Archiwum tematów dla Film

Józef Nalberczak, rodak z Warszawy

Józef Nalberczak, doskonały aktor mający na koncie kilkadziesiąt ról w filmach okresu PRL. Potrafił przekonująco wcielić się zarówno w prostego chłopa, robotnika, jak i w profesora czy aktywistę partyjnego.

Kompilacja zawiera fragmenty filmów: AWANS (1974), ZAWSZE W NIEDZIELĘ (1965), PIEKŁO I NIEBO (1966), BRUNET WIECZOROWĄ PORĄ (1976), CZTEREJ PANCERNI I PIES (1966), UCIEC JAK NAJBLIŻEJ (1972), CO MI ZROBISZ JAK MNIE ZŁAPIESZ (1976), KAPRYSY ŁAZARZA (1972), DO PRZERWY 0:1 (1969)

Jerzy Turek na służbie

Jerzy Turek zagrał w kilkudziesięciu filmach często główne role, ale świetnie wypadał też w epizodach. Młodsze pokolenie pamięta go jedynie ze „Złotopolskich”, ale warto zobaczyć jak dobrze szła mu gra także w innych mundurach niż listonosza.

Ta kompilacja zawiera fragmenty polskich filmów z lat 1961-1977, gdzie wciela się w role głównie żołnierzy (z Ludowego Wojska Polskiego, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i III Rzeszy), ale też w mechanika LOT-u, milicjanta MO czy inspektora bliżej nieokreślonej służby PRL, a nawet szeregowego diabła prosto ze starego Piekła!

„Daleka jest droga” reż. Bohdan Poręba (1963), „Kwiecień” reż. Witold Lesiewicz (1961), „Piekło i niebo” reż. Stanisław Różewicz (1966), „Czterej pancerni i pies” reż. Konrad Nałęcki (1970), „Paryż – Warszawa bez wizy” reż. Hieronim Przybył (1967), „Hydrozagadka” reż. Andrzej Kondratiuk (1970), „Milion za Laurę” reż. Hieronim Przybył (1971), „Palace Hotel” reż. Ewa Kruk (1977), „Markiza de Pompadour” reż. Józef Hen (1965), „Do przerwy 0:1″ reż. Stanisław Jędryka (1969), „Powrót doktora von Kniprode” reż. Hubert Drapella (1965), „40-latek” reż. Jerzy Gruza (1974).

 

Motoryzacja (i Milicja)

Oglądam bardzo dużo filmów, zwłaszcza polskich, przeważnie czarno-białych. Lubię to. Najbardziej podobają mi się te, w których mogę podglądać realia codziennego życia z tamtych lat. Jak to było w PRL-u? To to, co zawsze interesuje mnie najbardziej. Z tej pasji zrodziła się chęć podzielenia się moimi znaleziskami. Stworzyłem więc kilka kompilacji, w których prezentuję w krótkiej formie jakieś zjawisko (lub któregoś artystę) z tamtych czasów.

Na początek pokażę Wam jak wyglądała motoryzacja:

Zawiera fragmenty polskich filmów z lat 1960-1980: „Hydrozagadka”, „150 na godzinę”, „Nie lubię poniedziałku”, „Szerokiej drogi kochanie”, „Plac budowy. Polska.”, „Wyspa złoczyńców”, ” Obrazki z życia”, „Gangsterzy i filantropi”, „Kochajmy Syrenki”, „Milion za Laurę”, „Sobie król”, „Roman i Magda”, „S.O.S.”, „Smarkula”, „Jadą goście jadą…”, „Fucha”.

„Avatar” – czyli gruba kreska

Rok 2009 kończy się z przytupem – premiera „Avatara” Jamesa Camerona zasługuje ze wszech miar na miaro wydarzenia roku. Choćby z powodów finansowych.

Temat numer jeden pierwszych miesięcy mijającego roku to odmieniany przez wszystkie przypadki „kryzys”. Krach nie giełdach, spektakularne upadki banków a wkrótce po nich wielkich (i mniejszych) korporacji. Już nic nie miało być takie jak wcześniej, medialni analitycy przepowiadali epokę zaciskania pasa, oszczędzania. Koniec rozpasania, koniec „amerykańskiego stylu życia”.

