„Wierność me imię, Mierność zawołanie” – takie motto powinna umieścić narodowo-socjalistyczna „PiS” w swoim godle. Dzisiejsza roszada personalna na szczytach władzy naszego nieszczęśliwego kraju jest dobitnym dowodem na prawdziwość tej sentencji. Jedne miernoty zastąpiły drugie i doprawdy nawet wyjątkowo spostrzegawcze osoby będą mieć problem, żeby autorytatywnie móc stwierdzić, czy taka zmiana to kolejna „dobra zmiana”.

Pod przewodnictwem premiera Morawieckiego Polska powtarza co raz szybciej kolejne błędy poprzedników sprzed czterdziestu lat. Każdy jeden z błędów… I niestety tak jak wtedy, tak i teraz finał będzie bolesny i kosztowny. Ponownie tylko dla zwykłych obywateli, a nie dla rządowych miernot, niestety.

A wszystko to dlatego, bo ponad zaprezentowanym dziś kolejnym „zwartym szeregiem” partyjnych miernot, stoi mroczny zakon kilku osób, które mentalnie tkwią głęboko w latach 60-70 ubiegłego wieku. Oczywiście z Jarosławem Kaczyńskim na czele. Kaczyński znalazł sobie mogącego uchodzić jeszcze za „młodego”, niewątpliwie ambitnego i zaprawionego w korporacyjnych podchodach pupilka i uznał, że tyle nawiązania do współczesności wystarczy. Nowoczesny wizerunek Morawieckiego ma zrównoważyć skok w przeszłość, jaki dokonuje nasz kraj pod ich rządami.

Zamiast wyprzedzać trendy i być w awangardzie postępu, co jak pokazują liczne przykłady daje zazwyczaj pozytywne skutki i wydaje się być jedynym wyjściem dla naszej umęczonej licznymi patologiami gospodarki, towarzyszom z PiS marzy się odrodzenie Polski w kształcie z międzywojennego dwudziestolecia. Z kompletem tamtego ustroju wad i jak się wydaje, z żadną z jego nielicznych zalet.

Zmiana urzędników nie wpłynie absolutnie na nic, kiedy rządzi nimi niezmiennie ten sam mózg, tkwiący głową w PRL. Doprawdy całkiem kusząca wydaje się opinia mówiąca o tym, że całe to przemeblowanie było tylko po to, żeby utrudnić zespołowi Roberta Górskiego pracę nad kolejnym sezonem „Ucha Prezesa”. I śmieszno i straszno. Dobranoc drogie dzieci…