My to mamy pecha. Albo rządzą nami zdrajcy, albo złodzieje, albo po prostu idioci. Najczęściej kombinacja powyższych…

Dzisiejsza władza stara się jak może dorównać wszystkim poprzednim:

  1. Oberminister Morawiecki stwierdził, że wysokie podatki w Polsce to mit, czym uspokoił wszystkich polskich przedsiębiorców, którym nikt do tej pory tego nie uświadomił, myśleli więc, że są jednak zabójczo duże. Aby (jeszcze bardziej) ułatwić im życie, zapowiedział też polepszenie komunikacji na linii Przedsiębiorcy > Urzędnicy, poprzez ustanowienie specjalnego urzędnika (Rzecznika Przedsiębiorców), który będzie mówił swoim kolegom urzędnikom, co mu się wydaje, że myślą przedsiębiorcy. Tak się rozwiązuje problemy w narodowo-socjalistycznej Polsce.
  2. Wiceminister Szmit powiedział, że dopiero teraz PiS wybuduje prawilne autostrady, bo gotowe już A4 i A2 nie służą Polakom, tylko Rosjanom i Niemcom, więc w sumie były niepotrzebne. Ponoć nowa, narodowo-słuszna autostrada ma mieć kształt koła, które nigdzie nie styka się z granicami naszej umęczonej ojczyzny…
  3. Naczelnik Kaczyński znalazł winnych spowolnienia wzrostu gospodarczego w Polsce – to przedsiębiorcy, którzy celowo stają w poprzek sprawiedliwości dziejowej, czyli rządom PiS, w nadziei na powrót do władzy poprzedniej szajki. Nie będzie z tego nic, bo rząd jest gotów na każde poświęcenie swoich obywateli, aby ten cichy protest przeczekać. Jak wiadomo, rząd się zawsze wyżywi.
  4. Posłanka PiS z pajęczyńskiego, pani Beata dwojga nazwisk Mateusiak-Pielucha stwierdziła, iż należy czym prędzej deportować ze świeżo co oddanej we władanie samemu Jezusowi Chrystusowi nazaretańskiemu Polski, wszystkich innowierców, oraz do kompletu ateistów. Ciekawe czy pani poseł wie, że Jezus był Żydem…

Jak widać rządy szajki pana Kaczyńskiego nie różnią się w swojej głupocie zbytnio od szajek pp. Millera, Pawlaka, czy Tuska. Od dziesięcioleci musimy borykać się z tymi samymi zachowaniami: butą, przekonaniem o nieomylności, prymitywną chęcią zemsty no i oczywiście wzbogacenia się, okraszoną niespotykaną dozą czystej głupoty. Takich to mamy przywódców.

Ponoć ileś procent każdego społeczeństwa stanowią osoby z różnego rodzaju umysłowymi ograniczeniami, wadami wrodzonymi i podobnymi niepełnosprawnościami. Czy my stanowimy AŻ TAK zdegenerowaną populację, czy tylko wśród rządzących nami osób mamy do czynienia z nadreprezentacją NIEPEŁNOSPRYTNYCH??

Śmierć i dziewczyna

Gwałtu rety, zamachnęli się na nas na śmierć! Takie to gorzkie żale rozbrzmiewają dziś z piastowskiego Wrocławia. Władza raczyła przypomnieć dyrektorowi tamtejszego teatru na który łoży rocznie grube miliony, że właśnie niedawno nastała. No i ma nieco inne zdanie na temat treści prezentowanych w „Teatrze Polskim” niż poprzednia. Czy w tym jest cokolwiek dziwnego? Po mojemu nie. Wychodzę z założenia że kto płaci, ten wymaga.

I nie chodzi tu o żadną wolność artystyczną. Jeśli nie tworzysz za swoje – to tak naprawdę wykonujesz zlecenie. A ten kto zamawia dzieło, może (choć nie musi!) szczegółowo określić jaki ma być efekt twojej pracy. Jeśli „Teatr Polski”, który tak naprawdę wystawia szereg naprawdę popularnych i nowoczesnych przedstawień, i mógłby z pewnością spokojnie utrzymywać się tylko z biletów, chciałby móc uwolnić się od zewnętrznego wpływu na repertuar, to jest na to prosty sposób: wystarczy zrezygnować z państwowych dotacji. I tutaj napotykamy na mały problem. Świetnie opowie o nim dyrektor teatru, pan poseł od Petru, Mieszkowski:

Ministerstwo Kultury przekazuje na działalność artystyczną teatru ponad 4 mln zł. Za mało?