To wszystko nie dotarło najwidoczniej do Jamesa Camerona (ale to w końcu Kanadyjczyk, a oni jak wiadomo są… inni), bo właśnie w takim momencie zaryzykował najdroższą filmową produkcję wszech czasów. Budżet filmu zamknął się kwotą niemal pół miliarda dolarów, z czego prawie połowa przeznaczona została na wydatki promocyjne. Totalne szaleństwo! Czy w Polsce znalazł by się bank chętny przy obecnej koniunkturze na finansowanie takiego przedsięwzięcia? Zdecydowanie nie. Zapewne dlatego długo jeszcze będziemy tak beznadziejnie biednym krajem. Otóż proszę sobie wyobrazić, że cała suma wróciła się już w pierwszy weekend (właśnie ten, który zakończył się przedwczoraj wieczorem) wyświetlania dzieła w kinach. Z nawiązką. Teraz film będzie przynosić tylko czysty zysk…

Wielu krytyków określa „Avatar” jednym słowem: przełom. Hmm… Być może. Ale nie wiem, czy nadal będziemy określać ten film przełomowym na miarę drugiego „Obcego”, również drugiego „Terminatora”, czy jedynego w swoim rodzaju „Titanica” za pięć czy dziesięć lat. Przypuszczam, że wątpię.

Z pewnością nikt do tej pory nie stworzył tak spektakularnego obrazu, z tak dopracowanymi syntetycznymi sceneriami, z pierwszoplanowymi postaciami cyfrowo ulepszonymi w tak dopracowany sposób, że nie sposób dopatrzeć się najmniejszych sztuczności w ich ruchu albo mimice twarzy. Tak, to z pewnością zupełne mistrzostwo filmowej technologii XXI wieku. Ale czy przełom? W całym filmie nie ma absolutnie niczego, czego nie widzieli byśmy już w dziesiątkach innych produkcji. Tak naprawdę Cameron czerpie pełnymi garściami z doświadczeń Georga Lucasa, Petera Jacksona (wręcz wynajmuje jego ekipę od CGI) czy Roberta Zemeckisa. Technika jest dziś po prostu lepsza (no i Cameron bardziej wymagający – przy takim budżecie może sobie na to pozwolić), więc i efekt końcowy bardziej spektakularny! Spokojnie, za kilka lat nawet Robert Rodriguez będzie mógł stworzyć na swoim domowym komputerze analogiczne ruchome obrazki (no i tradycyjnie sam napisać muzykę, zrobić zdjęcia i zmontować film).

Nowa jest technologia 3D. A dokładniej: sposób jej wykorzystania. Cameron wraz z Vincem Pace stworzyli nowatorską kamerę Fusion 3D, dzięki której „Avatar” w cyfrowym kinie Dolby 3D powala realnością trójwymiarowego obrazu. W ciągu ostatniego roku filmy trójwymiarowe na dobre zadomowiły się w naszych multipleksach i coraz więcej produkcji jest dostępnych w tej technologii. Co więcej – jeśli właśnie skusiliście się na super-ekstra full HD plazmę, czy inny płaski telewizor podświetlany „najnowszą technologią LED”, to z przykrością muszę Was powiadomić, że wkrótce będziecie wystawiać je na uliczne wystawki… 3D nadchodzi także do naszych kin domowych. Wszyscy liczący się producenci elektroniki zaprezentowali już swoje prototypy trójwymiarowych telewizorów. Co ciekawe, efekt uzyskiwany jest ponoć bez konieczności używania niewygodnych okularów (jak to ma miejsce w kinie). Zatwierdzono już także standard zapisu filmów 3DHD na płytach BluRay i przesyłania ich przez kable HDMI. Wszystko jest już gotowe. Pierwsze telewizory mają pojawić się w sprzedaży w 2010 roku. Do wypróbowania Waszego nowego zestawu podczas kolejnych Świąt zdecydowanie polecam „Avatara”. Z pewnością będziecie zachwyceni.

