Rejs-do-nikad

Nasi oprawcy są impregnowani na wiedzę (nie mylić z władzą). Każdy dzień, każda godzina wręcz, przynoszą na to kolejne dowody. Choćby jak tekst poniższy, zamieszczony niedawno na fejsowym profilu Platformy Obywatelskiej:

W ciągu ostatnich dni pojawiło się wiele pytań dotyczących kwoty wolnej od podatku, postanowiliśmy na nie odpowiedzieć (…). Opozycja w demokratycznym państwie może zaproponować dowolny, najbardziej nawet nieodpowiedzialny projekt. Natomiast zadaniem rządzących jest to, by prowadzić politykę realnie sprzyjającą obywatelom oraz gasić populistyczne zapędy opozycji. Tak było w przypadku projektu o tzw. kwocie wolnej od podatku. Platforma Obywatelska konsekwentnie prowadzi politykę takiego budowania systemu podatkowego, który jest możliwie najkorzystniejszy dla tych, którzy tego najbardziej potrzebują – dla polskich rodzin, a szczególnie tych najuboższych. Najlepszą formą ich wsparcia są precyzyjnie adresowane narzędzia, jak ulgi czy odliczenia. Z kolei zwiększenie kwoty wolnej od podatku redukuje wysokość podatku dla wszystkich – w tym dla najbogatszych. Nie jest to zmiana odczuwalna dla osób gorzej sytuowanych. Skuteczniejszym sposobem ich wsparcia jest mechanizm tax credit dla rodzin z dziećmi o niższych dochodach.

Odnoszę wrażenie, że PO prowadzi raczej politykę mającą na celu WYGENEROWANIE jak największej liczby „najuboższych” i za wszelką cenę nie dopuszczenie do bogacenia się Polaków, ale idźmy dalej:

Posłużmy się przykładem: w październiku 2014 roku Rzecznik Praw Obywatelskich zaproponował podniesienie kwoty wolnej od podatku do 6503 zł (ponad 100% więcej niż obecnie). Zestawmy sytuację po ewentualnym wdrożeniu takiej zmiany z obecną sytuacją prawną:

rodzina z dochodem na poziomie najniższego wynagrodzenia (20 160 zł/rok, 1680 zł/miesiąc), rozliczając się wspólnie z małżonkiem (jedna osoba uzyskuje dochody z pracy), po podwyższeniu kwoty wolnej od podatku o ponad 100 proc. nie zyskuje nic w stosunku do rozwiązań obowiązujących obecnie – bez względu na to, ile ma dzieci;

• ta sama rodzina po wprowadzeniu zaproponowanej przez rząd ulgi na dzieci, która będzie obowiązywała już w rozliczeniu bieżącego roku podatkowego, zyskuje przy jednym dziecku 681,11 zł, przy dwojgu 1793,15 zł, a przy trójce dzieci – aż 3793,19 zł

Umiłowani Przywódcy z jedynie słusznej partii CHWALĄ SIĘ (naprawdę – oni uważają że to jest powód do dumy), że niektórym wielodzietnym rodzinom będą teraz zabierać nieco mniej z ich głodowych pensji! Według PO roczna ulga w wysokości kwoty jaka wystarczy zaledwie na zapłacenie połowy rachunku za pojedynczą kolację ministra Sikorskiego w ekskluzywnej warszawskiej restauracji ma być powodem do radości i szaleńczych zakupów przeciętnej polskiej rodziny z dwójką dzieci! A ja wam mówię NIE, sukinsyny! Popatrzcie na kraje do poziomu których nieustannie mamy aspirację w końcu dorównać, na przykład w aktualnym ulubionym celu emigracji młodych Polaków mamy tak:

Rząd Wielkiej Brytanii zdecydował się zmienić kwotę wolną od podatku. W 2015 roku zostanie ona podwyższona do 10,5 tys. funtów. Dla porównania – w Polsce kwota wolna od podatku wynosi nieco ponad 3 tys. złotych, czyli… 600 funtów.

i dalej:

UK podniesie kwotę wolną od składek na ubezpieczenia społeczne. Aktualnie kwota ta wynosi 7956 funtów, to jest około 46 tys. zł.

