„Avatar” – czyli gruba kreska
Rok 2009 kończy się z przytupem – premiera „Avatara” Jamesa Camerona zasługuje ze wszech miar na miaro wydarzenia roku. Choćby z powodów finansowych.
Temat numer jeden pierwszych miesięcy mijającego roku to odmieniany przez wszystkie przypadki „kryzys”. Krach nie giełdach, spektakularne upadki banków a wkrótce po nich wielkich (i mniejszych) korporacji. Już nic nie miało być takie jak wcześniej, medialni analitycy przepowiadali epokę zaciskania pasa, oszczędzania. Koniec rozpasania, koniec „amerykańskiego stylu życia”.
To wszystko nie dotarło najwidoczniej do Jamesa Camerona (ale to w końcu Kanadyjczyk, a oni jak wiadomo są… inni), bo właśnie w takim momencie zaryzykował najdroższą filmową produkcję wszech czasów. Budżet filmu zamknął się kwotą niemal pół miliarda dolarów, z czego prawie połowa przeznaczona została na wydatki promocyjne. Totalne szaleństwo! Czy w Polsce znalazł by się bank chętny przy obecnej koniunkturze na finansowanie takiego przedsięwzięcia? Zdecydowanie nie. Zapewne dlatego długo jeszcze będziemy tak beznadziejnie biednym krajem. Otóż proszę sobie wyobrazić, że cała suma wróciła się już w pierwszy weekend (właśnie ten, który zakończył się przedwczoraj wieczorem) wyświetlania dzieła w kinach. Z nawiązką. Teraz film będzie przynosić tylko czysty zysk…
Wielu krytyków określa „Avatar” jednym słowem: przełom. Hmm… Być może. Ale nie wiem, czy nadal będziemy określać ten film przełomowym na miarę drugiego „Obcego”, również drugiego „Terminatora”, czy jedynego w swoim rodzaju „Titanica” za pięć czy dziesięć lat. Przypuszczam, że wątpię.
Z pewnością nikt do tej pory nie stworzył tak spektakularnego obrazu, z tak dopracowanymi syntetycznymi sceneriami, z pierwszoplanowymi postaciami cyfrowo ulepszonymi w tak dopracowany sposób, że nie sposób dopatrzeć się najmniejszych sztuczności w ich ruchu albo mimice twarzy. Tak, to z pewnością zupełne mistrzostwo filmowej technologii XXI wieku. Ale czy przełom? W całym filmie nie ma absolutnie niczego, czego nie widzieli byśmy już w dziesiątkach innych produkcji. Tak naprawdę Cameron czerpie pełnymi garściami z doświadczeń Georga Lucasa, Petera Jacksona (wręcz wynajmuje jego ekipę od CGI) czy Roberta Zemeckisa. Technika jest dziś po prostu lepsza (no i Cameron bardziej wymagający – przy takim budżecie może sobie na to pozwolić), więc i efekt końcowy bardziej spektakularny! Spokojnie, za kilka lat nawet Robert Rodriguez będzie mógł stworzyć na swoim domowym komputerze analogiczne ruchome obrazki (no i tradycyjnie sam napisać muzykę, zrobić zdjęcia i zmontować film).
Nowa jest technologia 3D. A dokładniej: sposób jej wykorzystania. Cameron wraz z Vincem Pace stworzyli nowatorską kamerę Fusion 3D, dzięki której „Avatar” w cyfrowym kinie Dolby 3D powala realnością trójwymiarowego obrazu. W ciągu ostatniego roku filmy trójwymiarowe na dobre zadomowiły się w naszych multipleksach i coraz więcej produkcji jest dostępnych w tej technologii. Co więcej – jeśli właśnie skusiliście się na super-ekstra full HD plazmę, czy inny płaski telewizor podświetlany „najnowszą technologią LED”, to z przykrością muszę Was powiadomić, że wkrótce będziecie wystawiać je na uliczne wystawki… 3D nadchodzi także do naszych kin domowych. Wszyscy liczący się producenci elektroniki zaprezentowali już swoje prototypy trójwymiarowych telewizorów. Co ciekawe, efekt uzyskiwany jest ponoć bez konieczności używania niewygodnych okularów (jak to ma miejsce w kinie). Zatwierdzono już także standard zapisu filmów 3DHD na płytach BluRay i przesyłania ich przez kable HDMI. Wszystko jest już gotowe. Pierwsze telewizory mają pojawić się w sprzedaży w 2010 roku. Do wypróbowania Waszego nowego zestawu podczas kolejnych Świąt zdecydowanie polecam „Avatara”. Z pewnością będziecie zachwyceni.
