nawiązujące wprost do albumu “Kamień” z 1995 roku piosenki “Dla mnie to skarb” (duet z kimś brzmiącym jak Piasek – niestety w albumie nie ma ani słowa o tym kto tu śpiewa), “Ocean spokojny już” i piosenka “Jak skała” (która zaczyna się tak naprawdę dopiero po drugiej minucie i sądzę, że wybranie tego utworu na pierwszy “singiel” to ewidentny strzał w stopę – tego nikt nie będzie puszczać w radio). Poza tym, głównym grzechem “Skały” to w mojej opinii brak osoby z pomysłem, która pokierowała by nagraniami, aranżacją i zgraniem całości. W książeczce dołączonej do płyty jako producenci wymienieni są Krzysztof Pszona, Kayah i Andrzej Smolik. Wygląda na to, że te trzy osoby nie potrafiły znaleźć przez dwa lata produkcji jakiejś wspólnej podstawy, wokół której można by zbudować kompletny i spójny utwór jakim jest album popowy. Zamiast tego powstała płyta, którą można streścić jednym zdaniem: “Skała” to remake “Kamienia”, tylko z prostszym, bardziej akustycznym brzmieniem. Czy na to czekają fani Kayah A.D. 2009??

Tak naprawdę, to w “Skale” najbardziej podoba mi się ZDJĘCIE na wewnętrznej obwolucie albumu:

kayah

Może zamiast CD z muzyką, Kayah powinna wydać album z fotografiami? Ja z pewnością zapłacił bym te kilkadziesiąt złotych na dobrej jakości wydawnictwo prezentujące wyłącznie piękne fotosy Kasi. No, ale ci którzy mnie znają wiedzą, że ze mnie niezły fetyszysta…

P.S.

Obrazu rozpaczy i nieprofesjonalizmu dopełnia oficjalna strona internetowa Kayah.pl:

kayah

Promocja albumu najważniejszego wykonawcy wytwórni Kayax to jedna, statyczna strona (zrobiona w znakomitym, ale jednak DOMOWYM edytorze wizualnym iWeb), z kilkoma maleńkimi fotkami i nie działającym filmikiem…  Żenada.

Nie taki faszysta straszny jak go Wyborcza maluje

Niejaki Piotr Farfał pełni sobie z namaszczenia partyjnego funkcję prezesa TVP. Robi to nie lepiej od poprzednich prezesów, ale zapewne też i nie gorzej. TVP tak naprawdę rządzi się własnymi prawami i żaden prezes nie jest w stanie z dnia na dzień dokonać w niej drastycznych zmian (oczywiście TVP powinna zostać jak najszybciej sprzedana na licytacji – taka jest moja opinia). Naturalne jest także to, że każdy prezes TVP jest atakowany przez siły przeciwne partii która go umieściła na stanowisku. Jeżeli ktoś jest narodowcem, to oczywiście trzeba nazywać go “faszystą”. I tak się robi.

Dziś “Fakt” zamieścił sensacyjne zdjęcia sprzed kilkunastu lat, na których widać młodego Farfała unoszącego prawie ramię w geście faszystowskiego pozdrowienia. Są to prywatne zdjęcia z jakichś imprez, gdzie młodzi chłopcy pozujący na skinów wygłupiają się do kamery. Farfał już dawno przyznał się, że należał do takiego towarzystwa i przeprosił za, jak to nazwał, “błędy młodości”. No i dobrze. Ja w młodości też popełniałem błędy, dla przykładu: głosowałem kiedyś na Unię Demokratyczną… Cóż, młodość-naiwność…

Ale gdy nie ma innego oręża do walki politycznej (jakoś nie widać, żeby prezes tak sterował Telewizją, żeby propagowała faszyzm), to wyciąga się takie stare “rewelacje”. Czy to jest uczciwe działanie? Czy ktokolwiek zarzucał Bronisławowi Geremkowi, że przez 18 lat (w młodości!) był członkiem zbrodniczej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej? A Jackowi Kuroniowi? Czy fakt zasiadania przez Tadeusza Mazowieckiego w organach władzy komunistycznego reżimu PRL (był wtedy posłem!) jest nieustannie podnoszony w prasie? A wreszcie, czy byłej polskiej komisarce UE, Danucie Hübner ktokolwiek uparcie wypomina, że dla kariery (jak sama przyznała), była w młodości (!) aktywną działaczką tejże samej co Geremek partii? Oczywiście według dziennikarzy Michnikowej “Gazety” (która pierwsza rozpoczęła kampanię przeciw Farfałowi), to nie to samo. Można popełnić zbrodnię komunizmu i dalej robić polityczną karierę. Być szanowanym (w pewnych kręgach, czy raczej “salonach”), a po śmierci mieć salę swojego imienia w parlamencie… Ale zbrodnia “faszyzmu” popełniona przez 16-latka nie będzie według tej optyki zatarta nigdy.

Cóż. Relatywizm gazetowyborczy w najczystszej postaci.