Gdzieś tam indziej skaczą z balonu na złamanie karku, przy okazji przekraczając dotychczasowe rekordy zupełnie dla zabawy. U nas za to, musimy zmagać się z pogodą.

Jak nie powódź, to susza. Media zamiast informować o rzeczach istotnych (np. o tym, że nasi umiłowani przywódcy znowu zaciskają nam pasa podnosząc od nowego roku szereg stawek podatkowych), z wypiekami na twarzy relacjonują zadziwiające fakty: otóż zimą jest zimno, latem gorąco, a czasem nawet pada deszcz!

Piękny i szczęśliwy musi to być kraj, w którym nie ma ważniejszych zadań dla premiera, jak sprawdzenie dlaczego nie zamknięto dachu nad boiskiem do piłki kopanej i na murawę napadało deszczu po kostki. Zaiste beztrosko musi być jego mieszkańcom, kiedy nie ma o czym pisać w Internecie tylko o mgle, która (to doprawdy szok!) uniemożliwia starty i lądowania na lotniskach…

Na wszelki wypadek nie będę dziś oglądać żadnych serwisów informacyjnych (polskich oczywiście), bo jeden z drugim Durczok zaskoczyć mnie mogą rewelacją, że jesienią może spaść śnieg. Do kompletu lokalni reporterzy przedstawią sytuację „w terenie”, ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji na drogach. Do tego porady policji i straży pożarnej, żeby może jednak ubrać się nieco cieplej… No i nie może obejść się od opinii ekspertów od pogody dobitnie dowodzących, że obecne nagłe ochłodzenie to oczywiście efekt globalnego ocieplenia.

W tej sytuacji jasne jest, że informacja o tym iż polscy europosłowie głosowali przeciwko poprawce odrzucającej debilne ustalenie iż 20% budżetu UE ma być przeznaczone na „walkę z ociepleniem klimatu” nie może się znaleźć w „Wiadomościach”, czy „Faktach” z przyczyn jak najbardziej obiektywnych. Zabrakło po prostu czasu.

Klechom się już w dupach przewraca! Nie dość, że mają powszechne nauczanie religii we wszystkich szkołach państwowych, to jeszcze stanowczo domagają się zrównania ich klechd z pełnoprawnymi dziedzinami wiedzy. Oto ‚Konferencja Episkopatu Polski’ – czyli takie Plenum Komitetu Centralnego Kościoła Katolickiego w Polsce sp. z o.o. wydało właśnie ‚komunikat’ z posiedzenia swojej ‚Komisji Wychowania Katolickiego’:

Komisja z niepokojem odnotowała odkładanie w czasie decyzji MEN o możliwości zdawania egzaminu maturalnego z religii jako przedmiotu dodatkowego przez młodzież, która wyraża taki zamiar. Przypomniano, że ze strony Kościoła zostały już dawno spełnione wszystkie formalne warunki włącznie z przeprowadzeniem pilotażu, co tym bardziej czyni niezrozumiałym brak pozytywnej decyzji ze strony Ministerstwa. Sprawa jest pilna, ponieważ w obecnym roku szkolnym do szkół ponadgimnazjalnych wchodzi nowa Podstawa Programowa, czego skutkiem będzie zdawanie matury według nowych zasad w 2015 roku. Ważnym argumentem za przyznaniem młodzieży prawa do zdawania matury z religii jest fakt prowadzenia na uczelniach publicznych studiów z teologii katolickiej, a także wysoka frekwencja uczestników zajęć z religii oraz duże zainteresowanie tematyką religijną wyrażające się choćby licznym udziałem w organizowanej corocznie Olimpiadzie Teologii Katolickiej (16 – 18 tys. młodych ludzi).

Złodziejskie katabasy mają czelność domagać się wprowadzenia możliwości zdawania matury z bajek i zabobonów, jeszcze bardziej odciągających biedną polską młodzież od prawdziwej nauki! Ileż to ostatnio po mediach przetacza się biadolenia na poziom szkolnictwa wyższego. Jakie to pełne trwogi artykuły można czytać na wszystkich wiodących portalach internetowych o tym, że współczesny absolwent szkoły wyższej nie dorównuje poziomem wiedzy choćby przedwojennemu maturzyście! A mimo to nikt nie bije na alarm, że trwają zakulisowe starania wrogów rozumu o jeszcze większe owego poziomu obniżenie!