Wszystko pięknie? Niestety nie. To co kuleje w tej superprodukcji to słabość najważniejszego elementu dobrego filmu: scenariusza. Historyjka jest banalna aż do bólu. Szlachetna miłość dwojga młodych ludzi na przekór otoczeniu na tle epokowych wydarzeń. Oczywiście wbrew wszystkiemu miłość zwycięża i rzecz kończy się happy endem. Postaci nakreślone przez samego Camerona (oprócz reżyserowania napisał on do filmu scenariusz, czuwał nad produkcją i po części go zmontował) są po prostu czarno-białe. Od pierwszych niemal scen wiadomo kto tu jest „dobry” a kto „zły”. Skrajnym przypadkiem jest chyba pułkownik Quaritch. Wyświechtany archetyp bezwględnego wojskowego. W iluż filmach widzieliśmy krótko ostrzyżonych, białych, bezwględnych, żadnych krwi, stawiających zawsze na siłowe rozwiązania amerykańskich oficerów? Wszyscy mają skrzywioną psychikę (bo byli w jakimś Wietnamie, Korei czy innym Iraku). Wszyscy nie wiedzieć czemu uwzięli się na „dobrego” bohatera danego filmu. I wszyscy (bez wyjątku) ponoszą ostatecznie klęskę. Tutaj mamy wszystkie te elementy w komplecie.
Do tego para głównych bohaterów nie grzeszy nawet minimum głębi, tajemnicy, zagadki. Sa po prostu płascy. Wszystko na wierzchu. On, czyli Jake, to chyba średnia wyciągnięta ze wszystkich amerykańskich nastolatków. Przez pierwszą połowę filmu wręcz denerwowała mnie jego szczera głupota i inteligencja na poziomie co najwyżej 15-latka. Za to Ona, czyli trzy metrowa samica z gatunku Na’vi o imieniu Neytiri to z kolei prawdziwa Pocahontas. Z pewnością Zoë Saldana odtwarzająca tę rolę to jeden z jaśniejszych punktów „Avatara”. Mimo skomplikowanej postprodukcji, która mogła zatrzeć cały aktorski wysiłek tej aktorki, możemy podziwiać jej fizyczną sprawność i ekspresję. Neytiri zachwyca, lecz poza efektowną powierzchownością nie ma nic więcej do zaoferowania. I nie oczekuję tu odgrywania dylematów moralnych na skalę kina moralnego niepokoju. Niestety jej postać nie wykracza poza granice wytyczone przez Simbę z „Króla Lwa”. Neytiri to pół dzika przedstawicielka obcej rasy i tak jak disneyowskie zwierzątko ma „bardzo mały rozumek”. Jej kolejne decyzje są przewidywalne jak to, że z nowym rokiem wzrośnie cena prądu. Czyżby Cameronowi zabrakło czasu na dopieszczenie bohaterów swojej opowieści? Na dodanie im tajemnicy, na skomplikowanie nieco ich umysłów?
A może tak właśnie ma być? Może w tym wszystkim chodzi jednak tylko o stworzenie największej na Świecie maszynki do zarabiania pieniędzy? Może nad tym jacy mają być bohaterowie filmu przez długie miesiące debatował sztab najlepszych speców od marketingu? Może pracowicie ustalano, bazując na uśrednionych wynikach badań statystycznego widza, jak ma wyglądać, zachowywać się, mówić, każda z przedstawionych postaci? W końcu tu nie chodzi o budżet RP na 2010, tylko o powodzenie prywatnego przedsięwzięcia pazernych hollywoodzkich filmowców! Tu po prostu nie ma miejsca na pomyłkę. W efekcie powstało dzieło do bólu poprawne, ale jednocześnie w żadnym momencie nie rzucające na kolana (coś jak kolejne serie „Szymon Majewski Show”).
