Miesiąc: Luty 2015

Ustroje się zmieniają, a metody władzy wciąż te same. Właśnie rozpoczyna się spektakl pod tytułem „Wybory Prezydenckie 2015”. Mógłbym go zignorować, gdyby cały ten wyścig o stolec „Pierwszego Żyrandolowego” nie odbywał się za publiczne pieniądze… A tak właśnie jest:

10 milionów złotych – tyle, jak na razie, przeznaczyła PO na kampanię wyborczą prezydenta Bronisława Komorowskiego – dowiedziała się nieoficjalnie PAP ze źródeł zbliżonych do kierownictwa PO. Platforma nie wyklucza jednak, że kwota ta może wzrosnąć, jeśli będzie taka potrzeba. (źródło: GW)

Jak to jest możliwe, że partię mającą nieco ponad 40 tysięcy członków, przy składce członkowskiej w wysokości 5 zł na miesiąc, stać na taki gest? Ano po prostu: partia bierze sobie pieniądze z budżetu państwa. Czyli z forsy, która pod groźbą sankcji w wypadku odmowy jest skrupulatnie miesiąc w miesiąc zabierana wszystkim pracującym w Polsce. Dla Platformy „marne dziesięć dużych baniek” to doprawdy niewielki wysiłek. Wystarczy spojrzeć na dane pokazujące jak partia Tuska i spółki obłowiła się na sprawowaniu w Polsce władzy:

Aktywa PO

I to są jedynie dane oficjalne, podane na witrynie PO (o tutaj: http://bip.platforma.org/majatek_partii/). Reszty możemy się tylko domyślać, ale nawet po powyższym widać, że sprawowanie w Polsce władzy to świetny interes!

Mamy już pieniądze, teraz wygrywamy wybory. Proste? No nie do końca. Co prawda wszystkie zwierzęta są równe, ale jak wiemy niektóre „są równiejsze”. Otóż ani ja, ani np. pan Paweł Kukiz nie możemy przeznaczać dowolnej ilości WŁASNYCH pieniędzy na kampanię wyborczą! Choćby nie wiem jak dużo wolnych środków leżało na naszym rachunku bankowym, to wolno nam wydać z niego jedynie 15-krotność najniższego wynagrodzenia obowiązującego w Polsce. Jest to aktualnie ok. 25 tysięcy złotych. Tyle też może nam maksymalnie podarować każdy nasz sympatyk. Jednak partie sejmowe mają inaczej – mogą (oprócz powyższego) przeznaczyć na kampanię „środki własne”, czyli owe wyżej wymienione dotacje budżetowe. Co też czynią.

Dlaczegóż to prywatne, wielokrotnie opodatkowane pieniądze są „gorsze” od tych budżetowych? Ta zagadka ma jedno oficjalne wytłumaczenie: ponoć bez pieniędzy podatników, polski polityk automatycznie okazuje się skorumpowaną kurwą i złodziejem, więc daje nam taki wybór: „albo mi dacie z budżetu, albo będę kraść”. Nie żartuję tu sobie ani trochę. Takiej treści wypowiedzi słyszę za każdym razem, kiedy gdziekolwiek w mediach toczy się dyskusja o finansowaniu partii politycznych. Co zatem z tymi, którzy jednak wciąż przyłapywani są na braniu w łapę? Pytanie retoryczne – przecież jak wiemy „niektórzy są równiejsi”…

Pieniądze to jednak wciąż nie wszystko co potrzebne jest do wygrania w Polsce wyborów. Niezbędne są struktury. Teren, wicie rozumicie, jest szczególnie istotny. Z tym akurat Platforma nie ma większego problemu, bo już na samym początku kampanii Bronisław „Szef Wszystkich Szefów” Komorowski odebrał hołd platformerskich prezydentów miast, którzy „spontanicznie” poparli Bronka. Już oni dopilnują, żeby i na prowincji wszystko było po ICH myśli.

b7e6c4b4c9430043fd29ab8bacc65602

Nic tak nie łączy jak wspólny interes i dziwnym nie jest iż w obronie Naszych Spraw (wł. „La Cosa Nostra”) stanęli murem wszyscy dopuszczeni do publicznego żłobu. Czas pokaże, czy Polacy raz jeszcze dadzą się omamić specjalistom od obłudy i kłamstwa i Komorowski utrzyma tytuł Szanownego Dona na kolejne pięć lat. Na dziś – na dwoje babka wróżyła!

 

Korwin Krul

Na imię mam Marek i jestem korwinistą. Tak brzmiałoby pierwsze zdanie na grupie wsparcia osób uzależnionych od Korwina, gdyby ci chcieli się leczyć! Niestety większość z nich to przypadki beznadziejne. A Krul szkodzi… Bardzo szkodzi. Na szczęście mam to już za sobą.