– Te pieniądze musimy przeznaczać na utrzymanie, pensje aktorów i pracowników technicznych. Gdybym miał dostosować działalność teatru do wysokości dotacji, powinienem zwolnić 70 osób. Mamy trzy autonomiczne sceny. Dotacja podstawowa wystarcza, aby pracować do połowy października, potem powinniśmy zamknąć teatr. W tej sytuacji każda decyzja o zrobieniu premiery jest wyczynem kaskaderskim. Tylko że prowadzenie teatru bez premier to jak drukowanie książki bez treści.

A dochody teatru nie wystarczają na funkcjonowanie?

– Nie, choć mamy dobre dochody, w ostatnich latach średnio na poziomie 35 proc. dotacji. W 2013 r. zarobiliśmy 3 mln 350 tys. zł. To naprawdę niezły wynik. Mamy wysoką frekwencję – 93 proc. W tym roku po uruchomieniu dużej sceny wpływy z biletów były większe od wpływów za cały ubiegły rok. Wszystko to jednak pochłania czarna dziura niedofinansowania. To problem, z którym mierzyli się poprzedni dyrektorzy, ja mam go od początku dyrekcji.

Teatr działa „za państwowe”, więc nieefektywnie. Jeśli mógłby się utrzymać z biletów po zwolnieniu 70 pracowników(!), to ilu ich tam teraz pracuje?? Ewidentnie mamy tu do czynienia z przerostem zatrudnienia. Oczywiście nie miałby on miejsca, gdyby teatr był w rękach prywatnych. Zresztą dalej pan dyrektor daje kolejny dowód na kompletne oderwanie od myślenia ekonomicznego i źródła problemu w szczególności:

Co zrobiliście, aby zmniejszyć deficyt?

– W ubiegłym roku zawiesiliśmy działalność artystyczną w maju, czerwcu i we wrześniu. Oznacza to nie tylko zatrzymanie pracy i stagnację artystyczną, ale też uniemożliwienie publiczności dostępu do repertuaru. Przesunęliśmy zaplanowaną na czerwiec premierę, odbyła się w październiku. Udało się zmniejszyć zadłużenie, zgodnie z wymogami ekonomicznymi, ale wbrew misji teatru i ludziom. Na dobry wynik finansowy pod koniec roku wpłynęła także jednorazowa dotacja z ministerstwa – 350 tys. zł. Ale to nie rozwiązało problemów. Pytanie, które ciągle sobie zadaję, brzmi: jak mam planować pracę artystyczną, układać strategię wobec wyzwań kultury komercyjnej? Teatr publiczny powinien stawiać swojej publiczności wysokie wymagania. Musimy zapraszać najwybitniejszych reżyserów i szukać młodych wybitnych.

 

Rozwiązaniem problemów finansowych jest według pana dyrektora… zamykanie teatru! Oczywiście tak naprawdę, to prawie cała załoga normalnie pracowała. Nie odbywały się jedynie przedstawienia. Oszczędzanie przez przeczekanie. Nowa metoda.

Czy muszę pisać, że sytuacja normalna byłaby wtedy, kiedy teatr ZWIĘKSZYŁBY ilość przedstawień, żeby ZAROBIĆ więcej pieniędzy! Ale nie w socjaliźmie. Tutaj oszczędza się przez zaniechanie pracy. Oczywiście oszczędzać się powinno przez redukcję (drastyczną jak sądzę) zatrudnienia i obniżkę kosztów! No ale do tego pan dyrektor chyba też nie jest zdolny:

Urząd marszałkowski zarzuca, że za dużo płacisz reżyserom. Krystian Lupa miał otrzymać za przedstawienie 170 tys. zł.

– Honorarium Lupy nie ma nic wspólnego z długiem. Umowę z artystą podpisałem w czerwcu, a zadłużenie pojawiło się już w lutym. Nie płacę reżyserom więcej niż inni dyrektorzy w Polsce. W przypadku Lupy mamy do czynienia z jednym z najwybitniejszych europejskich twórców teatralnych. Zarabia tu mniej niż wcześniej w innych teatrach w Polsce. Jego honorarium obejmuje reżyserię, scenografię, adaptację tekstu i reżyserię świateł. To byłoby wynagrodzenie dla kilku osób. Nie da się wymierzyć jego pracy z naszym zespołem, jest wyjątkowa. To, że zgadza się ponownie pracować we Wrocławiu, to dla nas zaszczyt.

Ile zarabiają aktorzy?

– Średnio 2,5 tys. zł brutto. Od 1750 zł do 3200 zł po kilkudziesięciu latach pracy. To sama pensja, do której dochodzą honoraria za spektakle, jeśli oczywiście je gramy. W ubiegłym roku przez pięć miesięcy dostawali gołe pensje.