To, że ktoś upadł na głowę i oddaje cześć wyimaginowanym bożkom (przy okazji hojnie wspomagając owych bożków przedstawicieli handlowych), nie może być jeszcze wystarczającym argumentem za usankcjonowaniem owego kultu i zrównaniem wiedzy o juedo-chrześcijańskich legendach z realną wiedzą opartą o rozsądek i wieki badań oświeconych mężów (i kilku dam) Świata.

Wytykanie błędów, kłamstw i niedomówień Gazecie Wyborczej nie jest sportem nowym, a ostatnio nawet szczególnie oryginalnym. To że dziennik ów (niegdyś opiniotwórczy – ba wręcz wyznaczający trendy na każdym szczeblu życia społeczno-politycznego Polski) nigdy nie stara się po prostu informować, tylko za każdym przekazem stoi jakaś „misja”, wiadomo nie od dziś. Dlatego ani mnie dziwi, ani szokuje tak oczywiście nieprawdziwy artykulik jak tekst zatytułowany „Przedsiębiorcy nie płacą ZUS. Kantują państwo i nas„. Ciekawi mnie jedynie, dlaczego ów stek bzdur trafił na czołówkę GW:

Autorzy tego odkrywczego inaczej dziełka próbują wmówić umęczonym przez kolejne postsolidarnościowe rządy Polakom, że powinni być wdzięczni losowi iż żyją w kraju nad Wisłą, zamiast w takiej okrutnie wyzyskujących swoich obywateli Szwecji, Niemczech, czy choćby Francji… Dodatkowo zrzucają winę za rozlewającą się po Polsce biedę na złych wyzyskiwaczy – przedsiębiorców, którzy nie wiedzieć czemu nie chcą płacić wcale nie wygórowanych podatków. Cóż za źli ludzie z tych prywaciarzy…

Całe sedno przytoczonego artykuliku opiera się na zestawieniu opracowanym przez OECD, w którym zestawiono obciążenia podatkowe w różnych krajach. Polska jawi się tam na lidera liberalnej polityki fiskalnej, ze średnim obciążeniem na poziomie 34,3%. To mniej niż 42,8% w Szwecji, czy 55,5% w Belgii. Z tym że to kompletna bzdura!

Obciążenia podatkowe wynagrodzeń w III RP są wieloskładnikowe. Rządzący zadali sobie wiele trudu, żeby rozmyć ich wielkość w jak największej ilości składek, podatków, wpłat na rozmaite fundusze itp. Teoretycznie wygląda to prosto: podatek dochodowy to 18% od kwoty brutto wynagrodzenia pomniejszonego o koszty uzyskania przychodu (dla większości podatników 111,25 zł miesięcznie). De facto zawsze mniej, bo jest coś takiego jak kwota wolna od opodatkowania (3091 zł w 2012 roku – suma absurdalnie śmiesznie niska w porównaniu do bogatszych krajów UE). Wygląda nieźle, prawda? Ale już dawno pisałem, że nie podatek dochodowy w Polsce jest problemem, tylko podatki emerytalno-zdrowotne, zwane dla niepoznaki „składkami” na ZUS.

Nie dość, że są one rozbite na wiele części

  • 19,52% na emeryturę
  • 8% na rentę
  • 2,45% na chorobowe
  • nie mniej niż 0,67% na ubezpieczenie wypadkowe (maks. 3,86% – zależy od wypadkowości danego miejsca pracy)
  • 2,45% na Fundusz Pracy
  • 0,10% na Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych
  • 9% na ubezpieczenie zdrowotne)

to jeszcze niektóre składki pobierane są bezpośrednio z wynagrodzenia, a niektóre musi pokryć pracodawca. Poprzednie zdanie nie ma tak naprawdę większego sensu, bo przecież CAŁOŚĆ wynagrodzenia musi wysupłać pracodawca, ale za pomocą takiego triku (że to niby część składek pracownik płaci sobie sam, a część ma zapłacić pracodawca nie wiadomo z jakich pieniędzy i z jakiej paki), nasi rządzący chcą rozmyć rzeczywistą wysokość podatku na ZUS. Bo pomyślcie sobie co by było, gdyby na odcinku potwierdzającym wyliczenie wynagrodzenia jakie dostają co miesiąc miliony Polaków pojawiła się nagle zamiast gąszczu liczb tylko jedna pozycja:

ZUS – 42,19%

Nazajutrz mamy w kraju rewolucję jak w banku, a na latarniach wisieli by wiecie kto i wiece za co.