Tylko czy to jeszcze jest film jaki każdy dojrzały widz ma na myśli kiedy przyjdzie mu podać pierwsze kojarzące się z tym terminem wrażenia, słowa, odczucia? Czy chodzi tu o opowiedzenie ciekawej historii, czy tylko o bezmózgą rozrywkę dla mas?
Jestem przekonany, że reputacja Camerona po „Avatarze” wśród bankierów znacząco wzrośnie, ale krytycy będą mieć o nim zdanie dokładnie odwrotne. A publiczność i tak zadecyduje nogami. Wspomiałem wyżej, że dzieło już odniosło gigantyczny sukces. A to dopiero początek.
Czy w takim razie warto wybrać się do kina na ten film? Zdecydowanie tak! Po pierwsze: warto wiedzieć o czym mówią znajomi. A mówić będą. Po drugie: to naprawdę kawał solidnego filmowego rzemiosła. Nie będziecie się nudzić przez prawie trzy godziny. Oczekujcie wartkiej akcji, ładnych (no dobrze: zapierających dech) widoczków, trochę rozpierduchy i pouczającego morału na koniec.
Co prawda, morał jest grubymi nićmi szyty i brzmi jakby jego sponsorem byli ekoterroryści z Greenpeace a chęć przyciągnięcia do kin całych rodzin (kategoria PG-13) spowodowała, że widzowi oszczędzono jakichkolwiek scen drastycznych a niemal całkowicie nagie, posągowe ciała ludu Na’vi mają skrupulatnie poprzysłaniane drugorzędne cechy płciowe, więc nie błyśnie nam na ekranie nawet skrawek niebieskiego cycka. A szkoda.
„Avatar” to nie żaden „przełom”. To gruba kreska. Podsumowanie osiągnięć kina pierwszej epoki cyfrowej. Po „Avatarze” możemy czekać na przełom. Kto go dokona? Raczej nie Cameron. On już na zawsze pozostanie pionierem. Tym, który oswoił nas z (nad)realistycznymi syntezowanymi obrazami komputerowymi w kinie. Doprowadził je do perfekcji a może doszedł do kresu ich możliwości?
Niech mnie ktoś zaskoczy. Czas na przełom.
Szczęściarz Polański
Roman Polański miał sporo szczęścia kiedy szwajcarska policja zaaresztowała go na lotnisku w Zurychu w ostatnią sobotę. Mógł trafić gorzej. Dla przykładu, komuś w Polsce mogło by wpaść do głowy, że „prawo niech prawo znaczy” i potraktować poważnie amerykański list gończy. Wtedy monsieur Polanski miał by do czynienia z polskim wymiarem sprawiedliwości. A mogło by to się skończyć poważną stratą dla światowego dziedzictwa kulturowego. „Liberalny” rząd Donalda Tuska forsuje bowiem ustawę, karzącą pedofilów na kastrację.
Jak to „liberałowie”, Tuskowcy stanowczo podkreślają, że chodzi jedynie o „odwracalny zabieg farmakologiczny„. Czy jednak dla kruchej psychiki wrażliwego artysty (jakim z pewnością jest Roman Polański), każda tak poważna ingerencja nie niesie niebezpieczeństwa prawdziwie destrukcyjnych skutków? Czyż nie zachodzi obawa, że autor oskarowych „Noża w wodzie„, „Dziecka Rosemary” i „Pianisty” w wyniku lekarskiej intwerwencji straci swój reżyserski pazur? Że przytępione przez silne medykamenty zmysły nie pozwolą mu kolejny raz stworzyć dzieła na miarę owych arcydzieł z przeszłości? Czyż nie był by to koniec Wielkiego Twórcy Kina?