Pan Lupa znany jest z absurdalnych inscenizacji. Być może tworzy sztukę przez wielkie „S”. Nie wiem, nie znam się. Jak dla mnie jego pomysły są żenujące. Ale nie ważne – jest to z pewnością gorące nazwisko w światku teatralnym. Tylko czy naprawdę jest potrzeba zatrudniania tak drogiego reżysera przez teatr generujący co miesiąc kilkaset tysięcy złotych straty? Przypuszczam że wątpię.

Wczoraj minister od kultury (premier z tableta Gliński), postraszył wielkooką redaktor Lewicką, kiedy ta nie pozwoliła mu wygłosić orędzia do narodu przy okazji wywiadu w państwowej telewizji „porządkami w TVP”. Czy jego zachowanie można uznać za chamskie? Zapewne trochę tak, ale jest to po prostu jaskrawy przykład sposobu myślenia wszystkich tzw. elit politycznych sprawujących władzę w Polsce po 1989 roku. Ci ludzie uzurpują sobie prawo do nieliczenia się z nikim i niczym, z racji posiadania mandatu i kombatanckiej przeszłości. No i dobrych kontaktów z aktualnym Marszałkiem. Nie liczą się dziś żadne inne cechy. Czysta sanacja. W najgorszym tego słowa znaczeniu. I nie mówię tu wcale o sprawie żądania wstrzymania premiery obraźliwej (w mniemaniu pana ministra) sztuki. Tutaj mógł tak postąpić – uzasadniłem to powyżej. Chodzi o traktowanie bogu ducha winnej dziennikarki, która chciała jedynie uzyskać od ministra pewne odpowiedzi. Każda ekipa po objęciu władzy pastwi się nad przegranymi, konkurencją i (zwłaszcza) podwładnymi, którzy szczególnie przychylni byli poprzednikom – jak Lewicka. Jest tylko jeden sposób na zminimalizowanie tego zjawiska. Powtarzany przeze mnie niczym mantra. REDUKCJA PAŃSTWA DO NIEZBĘDNEGO MINIMUM. Innej opcji nie ma. Kiedy człowiek przejmuje władzę, budzą się w nim instynkty o których sam dotychczas nie przypuszczał że je posiada. Nie da się inaczej zmniejszyć skali tego problemu jak poprzez sukcesywne wycofywanie państwa, jego urzędników, struktur, wpływu, pieniędzy (zabieranych wszystkim podatnikom pod przymusem), ze wszystkich dziedzin życia, aż pozostanie pierwotne minimum: obrona granic, porządku wewnętrznego i reprezentacja interesów Polaków za granicą. Reszta jest całkowicie niepotrzebna. W Sejmie (który mógłby się zbierać np. jedynie raz na rok na kilka dni) powinni zasiadać posłowie zupełnie ZA DARMO. Jest bardzo wiele prawdziwie mądrych i uczciwych osób, które przyjęłyby taki honor (i odpowiedzialny obowiązek zarazem) bez jednego słowa i przy zerowej finansowej gratyfikacji.

Obecna tzw. „prawica” jest oczywiście całkowitym przeciwieństwem powyższego. To czysta niemal kopia przedwojennej post piłsudczykowskiej sanacji. Etatyzm w swoim najwyższym stadium, po którym nie można się spodziewać wiele (jeśli w ogóle) dobrego. Krytycy reżimu (jak ja) mają zatem przed sobą kolejne lata ciężkiej pracy. Dziękuję, ale nie prosiłem się o to. Wolałbym pisać o gołych dupach.

Unknown-2

Wybory, wybory i po wyborach. Ileż to musi się zmienić, jak dużo pieniędzy trzeba dodatkowo zmarnować, żeby w efekcie zostało (niemal) tak jak na początku! Bo powiedzmy sobie szczerze: czy rządzi ta, czy inna szajka, sytuacja podatników zasadniczo nie ulegnie zmianie. Cóż z tego, że do tej pory głównie paśliśmy brzuchy kolesi władzuchny, a za obecnego reżimu więcej mają dostać „najbiedniejsi”? Problemem jest sama REDYSTRYBUCJA.

Od 25 z górką lat, kiedy to po ostatnim przesileniu władzę utracili twardogłowi komuniści, męczyć się musimy z kolejną utopijną fantazją, tym razem socjal-demokratycznej lewicy na wzór zachodnioeuropejski. Dzięki etykietce „obalaczy komunizmu” czują się oni upoważnieni do „ulepszania” nam życia, podbierając co i raz więcej z naszych portfeli. Normalnie osobnika trudzącego się złodziejstwem najpierw należy solidnie obić, a potem oddać w ręce sprawiedliwości. Co można zrobić ze złodziejskim „rządem”???