Tam rządzący nie mają sumienia odbierać ludziom taką ilość pieniędzy, która wystarczaja jedynie do jako takiej egzystencji. Nawet w średniowieczu feudałowie wiedzieli, że co prawda „Cesarz bierze co cesarskie”, ale z głodnego poddanego nie wyciśnie się nawet dziesięciny… Aktualnie sprawująca w Polsce rządy szajka nie ma żadnych skrupułów odbierać nam wszystko co tylko jej przyjdzie do głowy.  I to powoduje, że („Bezrobocie nie spada. Bezrobocie ląduje w Heathrow„):

Młody, wykształcony, w wieku reprodukcyjnym. To opis, który najlepiej pasuje do profilu polskiego imigranta na Wyspach. Czasy polskich hydraulików się skończyły i coraz większą grupę stanowią inżynierowie, programiści, doktoranci czy pracownicy branży finansowej. Coraz więcej Polaków zakłada również swój własny biznes. Według danych z ostatniego spisu – 11% brytyjskich imigrantów znad Wisły prowadzi własną działalność, która na tle polskich wymogów biurokratycznych jest przyjemnością prowadzenia biznesu samego w sobie. Tylko w Londynie istnieje już ponad 100 sklepów z polską żywnością, a co ciekawe „polskie półki” pojawiają się także w Tesco.

(…) Na wyspie rodzi się (…) coraz więcej polskich dzieci (…). O dziwo wśród Polaków w Wielkiej Brytanii nie występuje problem z dzietnością taki jak w kraju. Statystyczna Polka nad Wisłą rodzi 1,3 dziecka, a statystyczna Polka nad Tamizą 2,1 dziecka. Pomijając fakt, że w UK znajduje się przede wszystkim kohorta 25-40 lat – i tak pokazuje to przede wszystkim – jak wygląda polityka prorodzinna w naszym kraju oraz to, że niski wskaźnik urodzeń to przede wszystkim konsekwencja zapaści ekonomicznej, a nie zmian kulturowych. Abstrahując od krajów trzeciego świata (czynniki społeczno-kulturowe), dzietność Polek w kraju i na Zachodzie potwierdza fakt, że poczucie stabilności ekonomicznej sprzyja wzrostowi liczby ludności.

A przecież można inaczej (http://www.historycy.org/index.php?showtopic=18824):

Odbudowę Republiki Federalnej Niemiec po drugiej wojnie światowej nazwano “niemieckim cudem gospodarczym”. Jej powodzenie jest w znacznej mierze skutkiem energii, odwagi i determinacji jednego człowieka – profesora Ludwiga Erharda, który najpierw jako doradca okupacyjnych władz amerykańskich, potem minister finansów, wicekanclerz i wreszcie kanclerz RFN dbał o to, żeby gospodarka niemiecka miała właściwe warunki do rozwoju. Nie lubił określenia “cud gospodarczy”. Kiedy tylko mógł, tłumaczył,że żaden cud się tu nie zdarzył, że był to skutek podjęcia dobrze przemyślanych decyzji i ich konsekwentnej realizacji.

Wolność gospodarcza, którą dał Niemcom, była sprzeczna z tym, do czego ich wychowywano i do czego przywykli. Niewiele jest krajów, w których idee i praktyki socjalistyczne są tak głęboko zakorzenione w sercach i umysłach ludzi, jak w Niemczech. To przecież stamtąd pochodzili Marks i Engels. Bardzo silne były tam partie socjalistyczne obiecujące ludziom, że państwo może i powinno rozwiązać wszystkie ich problemy. I bardzo wielu Niemców wierzyło w to i nadal wierzy. Dlatego właśnie niemiecki kanclerz Otto von Bismarck uznał, że aby zapobiec rewolucji, trzeba wprowadzić znaczną część postulowanych przez socjalistów reform, a przede wszystkim ubezpieczenia społeczne (…).

Wszystkie liczące się niemieckie partie polityczne uważały za konieczne wprowadzenie jakiejś formy socjalizmu. Program uważanej za prawicową CDU uchwalony w roku 1947 głosił: Planowanie i kierowanie gospodarką są przez długi czas konieczne w jak najszerszym zakresie. Przewidywał upaństwowienie kopalni i hut. Chadecy w amerykańskiej strefie okupacyjnej twierdzili wręcz, że ich celem jest zbudowanie demokratycznego socjalizmu.

Trudno zrozumieć, jak to się stało, że członkowie rady gospodarczej dali się Erhardowi przekonać i zaaprobowali przygotowaną przez niego ustawę znoszącą wszystkie przepisy o planowaniu gospodarczym i reglamentacji, czyli idącą dokładnie pod prąd programów partii, które reprezentowali. Tak się jednak stało, 18 czerwca 1948 roku 50 głosami “za” przy 36 “przeciw” została ona uchwalona. Posiedzenie to, co warto podkreślić, odbyło się w ścisłej tajemnicy. Władze okupacyjne nic o nim nie wiedziały. Nie wiedziały też, jakie decyzje na nim zapadły.