Z pewnością nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że tak by się stało. Z miejsca zawiązało się prawdziwe nie-pospolite (boć to przecie nie „chamstwo”, a faktyczna „elita” się skrzyknęła) ruszenie złożone z rozmaitych ludzi kultury – przeważnie filmowców, mające na celu pociągać za wszelkie sznurki i wywierać wszystkie możliwe naciski na każdego kto mógłby spowodować uwolnienie „wesołego Romka”. Nawet polski Minister Kultury, szanowny pan Bogdan Zdrojewski [PO], jest „zszokowany” aresztowaniem i ewentualnymi jego konsekwencjami. Postanowił poruszyć niebo i ziemię, żeby reżyser został jak najszybciej zwolniony. Zapewne jego szok pochodzi od wiedzy jaką musiał nabyć podczas wewnątrzpartyjnych debat przed poparciem wyżej wspomnianej ustawy kastracyjnej. Minister wie jak traktowani są pedofile w więzieniach, więc dlatego zapewne jego partia (jak to „liberałowie”) postanowiła ulżyć ich losowi i zamienić osadzenie (grożące poważnymi uszczerbkami ciała), na „leczenie”.
Podejrzewam jednak, że Polańskiego nie urządza ani jedna (więzienie) ani druga (kastracja) opcja, więc gdy tylko „pożyteczni idioci” z Polski wykonają swoją robotę i doprowadzą do jego uwolnienia (co stanie się zapewne dosyć szybko), zaszyje się w jakimś bezpiecznym kraju i nie będzie z niego wyściubiał nosa. Ja bym tak zrobił.
Acha – i niech mi nikt więcej nie mówi, że prawo jest równe dla wszystkich, że Temida jest ślepa i wszystkie tego typu bzdury…
Chwalę Michnika
Uwaga, uwaga! Jeszcze do wczoraj sądziłem, że prędzej Słońce zamieni się w lodową kulę, na Antarktydzie zaczną kwitnąć pomarańcze, albo Lech Wałęsa zostanie Mistrzem Mowy Polskiej, niż napiszę coś pozytywnego o Adamie Michniku. Ale stało się… Redaktor naczelny “Gazety Wyborczej” pierwszy raz zachował się godnie i dał odpór tam, gdzie nikt inny nie mógł by zrobić tego równie skutecznie. A sprawa jest taka:
Pewien niepełnosprawny intelektualnie “dziennikarz” lewicowej francuskiej gazety (we Francji wszystko jest lewicowe oprócz Le Pena), napisał recenzję filmu Andrzeja Wajdy “Katyń” (oryginał tutaj: http://www.lemonde.fr/cinema/article/2009/03/31/katyn-film-poignant-et-douloureux-pour-wajda_1174755_3476.html, obszerne fragmenty w normalnym języku tutaj:http://wyborcza.pl/1,75515,6496517,_Le_Monde____Katyn____przejmujacy_i_bolesny_film_dla.html). Człek zwie się Jean-Luc Douin i swojej recenzji wykazuje się trudnym do wyobrażenia brakiem wiedzy o wydarzeniach Drugiej Wojny Światowej, wyciągając przy tym absurdalne wnioski z tego co obejrzał. Oto co ciekawsze fragmenty:
Katyń jest jednym z najbardziej poruszających filmów, jakie zrealizował Wajda. 83-letni reżyser pokazał po raz kolejny swą niezwykłą żywotność artystyczną. Pomimo to film zasługuje na dwie uwagi krytyczne.
Po pierwsze, Wajda w równym stopniu obciąża odpowiedzialnością za złupienie i wyniszczenie Polski i Polaków zarówno nazistów, jak i Sowietów. Podobnie jak “Człowiek z marmuru” film ten zrealizowany jest w kontekście konsensusu politycznego i jest prawdziwą antysowiecką bombą: Politbiuro skazuje na obóz pracy kobietę badacza Uniwersytetu Jagiellońskiego, polskie wojsko jest jawnie utożsamiane z podziemnym ruchem oporu, gdzie było tyluż naukowców, profesorów, inżynierów, prawników, artystów, co zawodowych żołnierzy.
Victor Zaslavsky w książce “Le massacre de Katyn” tłumaczy, że Sowieci istotnie zaprogramowali zbrodnię polskich oficerów i wywózkę ich rodzin do obozów. Uważali ich za “obiektywnych wrogów”, burżuazyjną inteligencję, potencjalny zalążek ruchu oporu. Masowe egzekucje były “czystkami klasowymi”.