Wszystko pięknie? Niestety nie. To co kuleje w tej superprodukcji to słabość najważniejszego elementu dobrego filmu: scenariusza. Historyjka jest banalna aż do bólu. Szlachetna miłość dwojga młodych ludzi na przekór otoczeniu na tle epokowych wydarzeń. Oczywiście wbrew wszystkiemu miłość zwycięża i rzecz kończy się happy endem. Postaci nakreślone przez samego Camerona (oprócz reżyserowania napisał on do filmu scenariusz, czuwał nad produkcją i po części go zmontował) są po prostu czarno-białe. Od pierwszych niemal scen wiadomo kto tu jest „dobry” a kto „zły”. Skrajnym przypadkiem jest chyba pułkownik Quaritch. Wyświechtany archetyp bezwględnego wojskowego. W iluż filmach widzieliśmy krótko ostrzyżonych, białych, bezwględnych, żadnych krwi, stawiających zawsze na siłowe rozwiązania amerykańskich oficerów? Wszyscy mają skrzywioną psychikę (bo byli w jakimś Wietnamie, Korei czy innym Iraku). Wszyscy nie wiedzieć czemu uwzięli się na „dobrego” bohatera danego filmu. I wszyscy (bez wyjątku) ponoszą ostatecznie klęskę. Tutaj mamy wszystkie te elementy w komplecie.

Do tego para głównych bohaterów nie grzeszy nawet minimum głębi, tajemnicy, zagadki. Sa po prostu płascy. Wszystko na wierzchu. On, czyli Jake, to chyba średnia wyciągnięta ze wszystkich amerykańskich nastolatków. Przez pierwszą połowę filmu wręcz denerwowała mnie jego szczera głupota i inteligencja na poziomie co najwyżej 15-latka. Za to Ona, czyli trzy metrowa samica z gatunku Na’vi o imieniu Neytiri to z kolei prawdziwa Pocahontas. Z pewnością Zoë Saldana odtwarzająca tę rolę to jeden z jaśniejszych punktów „Avatara”. Mimo skomplikowanej postprodukcji, która mogła zatrzeć cały aktorski wysiłek tej aktorki, możemy podziwiać jej fizyczną sprawność i ekspresję. Neytiri zachwyca, lecz poza efektowną powierzchownością nie ma nic więcej do zaoferowania. I nie oczekuję tu odgrywania dylematów moralnych na skalę kina moralnego niepokoju. Niestety jej postać nie wykracza poza granice wytyczone przez Simbę z „Króla Lwa”. Neytiri to pół dzika przedstawicielka obcej rasy i tak jak disneyowskie zwierzątko ma „bardzo mały rozumek”. Jej kolejne decyzje są przewidywalne jak to, że z nowym rokiem wzrośnie cena prądu. Czyżby Cameronowi zabrakło czasu na dopieszczenie bohaterów swojej opowieści? Na dodanie im tajemnicy, na skomplikowanie nieco ich umysłów?

A może tak właśnie ma być? Może w tym wszystkim chodzi jednak tylko o stworzenie największej na Świecie maszynki do zarabiania pieniędzy? Może nad tym jacy mają być bohaterowie filmu przez długie miesiące debatował sztab najlepszych speców od marketingu? Może pracowicie ustalano, bazując na uśrednionych wynikach badań statystycznego widza, jak ma wyglądać, zachowywać się, mówić, każda z przedstawionych postaci? W końcu tu nie chodzi o budżet RP na 2010, tylko o powodzenie prywatnego przedsięwzięcia pazernych hollywoodzkich filmowców! Tu po prostu nie ma miejsca na pomyłkę. W efekcie powstało dzieło do bólu poprawne, ale jednocześnie w żadnym momencie nie rzucające na kolana (coś jak kolejne serie „Szymon Majewski Show”).

Tylko czy to jeszcze jest film jaki każdy dojrzały widz ma na myśli kiedy przyjdzie mu podać pierwsze kojarzące się z tym terminem wrażenia, słowa, odczucia? Czy chodzi tu o opowiedzenie ciekawej historii, czy tylko o bezmózgą rozrywkę dla mas?

Jestem przekonany, że reputacja Camerona po „Avatarze” wśród bankierów znacząco wzrośnie, ale krytycy będą mieć o nim zdanie dokładnie odwrotne. A publiczność i tak zadecyduje nogami. Wspomiałem wyżej, że dzieło już odniosło gigantyczny sukces. A to dopiero początek.

Czy w takim razie warto wybrać się do kina na ten film? Zdecydowanie tak! Po pierwsze: warto wiedzieć o czym mówią znajomi. A mówić będą. Po drugie: to naprawdę kawał solidnego filmowego rzemiosła. Nie będziecie się nudzić przez prawie trzy godziny. Oczekujcie wartkiej akcji, ładnych (no dobrze: zapierających dech) widoczków, trochę rozpierduchy i pouczającego morału na koniec.