Niestety – pojedynczy świadomy obywatel nie może zbyt wiele. Co z tego, że w Polsce jest kilkaset tysięcy istot prawdziwie rozumnych? Milion może nawet? Głupota zawsze zwycięży, bo zawsze będzie w przewadze. Gorzej nawet – zbrodnicza ideologia lewicowa promuje wręcz mnożenie się jednostek głupich a jeszcze swoimi działaniami nasila proces durnowacienia społeczeństwa. Wiadomo: głupimi rządzi się łatwiej. Pozostała samoobrona. Nie ta ś.p. Andrzeja Leppera. Taka zwykła, osobista…

Jeszcze do niedawna najlepszym wyjściem wydawała się emigracja. Najlepiej do jakiegoś normalnego kraju: Zjednoczonego Królestwa, albo Szwecji. Niestety… z oczywistych względów jest to już nieaktualne. Europa postanowiła popełnić samobójstwo, więc dziś trzeba korzystać z naszego „zacofania” i niechęci do afro-arabskiej dziczy. Kto wie, może już niedługo granica na Odrze i Nysie będzie ostatnim bastionem naszej cywilizacji? W każdym razie w odpowiednim momencie lepiej być po TEJ stronie rzeki.

Niestety wszelkie próby nakłonienia znaczącej części wyborców do ideałów wolnościowych zdają się być w Polsce wołaniem z góry skazanym na niepowodzenie. Jeśli ktoś ma duszę niewolnika, to niewolnikiem pozostanie do końca życia, choćby mu suflować najbardziej racjonalne argumenty. Co gorsza, pozycje wolnościowców w naszej przestrzeni publicznej są już zajęte przez osobników raczej nie mających szans na zdobycie realnej przewagi politycznej. Można zadać pytanie czy dzieje się tak z powodu ich ułomności, czy też jest to zaplanowane działanie? Czy chcą oni ostatecznie skompromitować liberalny punkt widzenia w Polsce? Na czyje zlecenie? Pytania bez odpowiedzi…

Kiedy zatem nie widać szans na polepszenie losu ogółu, pozostaje zadbanie o siebie. I to właśnie chciałbym dziś wszystkim zarekomendować. Nie ma co oglądać się na spierających się o kolejność wchodzenia na tratwę, kiedy statek tonie. Trzeba łapać czego się da i skakać do wody. Dziś nie warto kruszyć kopii o PO czy PiS – wszystko one jedno kurewskie plemię. Najważniejszy jesteś Ty i Twój interes! Rozejrzyj się zatem jak możesz polepszyć Swoje życie. W jaki sposób sprawić, żeby bandyckie państwo Tobie mniej zabierało pieniędzy, trudniej mogło czytać Twoją korespondencję, nie dało rady położyć łapę na Twoich oszczędnościach, nie mogło zniewolić Twoich dzieci, nie tłoczyło Ci nieustannie kłamliwych treści przez media masowego rażenia… Na każdym kroku decyduj się na pójście w stronę, która Ciebie i Twoich najbliższych zbliży, a nie oddali, do wolności. To będzie Twoje codzienne małe zwycięstwo. Choć w prostych sprawach możemy robić coś dla Siebie. I nie miej wyrzutów sumienia. Nasi współplemieńcy, którzy właśnie z radością oddali głosy na umacnianie w Polsce socjalizmu, nie zastanawialiby się ani przez chwilę czy odebrać Ci Twój majątek i się nim między sobą podzielić. Gdyby tylko mogli, oczywiście. Takie ich zbójeckie prawo. Więc Ty, osoba nie identyfikująca się z tą tępą tłuszczą nie może mieć najmniejszych skrupułów.

To walka o przetrwanie. Jak zwykle.

Mind Your Own Business.

 

Springtime for Hitler

Jakiś debil, którego nasze żenujące media ochrzciły guru modowym, pojawił się na kolejnej nic nie znaczącej imprezie dla samozwańczej elity w stroju ozdobionym runicznym symbolem kojarzonym z ϟϟ. Jakiż to rejwach podniósł się od razu w niektórych kręgach (zwłaszcza internetowych – gdzie hejt to coś co rozchodzi się najszybciej i najdalej)! Powszechne oburzenie, wszyscy jak jeden mąż nie kryli oburzenia z powodu „przekroczenia granicy” przez owego nieboraczka… A ja sobie siedzę z boku i cicho się śmieję. Z kogo? Z tego durnego świata pozorów w jakim przyszło nam żyć.