Po wtóre, Wajda dopuszcza się dziwnego pomieszania zbrodni katyńskiej z zagładą Żydów. Otóż w filmie nie ma nawet najmniejszej aluzji do eksterminacji Żydów. Ale są sceny łapanek i prześladowania rodzin polskich oficerów, tak jakby chodziło o deportację Żydów do obozów zagłady. Jest też zadziwiający szczegół: przyszłe ofiary zbrodni okazują głębokie emocjonalne przywiązanie do maskotki – pluszowego misia, który został uznany przez Yad Vashem za symbol męczeństwa narodu żydowskiego – eksterminacji dzieci żydowskich.
Dlaczego w filmie o Zbrodni Katyńskiej miała by być pokazywana zagłada Żydów? Czyż nie powstało wiele innych obrazów pokazujących ten bolesny epizod Wielkiej Wojny? Sam Wajda nakręcił np. “Korczaka”, znakomity jest “Pianista” Polańskiego. To są filmy prawdziwe (nie tak jak bajkowy “Opór” z Danielem Craigiem). Poza tym, wśród zamordowanych przez Sowietów w Katyniu oficerów byli, jak we wszystkich grupach zawodowych przedwojennej Polski, także Polacy wyznania mojżeszowego! Ale czy musimy na każdym kroku podkreślać, że niektórzy z zamordowanych byli wyznawcami innej religii niż pozostali? Nie o to w tej całej historii chodzi! Jean-Luc w końcu kompromituje się ostatecznie tak kończąc swoje bulwersujące dzieło:
Żona polskiego generała przymuszana jest przez Niemców do obciążenia Sowietów odpowiedzialnością za zbrodnię. Grozi jej deportacja do Auschwitz Wszystko i bez przerwy nawiązuje w filmie do eksterminacji Żydów, choć słowo to nie pada ani razu. Żydów w tym filmie po prostu nie ma. Ofiarą drugiej wojny światowej jest Polak.
Dlaczego to przemilczenie, skąd to pomieszanie? Wajda miał z tym problem od początku swojej kariery. Jego pierwszy film “Pokolenie” (1955) – traktujący o ruchu oporu przeciwko nazistom – już wtedy pomijał tę zasadniczą kwestię. Ale jest też prawdą, że dwuznaczny sposób przedstawiania przez polskie kino problemu żydowskiego nie dotyczy tylko samego Wajdy.
“Ofiarą drugiej wojny światowej jest Polak”. Tak pisze Francuz. Przedstawiciel narodu, który jak żaden inny dawał i daje nadal niezliczone przykłady podłego tchórzostwawłaśnie w obliczu wojny. Obywatel kraju, który przypisuje sobie niezasłużenie zwycięstwo nad niemieckimi agresorami w 1945 roku. Wszyscy (no może oprócz samych Francuzów) wiedzą, że Republika Francuska w 1940 roku dostała w dupę od Niemców jak się patrzy i splamiła się po wsze czasy kolaboracją z okupantem, o kompletnym zignorowaniu zobowiązań sojuszniczych nie wspomnę z litości…
Oczywiście, że ofiarą II Wojny jest Polak, kurwa jego mać! Polska straciła jedną czwartą ludności! Większość Żydów jacy zginęli podczas II Wojny to POLACY! Polska poniosła znaczne straty terytorialne w wyniku II Wojny. A tchórzliwi Francuzi są potem fetowani w Moskwie na defiladzie z okazji 60-lecia na równi z Amerykanami, Brytyjczykami i Rosjanami…
OOto jak bieżąca polityka wpływa na widzenie historii. I w końcu czas na pochwałę Michnika. Adam niejako “po linii partyjnej” ma prawo (i możliwości) zareagować na taki paszkwil i zrobił to tak:http://wyborcza.pl/1,75515,6495143,Michnik__Narodowosc_pluszowego_misia.html. Fragmenty:
Le Monde” jest jednym z najważniejszych dzienników na świecie, dlatego recenzja z filmu Andrzeja Wajdy “Katyń” pomieszczona na tych łamach wprawiła mnie w osłupienie i skłoniła do kilku refleksji.
Francuski krytyk pisze, że “Wajda w równym stopniu obciąża odpowiedzialnością za złupienie i wyniszczenie Polski i Polaków zarówno nazistów, jak i Sowietów”.