W dwa dni później przeprowadzono wymianę pieniędzy. Miejsce marki Rzeszy (RM) zajęła marka niemiecka (DM). W tym dniu Ludwig Erhard dał też wolność gospodarce. Zrobił to w sposób naprawdę niezwykły. Wykorzystał w tym celu ślepe posłuszeństwo swych rodaków wobec władzy. Była to niedziela, nie było w pracy nikogo, kto mógłby mu przeszkodzić. Erhard wydał i rozesłał stosowne rozporządzenia, po czym w przemówieniu radiowym powiadomił, że unieważnił kartki żywnościowe, zniósł kontrolę cen itd. Nie miał prawa robić tego bez porozumienia z władzami okupacyjnymi, ale gdyby poprosił je o zgodę, nigdy by jej nie dostał. Wszystkie jego polecenia zostały skrupulatnie wykonane przez odpowiednie urzędy.

W poniedziałek rano Niemcy obudzili się w całkiem innym ustroju, a on został wezwany przed oblicze generała Luciusa Claya, dowódcy amerykańskich wojsk okupacyjnych. Podobno rozmowa zaczęła się od pytania pewnego pułkownika: Jak pan śmiał rozluźnić nasz system racjonowania w sytuacji tak wielkich niedoborów żywności! Erhard odpowiedział: Ależ panie pułkowniku, ja nie rozluźniłem systemu racjonowania, ja go całkowicie zniosłem! Odtąd jedyną „kartką”, jakiej będą potrzebowali ludzie, będzie marka niemiecka i będą oni ciężko pracować, by ją zdobyć. Poczekajmy, a przekonamy się. Wtedy odezwał się generał Clay: Panie Erhard, moi doradcy mówią mi, że popełnia pan straszliwy błąd. Erhard miał mu odpowiedzieć: Niech pan ich nie słucha, generale, moi doradcy mówią mi to samo. Generał Clay musiał się szybko zdecydować, czy chce wystawić się na pośmiewisko, czy udawać, że wszystko stało się za jego wiedzą i wolą. Wybrał to drugie.

Bardzo szybko okazało się, że Erhard nie popełnił błędu. Niemcy zaczęły się rozwijać w oszałamiającym tempie. Sklepy zapełniły się towarami. Jego powodzenie oznaczało jednak kres marzenia wielu polityków i zwykłych ludzi o socjalizmie. Walczyli o jego spełnienie jak mogli. W listopadzie 1948 roku wybuchł strajk generalny. Strajkujący domagali się odwołania reformy, ale Erhard nie ustąpił. Powiedział kiedyś: “Nie liczba i wielkość nagłówków w prasie powstających za sprawą danego polityka stanowią miernik prawidłowej polityki, lecz wewnętrzna pewność, by w politycznych działaniach nie zwodzić się tanimi sloganami i nie dać się zepchnąć z prawidłowej drogi”. Przez następne dwadzieścia lat w RFN nie było poważnych konfliktów społecznych, a strajki stały się rzadkością, bo zarobki rosły bardzo szybko.

Aby nie straszyć wyborców, koncepcję gospodarczą realizowaną przez niego nazwano “socjalną gospodarką rynkową”. Pod tą nazwą wprowadzono w kraju socjalistów niemal zupełnie wolny rynek. Nazwa była o tyle prawdziwa, że naprawdę daje on większe szanse ubogim niż ustroje rzekomo dążące do “sprawiedliwości społecznej’.

My dzisiaj w Polsce wciąż jesteśmy praktycznie w punkcie zero. Jak po wojnie. Co prawda od kilkudziesięciu lat rządzą nami kolejne grupki spryciarzy nazywające siebie przedstawicielami „ludu”, ale tak naprawdę to tylko kolejne inkarnacje tej samej psiej rasy pospolitych złodziejaszków, gotowych sprzedać los swojej ojczyzny za paczkę fajek. Jakże brak nam polityków dużego formatu! Takich co to nie swoje dobre powodzenie, ale pomyślność współbraci za cel stawiają sobie i wespół ze wszystkimi korzystać chcą z dobrodziejstw wspaniałych czasów w jakich żyjemy. Znaczy w jakich żyją ludzie w prawdziwie WOLNYM świecie. Daleko od kraju nad Wisłą.