Każde dziecko w Polsce wie, że Hitler wielkim zbrodniarzem był, że o owym gagatku można mówić albo (bardzo) źle, albo wcale. Konsekwencją tego jest fakt, że wszystko co „hitlerowskie” automatycznie także staje się „nieczyste”. Świetny przykład takiego prostego myślenia dała nam niedawno Frau Waltz, porównując ponownie pomnik upamiętniający ofiary katastrofy smoleńskiej do nazistowskich iluminacji Alberta Speera. Przy okazji zapomniała, że nawet jej Parteigenossen korzystali z takiej oprawy podczas swoich wieców, bo kurcze… to jest cholernie efektowne! Ale nie jest moim zamiarem wybielanie zbrodni narodowych socjalistów! Bynajmniej! Chodzi mi o stosowanie podwójnych standardów, w celu osiągnięcia konkretnych (politycznych) korzyści. Oczywistym jest, że to zwycięzcy piszą historię. Dlatego o II WŚ mówimy dziś tak a nie inaczej, dlatego akurat pewną grupę państw traktujemy jako „tych dobrych” bo to Oni te wojnę wygrali. Gdyby było inaczej, być może zamiast przy The Beatles nasi ojcowie szaleli by przy dźwiękach jakichś Die Käfer, a najpopularniejszym telefonem komórkowym byłby dziś Apfel iTelefon 6. Kto wie?

Na 100% za to, wszystkie europejskie dzieci uczyłyby się jedynie słusznej wersji historii, w której nie ma mowy o jakiejś tam zagładzie dawno wymarłego plemienia synów Sema, za to szczegółowo poznawałyby one zwycięski szlak bojowy „obrońców pokoju” i „rasy panów”, którzy w hełmach z podwójną błyskawicą wymalowaną na boku, nieśliby ideologię jednej Europy na wszystkie strony świata…

Tak mogło być. Ale jest inaczej i nigdy nie będzie nam dane wiedzieć, czy tak jest dla nas lepiej. Nie ważne. Zapamiętajmy jedynie, że historię piszą zwycięzcy. Choć równie ważny jest INTERES polityczny. Bo przecie nikt nie skorzysta dziś na potępianiu niewątpliwych zbrodni jakich dopuszczać się musiało wojsko np. cesarstwa rzymskiego, kiedy to podbijało całą niemalże Europę. Każdy może ubierać się w strój starożytnego legionisty i paradować tak na przykład podczas karnawałowego balu przebierańców. Więcej nawet – możemy udawać dowolnego tyrana z przeszłości – czy będzie to Neron, czy Kaligula, czy choćby Cesarz Napoleon – odpowiedzialny przecież za wieloletnią rzeź wielu narodowości i zrujnowanie setek miast i wsi w swoim rajdzie (a jakże) na wschód! Przy tym taki ponoć największy zbrodniarz w historii – król Belgów Leopold II Koburg, to już w ogóle osoba zupełnie dla współczesnych anonimowa i mimo tego iż mordował eksploatowanych ponad wszelką miarę Murzynów w Kongo milionami, to jakoś dziś nie istnieją w żadnym prawodawstwie ustawy piętnujące krwiożerczy naród Belgów.

Ci przywódcy przeszli już swoistą kwarantannę, nienawiść przeciwko nim nie może już być przez żadną z dzisiejszych politycznych frakcji w żadnym stopniu wykorzystana, więc „są dopuszczeni do powszechnego obrotu”. A spróbujcie się na taki bal przebrać za pilota Luftwaffe… Więcej: ubierzcie się jak konduktorka z okresu III Rzeszy!

0_6760f_b6441a08_L

Gwarantuję wam, że co najmniej kilka osób doniesie na Was na Policję. Dokładnie tak jak zrobiono z tym przygłupim „kreatorem stylu”, któremu ku własnej zgubie spodobały się dwie litery S stylizowane na błyskawice….

Morał z tej opowiastki jest taki: mniej uwagi poświęcajcie FORMIE wypowiedzi a więcej samej jej TREŚCI. To czy dana formacja posługuje się takim czy innym symbolem ma znaczenie marginalne. Co z tego, że Platforma Obywatelska ma w logo uśmiechniętą Polskę, kiedy pod jej rządami Polakom jest co raz to mniej do śmiechu… Stygmatyzowanie symboli to kolejny element odwiecznej walki polityków o władzę. Najłatwiej jest wypłynąć na podziałach, a co może być prostszego niż wmawianie ludziom iż danej grupy „nie należy lubić, bo posługuje się splamionym symbolem”??