To, co jest historyczną oczywistością okresu od września 1939 do czerwca 1941, francuski krytyk traktuje jak fałsz i nadużycie. Porażająca ignorancja! Terytorium państwa polskiego okrawane było przez dwa – wówczas związane sojuszem – mocarstwa totalitarne.
Poziom terroru w obu częściach okupowanej Polski był porównywalny; Polacy byli więzieni i mordowani w sposób równie brutalny i okrutny przez obu okupantów. (…)
Po wojnie milczano lub kłamano na temat Katynia. To zakłamane milczenie było wielkim zwycięstwem Stalina i jego propagandy. W Europie Centralnej i Wschodniej to milczenie było wymuszone terrorem; w Europie Zachodniej – wymuszone było przez dogmat ideologiczny, że nie wolno zestawiać zbrodni Hitlera z poczynaniami Stalina. Francuski krytyk jest więźniem tego dogmatu, podczas gdy Andrzej Wajda rzuca temu dogmatowi wyzwanie.
Polski artysta przełamał zmowę milczenia. “Katyń” to pierwszy film o zbrodni i sowieckiej agresji na Polskę dokonanej w zmowie sojuszniczej z Hitlerem. To był temat tabu dla francuskiej lewicy. Milczała ona przez długie lata o sowieckiej agresji na Polskę i o sowieckich zbrodniach; milczała też o Katyniu. Ta zbrodnia do dziś jest szkieletem w szafie francuskiej lewicy, która miała przez tyle lat tak wiele zrozumienia dla Wielkiego Językoznawcy..
Całość jest rzeczowa, konkretna i oczywista dla każdego świadomego Polaka. Nie wiem jak dla tych prymitywów Francuzów… Cytując “wybitnego francuskiego męża stanu“, Francuzi:
“stracili dobrą okazję żeby być cicho“.
Prawda niepowszechna
W TVP1 zaprezentowano dziś spektakl młodego reżysera Jan Komasy, pod tytułem „Golgota wrocławska„. Przedstawia on prawdziwą historię jednej z tysięcy zbrodni reżimu komunistycznego. Pokazuje w jaki sposób komuniści są w stanie pozbawić życia, mienia, czci, wszelkich podstawowych praw człowieka – każdego. Nie ważne czy wroga rzeczywistego, urojonego, czy po prostu przypadkowego. Przedstawia zezwierzęcenie jakiemu uległa Polska pod rządami Polskiej Partii Robotniczej. Przypominam, że PPR wchłonęło później PPS (Polską Partię Socjalistyczną) i utworzyło PZPR (Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą). Ostatnim przywódcą tej zbrodniczej organizacji był Mieczysław F. Rakowski, ale to za przedostatniego (1981-1990) kacyka, generała Ludowego Wojska Polskiego Wojciecha Jaruzelskiego, doszło do układu „pobożnej” lewicy (Kuroń, Geremek, Wałęsa, Mazowiecki, Michnik) ze spadkobiercami stalinowców, w wyniku czego mamy to co mamy. Po krótkiej chwili, kiedy wydawało się, że w końcu nastała Wolna Polska (1989), nowi socjaliści (dziś nazywają się PO i PiS – ale po drodze działali pod wieloma różnymi emblematami) ciężko pracowali żeby to wrażenie zniszczyć. Niestety z sukcesem.
Dziś prawdę o tym czym jest socjalizm (czy jego szczególna odmiana – komunizm), trzeba wciąż wbijać do głów nie tylko młodych, ale i starszych. Tzw. zwykli ludzie, ci co to mają prawo głosu a decyzję kogo poprzeć podejmują pod wpływem telewizyjnej propagandy, nie zdają sobie sprawy, że głosując na socjalizm zaciskają sobie na szyi pętlę. Nie za mocno, ale za każdym razem ciaśniej. Co gorsza – twierdzą że nic takiego nie ma miejsca! Nie widzą jak bardzo ich wolność jest krok po kroku ograniczana przez komunę. Jak narodowi socjaliści z PiS, albo internacjonaliści z euro-socjalistycznej PO zabierają im pieniądze, zabierają im prawo do decydowania o swojej własności, zabierają im prawo do decydowania o przyszłości swoich dzieci, krok po kroku wchodzą z buciorami w coraz intymniejsze sfery życia…
Dlatego głoszenie prawdy jest nieustannie potrzebne. Dlatego powtarzanie w kółko o tym jak było jest zawsze podstawową koniecznością ludzi świadomych.
