Na obrazku widzimy niby to zwykły, niczym nie wyróżniający się samolot transportowy. Jego tajemnica tkwi jednak w tych obłych pojemnikach na krańcach skrzydeł. Dzięki nim Do-31 potrafił zrobić tak:

Cała tajemnica tkwi w dodatkowych 8 silnikach turboodrzutowych umieszczonych pionowo na końcach skrzydeł oraz zmiennej geometrii wylotów gazów spalinowych z silników głównych (jak w Harrierze). Dzięki takiej konstrukcji ten transportowy samolot mógł pionowo startować i lądować, a także wykonać zawis w powietrzu. Zupełnie jak śmigłowiec.

Powstał na zamówienie Luftwaffe na początku lat 60. XX wieku. Niemieccy generałowie obawiali się, że zniszczone w wypadku najazdu armii Układu Warszawskiego lotniska, uniemożliwią obronę Bundesrepubliki. Dornier już od dłuższego czasu eksperymentował z konstrukcjami VTOL (ang. „Vertical Take Off and Landing” – pionowy start i lądowanie). Podjął się więc prac nad konstrukcją transportowca nie potrzebującego długich pasów startów.

Powstały trzy prototypy z czego tylko trzeci, oznaczony E3, wykonywał pionowe starty i lądowania. Samolot służył do przeprowadzenia szeregu badań i testów a przy okazji pobił wiele rekordów FAI. W wyniku prób okazało się jednak, że dodatkowe silniki powodują zbyt duży opór, przez co zasadnicze zadanie jakie stawia się samolotom transportowym – czyli przenoszenie ładunków – nie byłoby wykonywanie z maksymalną efektywnością. „Normalne” samoloty o zbliżonej wielkości mogły przenosić więcej i na dalsze odległości niż Dornier Do-31. Dlatego projekt wycofano w kwietniu 1970 roku. Ponad 40 lat temu.

Do dziś nie powstał żaden inny projekt transportowego samolotu pionowego startu i lądowania.

Dane techniczne
Załoga: 2
Ładowność: 36 żołnierzy, lub 24 nosze
Długość: 20,53 m
Rozpiętość: 18 m
Wysokość: 8,53 m
Powierzchnia nośna: 57 m²
Masa własna: 22.453 kg
Udźwig: 3.500 kg
Maksymalna masa startowa: 27.422 kg
Napęd: 2 x Rolls-Royce Pegasus BE.53/2 (68,95 kN każdy) i 8 x Rolls-Royce RB-162-4D (19,57 kN każdy)
Prędkość maksymalna: 730 km/h
Prędkość przelotowa: 650 km/h
Zasięg: 1800 km z maksymalnym ładunkiem
Pułap: 10.700 m
Prędkość wznoszenia: 19,2 m/s (przy użyciu wyłącznie silników głównych)

Obszerna galeria zdjęć

Jak wiadomo każdy Polak zna się na sporcie (no, może z wyjątkiem pani Magdaleny Środowej, polecam jej absurdalny tekst o wypadku Kubicy na stronie „Gazety”), a wice prezes „Kościół Katolicki w Polsce sp. z o.o.” zna się oprócz tego na pieniądzach. I wcale tego faktu nie ukrywa. Widać lata posługi u boku prawej ręki Panaboga w centrali firmy w Watykanie nauczyły go, że można sobie odprawiać różne śmichy chichy, przebierać się w sukienki, opowiadać androny o wiecznym życiu, ale najważniejsza jest żywa gotówka. Po powrocie do Polski biznes idzie mu wyjątkowo dobrze. Dzięki umiejętnemu wykorzystaniu śmierci Szefa zarobił grube miliony złotych wydając pod swoim nazwiskiem wyidealizowane wspomnienia z lat pracy w centrali. Udało mu się to sprzedać pod niemal każdą postacią: książek (w twardej i miękkiej oprawie), słuchowisk czy w końcu filmu, na który obowiązkowo zaganiano dzieciarnię z całej Polski.

Prezes Dziwisz (bo oczywiście o nim mowa), chyba nie miał czasu poukładać wszystkich stosów z forsą w swoim przepastnym skarbcu, kiedy szybkim krokiem zbliżają się kolejne żniwa. Ustalono, że Szef zostanie wkrótce „beatyfikowany” – można na tym w końcu nieźle zarobić.

Nasz bohater to człowiek zaradny (jak każdy Góral) i już za życia Szefa postarał się o zebranie artefaktów, które w odpowiednim czasie będzie można spieniężyć. Co prawda żyjemy w XXI wieku i ludzkość ma za sobą tysiące lat kształtowania cywilizowanych zachowań, ale najwyraźniej nie obowiązują one facetów w sukienkach. Wyobraźcie bowiem sobie, że Dziwisz ma w swoje kolekcji m.in. fiolki z krwią JP2! Podkradł je przy okazji operacji chirurgicznej, jaką przeprowadzano niegdyś Szefowi… Od jakiegoś czasu słychać było, że prezes-kardynał zamiaruje podzielić swoją kolekcję między różne krajowe miejsca kultu w celu uatrakcyjnienia tych przybytków, coby więcej i więcej maluczkich mogło w zębach przywozić tam swoje dutki. Tak też się stanie, zapewne po jakiejś wewnętrznej licytacji – bo chętnych z różnych oddziałów KK sp. z o.o. jest więcej niż magicznych przedmiotów.