Inaczej możecie obudzić się z ręką w nocniku, kiedy to wybierzecie sobie na prezydenta „swojego chłopa”, który „dobrze gada”, nieźle się prezentuje, stoi pod prawidłowym znakiem i stanowi po prostu „mniejsze zło”. Wybory to nie głosowanie w „Tańcu w gwiazdami”. Tutaj decyduje się zasobność Waszego portfela i zakres Waszej wolności. Najwyższy czas to zrozumieć!

Rejs-do-nikad

Nasi oprawcy są impregnowani na wiedzę (nie mylić z władzą). Każdy dzień, każda godzina wręcz, przynoszą na to kolejne dowody. Choćby jak tekst poniższy, zamieszczony niedawno na fejsowym profilu Platformy Obywatelskiej:

W ciągu ostatnich dni pojawiło się wiele pytań dotyczących kwoty wolnej od podatku, postanowiliśmy na nie odpowiedzieć (…). Opozycja w demokratycznym państwie może zaproponować dowolny, najbardziej nawet nieodpowiedzialny projekt. Natomiast zadaniem rządzących jest to, by prowadzić politykę realnie sprzyjającą obywatelom oraz gasić populistyczne zapędy opozycji. Tak było w przypadku projektu o tzw. kwocie wolnej od podatku. Platforma Obywatelska konsekwentnie prowadzi politykę takiego budowania systemu podatkowego, który jest możliwie najkorzystniejszy dla tych, którzy tego najbardziej potrzebują – dla polskich rodzin, a szczególnie tych najuboższych. Najlepszą formą ich wsparcia są precyzyjnie adresowane narzędzia, jak ulgi czy odliczenia. Z kolei zwiększenie kwoty wolnej od podatku redukuje wysokość podatku dla wszystkich – w tym dla najbogatszych. Nie jest to zmiana odczuwalna dla osób gorzej sytuowanych. Skuteczniejszym sposobem ich wsparcia jest mechanizm tax credit dla rodzin z dziećmi o niższych dochodach.

Odnoszę wrażenie, że PO prowadzi raczej politykę mającą na celu WYGENEROWANIE jak największej liczby „najuboższych” i za wszelką cenę nie dopuszczenie do bogacenia się Polaków, ale idźmy dalej:

Posłużmy się przykładem: w październiku 2014 roku Rzecznik Praw Obywatelskich zaproponował podniesienie kwoty wolnej od podatku do 6503 zł (ponad 100% więcej niż obecnie). Zestawmy sytuację po ewentualnym wdrożeniu takiej zmiany z obecną sytuacją prawną:

rodzina z dochodem na poziomie najniższego wynagrodzenia (20 160 zł/rok, 1680 zł/miesiąc), rozliczając się wspólnie z małżonkiem (jedna osoba uzyskuje dochody z pracy), po podwyższeniu kwoty wolnej od podatku o ponad 100 proc. nie zyskuje nic w stosunku do rozwiązań obowiązujących obecnie – bez względu na to, ile ma dzieci;

• ta sama rodzina po wprowadzeniu zaproponowanej przez rząd ulgi na dzieci, która będzie obowiązywała już w rozliczeniu bieżącego roku podatkowego, zyskuje przy jednym dziecku 681,11 zł, przy dwojgu 1793,15 zł, a przy trójce dzieci – aż 3793,19 zł

Umiłowani Przywódcy z jedynie słusznej partii CHWALĄ SIĘ (naprawdę – oni uważają że to jest powód do dumy), że niektórym wielodzietnym rodzinom będą teraz zabierać nieco mniej z ich głodowych pensji! Według PO roczna ulga w wysokości kwoty jaka wystarczy zaledwie na zapłacenie połowy rachunku za pojedynczą kolację ministra Sikorskiego w ekskluzywnej warszawskiej restauracji ma być powodem do radości i szaleńczych zakupów przeciętnej polskiej rodziny z dwójką dzieci! A ja wam mówię NIE, sukinsyny! Popatrzcie na kraje do poziomu których nieustannie mamy aspirację w końcu dorównać, na przykład w aktualnym ulubionym celu emigracji młodych Polaków mamy tak:

Rząd Wielkiej Brytanii zdecydował się zmienić kwotę wolną od podatku. W 2015 roku zostanie ona podwyższona do 10,5 tys. funtów. Dla porównania – w Polsce kwota wolna od podatku wynosi nieco ponad 3 tys. złotych, czyli… 600 funtów.

i dalej:

UK podniesie kwotę wolną od składek na ubezpieczenia społeczne. Aktualnie kwota ta wynosi 7956 funtów, to jest około 46 tys. zł.