Zawdzięczam JKM wiele. Jego „Najwyższy Czas” (jeszcze w wersji gazetowej) to była pierwsza lektura dzięki której poznałem liberalne spojrzenie na gospodarkę i przejrzałem przekręty rządzącej nami szajki. Bez tego moje poglądy nie byłyby takie jak dziś. Ale to było dawno temu. Naprawdę dawno… Przez te wszystkie lata propagowałem w swoim najbliższym (rodzina, znajomi) i dalszym (blog) kręgu taki punkt widzenia. Oswajałem ich z UPR a potem z KNP. I zapewne takich małych żuczków, uparcie i wytrwale wciskających wszystkim wokół wolnościowe poglądy było więcej. Bo w końcu jakim cudem coś ostatnio drgnęło? Dzięki komu JKM z kolegami załapali się na brukselskie stołki? Dzięki własnej charyzmie i niezłomności?!

Nie odbieram JKM wytrwałości w dążeniu do celu, ale niezmiernie boli mnie że nie jest on zdolny do najmniejszej autorefleksji i nie znosi krytyki. Twierdzę z całą stanowczością, że osoba ze stuprocentowo tożsamymi z Korwinem poglądami, ale z diametralnie innym podejściem do otaczających ludzi, a do MEDIÓW w szczególności, odniosłaby w dzisiejszej Polsce sukces dwu, albo trzykrotnie większy! Jestem absolutnie przekonany, że tylko  dzięki rzeszy „żuczków” pan Mikke może dziś pławić się w opłacanych naszymi podatkami luksusach. Gdyby nie oni, to zostałby dawno wyrzucony na śmietnik historii. To ci ludzie, ślepo wierzący w słuszność sprawy, przez lata wytrwale tłumaczyli wszystkie kolejne wybryki JKM, dorzucając coś z reguły od siebie i w ten sposób cywilizując (tak!) przekaz Korwina!

Bo choć Janusz Korwin Mikke zawsze odwołuje się do swoiście rozumianej „cywilizacji chrześcijańskiej” i nieustannie trąbi na alarm ostrzegając nas przed napierającym Islamem, to robi to oczywiście źle. Z jego ust przeciętny niewyrobiony  wyborca (czyli taki jak zdecydowana większość) słyszy jedynie pochwałę muzułmańskiej hordy. Słyszy wprost o jej wyższości. JKM wielokrotnie ją po prostu podziwiał. Tak to wyglądało. Podobnie dziwne jest jego niezrozumiałe przywiązanie do „argumentu hitlerowskiego” i całkiem już podejrzane bezrefleksyjne wspieranie putinowskiej propagandy… A prawda jest rozczarowująco inna i dziś JKM dał (kolejny) popis kompletnego niezrozumienia czasów i sytuacji:

(…) Gdy Republica Argentynńska zaatakowała Falklandy – śp.lady Małgorzata Thatcherowa posłała tam wojsko, które zrobiło z Argentyńczykami porządek. Gdy parę dni temu ISIS zamordował śp.Kenji Goto – rzecznik rządu Cesarstwa Japonii wyraził „zadecydowane potępienie i oburzenie tym godnym pogardy aktem terroryzmu”. (…) Państwa tzw. „cywilizowane” (…) wzdrygają się na myśl przed „zastosowaniem przemocy” – z czego cynicznie korzystają wszyscy bandyci. Państwa te dumnie „nie uznają Islamskiego Kalifatu Iraku i Lewantu” – czyli uprawiają politykę strusia. Tymczasem ISIS należało już dawno uznać – i natychmiast po uznaniu wypowiedzieć mu regularną wojnę, a samozwańczego „kalifa” powiesić na najbliższej suchej gałęzi – ciało potem ćwiartując i rzucając świniom na pożarcie. Gdy po wypowiedzeniu słów oburzenia p.Abe wszedł na posiedzenie Rządu Cesarstwa powinien wyjść z niego z decyzją o wypowiedzeniu wojny. Iran z największą chęcią przepuściłby te wojska (…). Nie robiąc tego p.Abe i inni przywódcy państw „cywilizowanych” tracą twarz – i mażą sobie ręce krwią następnych ludzi, którzy zostaną zamordowani przez ISIS i inne bandyckie reżymy.