Jakby nie liczyć, średnie obciążenie nijak nie wychodzi na podane przez GW 34,3%. Po pierwsze nawet gdyby wziąć pod uwagę możliwości odliczeń podatkowych, to łże-liberalne rządy Umiłowanego Przywódcy sprawiły, że właściwie nie ma już żadnych możliwości odliczeń. Ostatnia w miarę powszechna ulga (na Internet), właśnie została zlikwidowana. Po drugie, mimo iż system obliczania wysokości należnych podatków i „składek” jest skrajnie zagmatwany (np. niektóre składniki oblicza się od kwot brutto inne po odjęciu części obciążeń, stąd takie niespotykane nigdzie indziej kuriozum jak „brutto małe” i „brutto duże”!), to w dalszym ciągu nie uda nam się osiągnąć zaprezentowanego w artykule wyniku.

Zresztą sama GW daje nam dowód na to, że opodatkowanie średniego wynagrodzenia w Polsce jest znacznie wyższe niż to podane przez OECD. Na jednym z serwisów „Gazety” znajduje się poręczny kalkulator wynagrodzeń. Po wprowadzeniu do niego przeciętnego wynagrodzenia (według GUS) w Polsce w drugim kwartale 2012 roku (czyli 3496,82 zł) wychodzi nam:

Teoretycznie obciążenie pracodawcy wypłacającego pracownikowi średnie wynagrodzenie brutto powinno wynosić 41.961,84 zł (12 x 3496,82). Jak jednak widzimy, jest to faktycznie niemal 50,5 tysiąca złotych! Te pieniądze WYPRACOWAŁ pracownik i mógłby je dostać, gdyby nie fiskus (i spółka), którzy wespół zabierają mu z tego 20 451,63 złote!

Zaprawdę, nie jest to 34,3% z tekstu GW, tylko dokładnie:

40,5%.

Tak! Mamy w Polsce JEDNE Z NAJWYŻSZYCH (procentowo, nie kwotowo) podatki w Europie. A najśmieszniejsze jest to, że nie doszliśmy jeszcze do dziesiątek innych obciążeń, jakie regulować muszą pracodawcy, a które związane są z wynagrodzeniami ich pracowników (np. fundusz socjalny). Państwo polskie nakłada na pracodawców 6187 różnych obowiązków informacyjnych, z których większość jeśli nawet nie wiąże się z bezpośrednimi wpłatami w postaci rozmaitych opłat czy podatków, to angażuje potężne siły w gospodarce, które miast wytwarzać dobra (i przez to nas bogacić), generują gigantyczne koszty na które poza wyżej wymienionymi wynagrodzeniami i narzutami na nie, też przecież trzeba zarobić! Deloitte szacuje owe koszty na kwotę 77,6 mld złotych rocznie! Nawet gdyby tylko połowę z tej kwoty zostawić z przedsiębiorstwach, to na każdego zatrudnionego (5,45 miliona w I kw. 2012) przypadałaby kwota ponad 1100 zł! Miesięcznie!

Czy kaprys utrzymywania 600 tysięcznej armii urzędników na jaki sobie pozwalamy i w konsekwencji idące w dziesiątki miliardów złotych rocznie koszty tworzenia milionów ton biurowej makulatury, którą owa armia w pocie czoła przetwarza, warty jest aż takich wyrzeczeń?

Jeśli głosujesz na którąś z partii obecnego układu (nie ważne czy jest to PO, PiS, PSL, czy SLD), to na powyższe pytanie odpowiadasz twierdząco (albo sam jesteś jednym z żołnierzy owej armii). Żadna z owych partii nie ma najmniejszego zamiaru naruszyć obecny układ. Choćby nie wiem co obiecywali w kolejnych kampaniach wyborczych, zawsze kończy się to tak samo – zwiększaniem wielkości urzędniczej Hydry.

No, ale jeśli w odwodzie mają tak usłużne/głupie (a może jedno i drugie?) media jak Gazeta Wyborcza, to czego można się spodziewać? Co jeśli fakty przeczą naszym tezom, zastanawia się pseudo dziennikarz z Czerskiej? Tym gorzej dla faktów – odpowiada sobie. Zatem, podziękujmy im chórem za to, że otworzyli nam oczy na ten raj wokół nas.

 

No i szczęśliwie jesteśmy już po. Szajce trzymającej władzę wydaje się, że jej się udało, ale oczywiście jak niemal w każdej sprawie – są w błędzie.