Póki jeszcze można.
Perełka Koterskiego plus kłamca Tusk
Czytając listę najlepszych polskich filmów lat 90-tych według Rafała Oświecińskiego, natrafiłem na cytat z Filmu (nr 1/1994):
A Kolski?! „Jańcio Wodnik” – a jak to mnie wnerwia! Ten cały Jańcio Jakubcio. Waldemar Pawlak polskiego kina. Filmowy magister Nikifor. Czasem odnoszę wrażenie, że żeby mieć styl, to trzeba być trochę ograniczonym. Ale czy powtarzanie się, to już styl? I teraz tak będzie strugał w nieskończoność prostaczka Bożego. Za pieniądze. Jak ten jego Stygma. A ludzie będą cmokać, jaki to on świeży. I zachwycać się Pieczką grającym po raz enty „Żywot Mateusza”. A JJK tymczasem jest już instytucją. Czy raczej przedsiębiorstwem, jak kiedyś Cepelia. Chłopskie cwaństwo. Swoją drogą – jakby też to chłopi oglądali? Nurt wiejskiego kina, kurwa. Ale też mu zazdroszczę, że znalazł swe miejsce.
Jest to wypowiedź Marka Koterskiego (wyjaśnienie dla młodszych – to ojciec przygłupa Miśka Koterskiego) o Janie Jakubie Kolskim. Właściwie wszelkie komentarze są zbędne…
Koterski, reżyser odtwarzający w filmach raz po razie swoją emocjonalną ułomność, zarzuca JJK wtórność!
Mimo, że to tekst sprzed kilkunastu lat mógłby być dla mnie „głupotą roku”… Gdyby nie nasz ukochany premier Donald Tusk, który błysnął ostatnio (wraz ze swoim rządem) po raz kolejny.
Jak donosi dzisiejsza „Rzeczpospolita” Platforma Obywatelska zgłosiła projekt tzw. ustawy fotoradarowej. Zakłada ona wzrost liczby fotoradarów na polskich drogach z obecnie 127 do 1000.Poselski projekt zakłada stopniowe zwiększanie liczby radarów do 300 w pierwszej fazie wdrażania projektu, a docelowo do 1000 w latach 2015-2018. Przewiduje także usprawnienie systemu fotografowania i identyfikacji piratów drogowych poprzez połączenie fotoradarów w sieć obsługiwaną przez Główny Inspektorat Transportu Drogowego. Wykonane przez fotoradary zdjęcia trafią do centralnego komputera, który zidentyfikuje samochody oraz ich kierowców i wymierzy odpowiednią karę. Zmiany nastąpią także w samym systemie kar. Za przekroczenie prędkości znikną punkty karne. Zostaną zastąpione wyższymi karami pieniężnymi. Za przekroczenie dozwolonej prędkości o 50 km/h zapłacimy 1000 zł (a nie 300-400 jak teraz). Jeśli jesteśmy recydywistami kara wzrośnie dwukrotnie. Karane mają być także niewielkie przekroczenia prędkości o 5 km w obszarze zabudowanym i o 10 km poza nim…
A przypomnijmy co obecny pan premier mówił przed ostatnimi wyborami:
Każde dziecko wie, że wypadków jest więcej, bo jest więcej samochodów, a dobrych dróg nie przybywa. Nieudacznicy z rządu PiS tej prawdy nie pojęli. Zauważyłem też fenomen. Drogi są coraz gorsze, ale na ulicach pojawiły się fotoradary. Polacy mają być kontrolowani w każdym miejscu. Utrudnić ludziom życie do maksimum, a na końcu ich skontrolować wszystkich bez wyjątku. To jest filozofia PiS. Tylko facet który nie ma prawa jazdy, może wydawać pieniądze na fotoradary, a nie na drogi – mówił Tusk.
I zaprawdę powiadam Wam: ta fotoradarowa inwigilacja to jeszcze mały pikuś w porównaniu do tego co PO nam jeszcze upichci.