Oto cały JKM. Niczym Napoleon na wyspie Świętej Heleny przestawia nieistniejące hufce na mapie Świata. Prowadzi wielką politykę. Instruuje władców światowych mocarstw jakich metod powinni użyć do rozwiązania problemu syryjskiego. On przecież brylantowo rozprawił się z problemami we własnej partii i we własnej ojczyźnie, więc cóż innego pozostało tak światłemu umysłowi, jak nie pochylić się nad palącymi problemami międzynarodowymi? I przy okazji dać popis kompletnego oderwania od realiów polityki, czy strategi pozwalających osiągnąć cele do których owi politycy zostali przez społeczeństwa własnych krajów wynajęci. I po prostu czystego barbarzyństwa!

Dlaczego bowiem Margaret Thatcher wysłała wojska na odległy archipelag Falklandów? Gdyż inny kraj dokonał agresji i próbował go zaanektować. A było to terytorium podległe Królowej. Co ma to wspólnego z tym, że dwóch Japończyków z sobie tylko znanych powodów postanowiło przebywać w tak niebezpiecznym miejscu jak Syria? I po cóż, do jasnej cholery, Japonia miałaby ryzykować życie choćby jednego swojego żołnierza po ich zamordowaniu przez ISIS??! Jaką KORZYŚĆ miałby taki wysiłek przynieść Japonii? I najśmieszniejsze: kiedy JKM obejmie już wszystek władzy w Polsce, to nie zamierza martwić się poziomem życia Polaków na starość (słusznie!), wykazując tutaj libertariańską dążność do ustanowienia każdego panem własnego losu. Dlaczego więc nawołuje rząd Japonii do TROSKI o los własnych obywateli na odległych lądach? Czy ktoś ich zmuszał do podjęcia tak niebezpiecznej eskapady? Czy Japończycy wybierali polityków po to, aby ci w razie potrzeby dokonywali za nich aktów prymitywnej zemsty? I najważniejsze: skąd u chrześcijanina tyle niechrześcijańskiej chęci rewanżu?

To tylko jeden z wielu kwiatków jakimi JKM raczy swoich wyznawców na każdym kroku. Do niedawna łudziłem się, że zawsze widzę w nich jakiś sens. Że myśl konserwatywno-liberalna jest u niego zawsze silna i po rozłożeniu każdej wypowiedzi na czynniki pierwsze żelazna logika musi się obronić… Od kilku(nastu) miesięcy już takiego odczucia nie mam. A od czasów kolejnej wolty Janusza i jego przeskoku do następnego bytu politycznego (co już mu się odbija czkawką) mam już pewność: konwentykl KNP nie miał innego wyjścia jak odsunięcie Korwina od władzy w partii, a ja zostałem zwolniony z samo nałożonego na siebie obowiązku lojalności wobec JKM i głoszonych przez niego idei. Tragiczne w tym wszystkim jest to, że wcale nie jestem przekonany, iż obecne władze Nowej Prawicy to najlepsi z możliwych ludzi i jednocześnie niezmiernie mi żal KILKU osób, które z jakichś powodów dołączyły do korwinowego rokoszu. Choć mimo niechęci Wiplera wobec Jacka Wilka, ten drugi zdecydowanie mi się podoba.

Cóż, mój romans z JKM trwał ponad 20 lat. A jak mówi ludowa mądrość: co za dużo, to niezdrowo. Gwoździem do trumny tego związku było logo partii KORWiN: korona zwieńczona katolickim krzyżem. O nie, drogi panie! Na wyznaniową wizję państwa się nie zgodzę, choćby nie wiem jak słuszna była linia partyjna. Dlatego z czystym sumieniem oznajmiam, że udzielam poparcia i gorąco dopinguję jedynemu ugrupowaniu, którego program akceptuję w całości i która nie splamiła się (jak dotąd) głupimi, lub niegodnymi posunięciami, czyli:

Partia Liertarianska

I tak stawiam się ponownie w sytuacji jak sprzed lat. Korwinowi udało się zdobyć jakiś elektorat, który być może pozwoli mu wprowadzić kilku posłów do Sejmu (choć nie stawiałbym na przekroczenie przez niego progu w nadchodzących wyborach zbyt dużych pieniędzy). Partia Libertariańska z pewnością nie ma co na to liczyć. Ale cóż z tego? Słuszna idea MUSI w końcu zapanować. Tak mogło być z JKM/UPR/KNP… Ale niestety w między czasie się ze-sobaczyli. Trzeba chronić tę wątłą roślinkę Libertarianizmu przed takim losem. Doświadczenie wzmacnia, więc jestem przekonany, że przy odrobinie wysiłku tym razem nie trzeba będzie czekać na sukces aż tak długo. Ostatnie 20 lat to była jazda bez trzymanki ze stromego zbocza, teraz będzie jeszcze ciekawiej!