Co prawda, morał jest grubymi nićmi szyty i brzmi jakby jego sponsorem byli ekoterroryści z Greenpeace a chęć przyciągnięcia do kin całych rodzin (kategoria PG-13) spowodowała, że widzowi oszczędzono jakichkolwiek scen drastycznych a niemal całkowicie nagie, posągowe ciała ludu Na’vi mają skrupulatnie poprzysłaniane drugorzędne cechy płciowe, więc nie błyśnie nam na ekranie nawet skrawek niebieskiego cycka. A szkoda.

„Avatar” to nie żaden „przełom”. To gruba kreska. Podsumowanie osiągnięć kina pierwszej epoki cyfrowej. Po „Avatarze” możemy czekać na przełom. Kto go dokona? Raczej nie Cameron. On już na zawsze pozostanie pionierem. Tym, który oswoił nas z (nad)realistycznymi syntezowanymi obrazami komputerowymi w kinie. Doprowadził je do perfekcji a może doszedł do kresu ich możliwości?

Niech mnie ktoś zaskoczy. Czas na przełom.

Szczęściarz Polański

Roman Polański

Roman Polański miał sporo szczęścia kiedy szwajcarska policja zaaresztowała go na lotnisku w Zurychu w ostatnią sobotę. Mógł trafić gorzej. Dla przykładu, komuś w Polsce mogło by wpaść do głowy, że „prawo niech prawo znaczy” i potraktować poważnie amerykański list gończy. Wtedy monsieur Polanski miał by do czynienia z polskim wymiarem sprawiedliwości. A mogło by to się skończyć poważną stratą dla światowego dziedzictwa kulturowego. „Liberalny” rząd Donalda Tuska forsuje bowiem ustawę, karzącą pedofilów na kastrację.

Jak to „liberałowie”, Tuskowcy stanowczo podkreślają, że chodzi jedynie o „odwracalny zabieg farmakologiczny„. Czy jednak dla kruchej psychiki wrażliwego artysty (jakim  z pewnością jest Roman Polański), każda tak poważna ingerencja nie niesie niebezpieczeństwa prawdziwie destrukcyjnych skutków? Czyż nie zachodzi obawa, że autor oskarowych „Noża w wodzie„, „Dziecka Rosemary” i „Pianisty” w wyniku lekarskiej intwerwencji straci swój reżyserski pazur? Że przytępione przez silne medykamenty zmysły nie pozwolą mu kolejny raz stworzyć dzieła na miarę owych arcydzieł z przeszłości? Czyż nie był by to koniec Wielkiego Twórcy Kina?

Z pewnością nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że tak by się stało. Z miejsca zawiązało się prawdziwe nie-pospolite (boć to przecie nie „chamstwo”, a faktyczna „elita” się skrzyknęła) ruszenie złożone z rozmaitych ludzi kultury – przeważnie filmowców, mające na celu pociągać za wszelkie sznurki i wywierać wszystkie możliwe naciski na każdego kto mógłby spowodować uwolnienie „wesołego Romka”. Nawet polski Minister Kultury, szanowny pan Bogdan Zdrojewski [PO], jest „zszokowany” aresztowaniem i ewentualnymi jego konsekwencjami. Postanowił poruszyć niebo i ziemię, żeby reżyser został jak najszybciej zwolniony. Zapewne jego szok pochodzi od wiedzy jaką musiał nabyć podczas wewnątrzpartyjnych debat przed poparciem wyżej wspomnianej ustawy kastracyjnej. Minister wie jak traktowani są pedofile w więzieniach, więc dlatego zapewne jego partia (jak to „liberałowie”) postanowiła ulżyć ich losowi i zamienić osadzenie (grożące poważnymi uszczerbkami ciała), na „leczenie”.

Podejrzewam jednak, że Polańskiego nie urządza ani jedna (więzienie) ani druga (kastracja) opcja, więc gdy tylko „pożyteczni idioci” z Polski wykonają swoją robotę i doprowadzą do jego uwolnienia (co stanie się zapewne dosyć szybko), zaszyje się w jakimś bezpiecznym kraju i nie będzie z niego wyściubiał nosa. Ja bym tak zrobił.

Acha – i niech mi nikt więcej nie mówi, że prawo jest równe dla wszystkich, że Temida jest ślepa i wszystkie tego typu bzdury…