To już naprawdę ostatnie podrygi, choć pogrobowcy Magdalenki zamiast po cichu zniknąć z pola widzenia Polaków, mają zamiar odejść z hukiem. Donald Kłamca Tusk w swoim trzecim exposé zapowiedział popełnienie spektakularnego seppuku. I to po polsku – z przytupem.

Premier już na początku swojego wystąpienia zapowiedział, że zamiast wprowadzać liberalizm i odchodzić od interwencjonizmu państwa, zrobi coś dokładnie odwrotnego. Coś, przy czym cały Gierek ze swoimi wielkimi inwestycjami to po prostu mały pikuś.

Premier z Gdańska chce mianowicie wziąć się za budowę

  • elektrowni
  • gazociągów
  • gazoportu
  • autostrad
  • linii kolejowych
  • kopalń

Tak proszę państwa. To ten tak bardzo znienawidzony przez narodowych socjalistów z PiS – „ultra-liberał”… Jego urząd przedstawił nawet piękny obrazek, ukazujący napływ „środków” do naszej umęczonej Ojczyzny:

Wynika z niego dobitnie, że na nasz kraj spadnie deszcz pieniędzy (z obrazka wynika, że będzie to dokładnie 499.000.000.000 (czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć miliardów) złotych. Zaiste piękna to suma, przekraczająca całoroczne przychody budżetu zaplanowane na rok 2013 o marne 100 miliardów. I to wszystko w jednym przemówieniu premiera. A ja się teraz pytam: KOMU kłamca Tusk ZABIERZE te miliardy, coby przejść do historii jako Gierek XXI wieku? Ten który zastał Polskę niezamożną i zostawił ją biedną jak „biedny pan mysz kościelny, który dostał domiar podatkowy akurat w dniu w którym jego małżonka uciekła z innym zabierając cały ich zapas sera” – jak powiedział klasyk?

Kłamca Tusk się nie przejmuje takimi duperelami jak pokrycie finansowe dla swoich obietnic. Nie takich obietnic nasz Umiłowany Przywódca nie dotrzymał. Więc te marne prawie 500 miliardów na pożegnanie to dla niego po prostu betka.

A wy, ludu kochany, trzymajcie się jak zwykle za portfele, bo „POważna ekipa” ma chrapkę na Wasze ostatnie zaskórniaki. I to jest jedyny pewny przekaz jaki wynika z Tuskowych elukubracji sejmowych.

Ja tylko cichutko zapytam, czy to ja zwariowałem – czy Świat wokół mnie, bo zawsze wydawało mi się, że to wolni przedsiębiorcy, na wolnym rynku nie zakłócanym przez lepkie łapy polityków, tworzą pracą własnych rąk i umysłów dobrobyt, z którego potem wszyscy korzystają. Jeśli na czymś można zarobić – to od razu znajdują się chętni żeby to zrobić. Ryzykują własne pieniądze i czasem im się powiedzie a czasem nie. Parlament powinien stworzyć takie ramy prawne, żeby każdy uczestnik życia gospodarczego w kraju miał równe prawa i takie same możliwości odniesienia sukcesu. Tylko (i aż) tyle.

Po jaką więc cholerę taki Tusk chce wyręczać „niewidzialną rękę rynku” i zamierza za nasze pieniądze budować te wszystkie socjalistyczne molochy? Czy produkcja energii elektrycznej nie jest dochodowa? No jest! Dlaczego więc rząd włazi ze swoimi brudnymi butami tam gdzie do niczego nie jest potrzebny? Czy te matoły naprawdę nie zdają sobie sprawy, że konkurując z innymi przedsiębiorcami ze swojej wysoce uprzywilejowanej pozycji, jednocześnie zarzynają możliwość powstania zdrowego, silnego rynku? Że tak zdeformowana gospodarka nie może być wydajna, samowystarczalna i co najważniejsze dochodowa! Zarówno dla jej graczy, jak i wspólnoty – czyli państwa. Jeśli coś jest chore u zarania, bo źle pomyślane, źle wdrożone i źle administrowane – to nie będzie dawać dochodu.

Czy naprawdę potrzebne nam są setki (tysiące!) państwowych spółek, których jedynym powodem istnienia jest zapewnienie posad kolejnym hordom nienażartych polityków i ich rodzin?

Po dzisiejszym wystąpieniu kłamcy Tuska tylko co raz większa próżniacza klasa urzędnicza może czuć się usatysfakcjonowana. Prezes o was nie zapomni, drogie pasibrzuchy. Ale bójcie się gniewu swojego suwerena. Bo ten narasta.

W oczach!