Tam rządzący nie mają sumienia odbierać ludziom taką ilość pieniędzy, która wystarczaja jedynie do jako takiej egzystencji. Nawet w średniowieczu feudałowie wiedzieli, że co prawda „Cesarz bierze co cesarskie”, ale z głodnego poddanego nie wyciśnie się nawet dziesięciny… Aktualnie sprawująca w Polsce rządy szajka nie ma żadnych skrupułów odbierać nam wszystko co tylko jej przyjdzie do głowy.  I to powoduje, że („Bezrobocie nie spada. Bezrobocie ląduje w Heathrow„):

Młody, wykształcony, w wieku reprodukcyjnym. To opis, który najlepiej pasuje do profilu polskiego imigranta na Wyspach. Czasy polskich hydraulików się skończyły i coraz większą grupę stanowią inżynierowie, programiści, doktoranci czy pracownicy branży finansowej. Coraz więcej Polaków zakłada również swój własny biznes. Według danych z ostatniego spisu – 11% brytyjskich imigrantów znad Wisły prowadzi własną działalność, która na tle polskich wymogów biurokratycznych jest przyjemnością prowadzenia biznesu samego w sobie. Tylko w Londynie istnieje już ponad 100 sklepów z polską żywnością, a co ciekawe „polskie półki” pojawiają się także w Tesco.

(…) Na wyspie rodzi się (…) coraz więcej polskich dzieci (…). O dziwo wśród Polaków w Wielkiej Brytanii nie występuje problem z dzietnością taki jak w kraju. Statystyczna Polka nad Wisłą rodzi 1,3 dziecka, a statystyczna Polka nad Tamizą 2,1 dziecka. Pomijając fakt, że w UK znajduje się przede wszystkim kohorta 25-40 lat – i tak pokazuje to przede wszystkim – jak wygląda polityka prorodzinna w naszym kraju oraz to, że niski wskaźnik urodzeń to przede wszystkim konsekwencja zapaści ekonomicznej, a nie zmian kulturowych. Abstrahując od krajów trzeciego świata (czynniki społeczno-kulturowe), dzietność Polek w kraju i na Zachodzie potwierdza fakt, że poczucie stabilności ekonomicznej sprzyja wzrostowi liczby ludności.

A przecież można inaczej (http://www.historycy.org/index.php?showtopic=18824):

Odbudowę Republiki Federalnej Niemiec po drugiej wojnie światowej nazwano “niemieckim cudem gospodarczym”. Jej powodzenie jest w znacznej mierze skutkiem energii, odwagi i determinacji jednego człowieka – profesora Ludwiga Erharda, który najpierw jako doradca okupacyjnych władz amerykańskich, potem minister finansów, wicekanclerz i wreszcie kanclerz RFN dbał o to, żeby gospodarka niemiecka miała właściwe warunki do rozwoju. Nie lubił określenia “cud gospodarczy”. Kiedy tylko mógł, tłumaczył,że żaden cud się tu nie zdarzył, że był to skutek podjęcia dobrze przemyślanych decyzji i ich konsekwentnej realizacji.

Wolność gospodarcza, którą dał Niemcom, była sprzeczna z tym, do czego ich wychowywano i do czego przywykli. Niewiele jest krajów, w których idee i praktyki socjalistyczne są tak głęboko zakorzenione w sercach i umysłach ludzi, jak w Niemczech. To przecież stamtąd pochodzili Marks i Engels. Bardzo silne były tam partie socjalistyczne obiecujące ludziom, że państwo może i powinno rozwiązać wszystkie ich problemy. I bardzo wielu Niemców wierzyło w to i nadal wierzy. Dlatego właśnie niemiecki kanclerz Otto von Bismarck uznał, że aby zapobiec rewolucji, trzeba wprowadzić znaczną część postulowanych przez socjalistów reform, a przede wszystkim ubezpieczenia społeczne (…).

Wszystkie liczące się niemieckie partie polityczne uważały za konieczne wprowadzenie jakiejś formy socjalizmu. Program uważanej za prawicową CDU uchwalony w roku 1947 głosił: Planowanie i kierowanie gospodarką są przez długi czas konieczne w jak najszerszym zakresie. Przewidywał upaństwowienie kopalni i hut. Chadecy w amerykańskiej strefie okupacyjnej twierdzili wręcz, że ich celem jest zbudowanie demokratycznego socjalizmu.

Trudno zrozumieć, jak to się stało, że członkowie rady gospodarczej dali się Erhardowi przekonać i zaaprobowali przygotowaną przez niego ustawę znoszącą wszystkie przepisy o planowaniu gospodarczym i reglamentacji, czyli idącą dokładnie pod prąd programów partii, które reprezentowali. Tak się jednak stało, 18 czerwca 1948 roku 50 głosami “za” przy 36 “przeciw” została ona uchwalona. Posiedzenie to, co warto podkreślić, odbyło się w ścisłej tajemnicy. Władze okupacyjne nic o nim nie wiedziały. Nie wiedziały też, jakie decyzje na nim zapadły.

W dwa dni później przeprowadzono wymianę pieniędzy. Miejsce marki Rzeszy (RM) zajęła marka niemiecka (DM). W tym dniu Ludwig Erhard dał też wolność gospodarce. Zrobił to w sposób naprawdę niezwykły. Wykorzystał w tym celu ślepe posłuszeństwo swych rodaków wobec władzy. Była to niedziela, nie było w pracy nikogo, kto mógłby mu przeszkodzić. Erhard wydał i rozesłał stosowne rozporządzenia, po czym w przemówieniu radiowym powiadomił, że unieważnił kartki żywnościowe, zniósł kontrolę cen itd. Nie miał prawa robić tego bez porozumienia z władzami okupacyjnymi, ale gdyby poprosił je o zgodę, nigdy by jej nie dostał. Wszystkie jego polecenia zostały skrupulatnie wykonane przez odpowiednie urzędy.

W poniedziałek rano Niemcy obudzili się w całkiem innym ustroju, a on został wezwany przed oblicze generała Luciusa Claya, dowódcy amerykańskich wojsk okupacyjnych. Podobno rozmowa zaczęła się od pytania pewnego pułkownika: Jak pan śmiał rozluźnić nasz system racjonowania w sytuacji tak wielkich niedoborów żywności! Erhard odpowiedział: Ależ panie pułkowniku, ja nie rozluźniłem systemu racjonowania, ja go całkowicie zniosłem! Odtąd jedyną „kartką”, jakiej będą potrzebowali ludzie, będzie marka niemiecka i będą oni ciężko pracować, by ją zdobyć. Poczekajmy, a przekonamy się. Wtedy odezwał się generał Clay: Panie Erhard, moi doradcy mówią mi, że popełnia pan straszliwy błąd. Erhard miał mu odpowiedzieć: Niech pan ich nie słucha, generale, moi doradcy mówią mi to samo. Generał Clay musiał się szybko zdecydować, czy chce wystawić się na pośmiewisko, czy udawać, że wszystko stało się za jego wiedzą i wolą. Wybrał to drugie.

Bardzo szybko okazało się, że Erhard nie popełnił błędu. Niemcy zaczęły się rozwijać w oszałamiającym tempie. Sklepy zapełniły się towarami. Jego powodzenie oznaczało jednak kres marzenia wielu polityków i zwykłych ludzi o socjalizmie. Walczyli o jego spełnienie jak mogli. W listopadzie 1948 roku wybuchł strajk generalny. Strajkujący domagali się odwołania reformy, ale Erhard nie ustąpił. Powiedział kiedyś: “Nie liczba i wielkość nagłówków w prasie powstających za sprawą danego polityka stanowią miernik prawidłowej polityki, lecz wewnętrzna pewność, by w politycznych działaniach nie zwodzić się tanimi sloganami i nie dać się zepchnąć z prawidłowej drogi”. Przez następne dwadzieścia lat w RFN nie było poważnych konfliktów społecznych, a strajki stały się rzadkością, bo zarobki rosły bardzo szybko.

Aby nie straszyć wyborców, koncepcję gospodarczą realizowaną przez niego nazwano “socjalną gospodarką rynkową”. Pod tą nazwą wprowadzono w kraju socjalistów niemal zupełnie wolny rynek. Nazwa była o tyle prawdziwa, że naprawdę daje on większe szanse ubogim niż ustroje rzekomo dążące do “sprawiedliwości społecznej’.

My dzisiaj w Polsce wciąż jesteśmy praktycznie w punkcie zero. Jak po wojnie. Co prawda od kilkudziesięciu lat rządzą nami kolejne grupki spryciarzy nazywające siebie przedstawicielami „ludu”, ale tak naprawdę to tylko kolejne inkarnacje tej samej psiej rasy pospolitych złodziejaszków, gotowych sprzedać los swojej ojczyzny za paczkę fajek. Jakże brak nam polityków dużego formatu! Takich co to nie swoje dobre powodzenie, ale pomyślność współbraci za cel stawiają sobie i wespół ze wszystkimi korzystać chcą z dobrodziejstw wspaniałych czasów w jakich żyjemy. Znaczy w jakich żyją ludzie w prawdziwie WOLNYM świecie. Daleko od kraju nad Wisłą.