Z pewnością niepocieszony będzie jeden ze zwyciezców przetargu, bo Dziwisz właśnie podarował (poza kolejnością) kropelkę krwi JP2 dochodzącemu do siebie po ciężkim wypadku Robertowi Kubicy.

Jeśli jest JEDEN pozafinansowy argument za tym ruchem, to bardzo proszę o komentarz (pod spodem). W moim odczuciu nie ma ani moralnych, ani religijnych, ani żadnych innych argumentów, poza widoczną jak na dłoni chęcią kardynała-biznesmena do sprowokowania rewanżu jednego z najbogatszych Polaków za ten groteskowy prezent. Klecha natychmiast zaprosił przecież („do pierwszego rzędu”) Kubicę na uroczystości beatyfikacyjne. Nie przystoi przecie przyjść podziękować Panbogu za cudem przywrócone zdrowie z pustymi rękami.

Nie słyszeliśmy żeby Dziwisz z równą troską pochylał się nad jakąkowliek ofiarą wypadku samochodowego, których co dzień zdarza się w Polsce dziesiątki. Nie pofatygował się do nich nawet z nic nie wartym obrazkiem… Co więcej, nawet niektórzy pracownicy KK sp. z o.o. krytykują naszego obrotnego katabasa za zbytni pośpiech w ofiarowniu relikwii. Ponoć nie ma ona magicznej mocy przed oficjalnym ogłoszeniem beatyfikacji…

Nie pierwszy to raz chciwość zaćmiewa ludziom oczy. Pięknie byłoby, gdyby w podzięce Robert ofiarował Kościołowi np. kawałek bandaża ze SWOJĄ krwią, lub coś równie symbolicznego. Dałbym prawie każde pieniądze, żeby zobaczyć wtedy minę Dziwisza.

Moda muzyczna zmienia się oczywiście nieustannie. Jak każda moda – przychodzi i odchodzi. Od dwóch, trzech lat powraca elektroniczna muzyka rozrywkowa w stylu wczesnych lat osiemdziesiątych. Zwana jako SYNTHPOP.

Przez pół dekady takie zespoły jak OMD, The Human League, Depeche Mode, Alphaville, Pet Shop Boys, Tears for Fears, Eurythmics czy A-ha królowały na dyskotekowych parkietach, w radio i w MTV (tak tak, kiedyś MTV nadawało wyłącznie muzykę i kreowało hity). Chcecie przypomnieć sobie te klimaty? Zapraszam do posłuchania mojej stacji „Romantycy Muzyki Rockowej” (od tytułu audycji jakie prowadził w latach 80. Tomasz Beksiński na antenie Polskiego Radio PR 2), wystarczy kliknąć tutaj:

Radio ROMANTYCY MUZYKI ROCKOWEJ

Ale nie tylko wspominki pozostały sympatykom elektronicznego popu. Niektóre zespoły nagrywają nowe albumy dosyć regularnie (np. Depeche Mode), a kilka prawdziwych ikon nurtu właśnie zapowiedziało nowe produkcje po dłuższej przerwie. Dla przykładu:

  • The Human League zapowiedziało premierę nowego albumu pod tytułem „Credo” na dzień 28 marca 2011. Już teraz dostępny jest promujący płytę singiel z piosenką „Night People„.
  • OMD wydało zupełnie nową płytę „History of modern20 września 2010. Drugim singlem promującym jest piosenka „Sister Mary Says„, którą dosyć często można usłyszeć np. w polskiej stacji Rebel TV (polecam).
  • Blancmange, grupa słynna z jednego utworu („Don’t Tell Me„), przygotowała nowy materiał po raz pierwszy od ponad 25 lat! Album „Blanc Burn” ma mieć premierę już 7 marca 2011.
  • Grupa której przedstawiać nie trzeba: kolejny album Duran Duran, zatytułowany „All You Need Is Now” będzie mieć swoją premierę 21 marca 2011.


To tylko kilka przykładów, a trzeba jeszcze zaznaczyć, że sukcesy odnoszą także młode zespoły bezpośrednio nawiązujące do tej stylistyki. Dwa najciekawsze w mojej opinii przykłady to grupa Hurts („Wonderfull Life„) i piorunująca mieszanka Erasure, Bee Gees i FGTH na miarę XXI wieku, czyli grupa Scissors Sisters („Invisible Light„).

No i najważniejsze: Depeche Mode już za moment wchodzi do studia aby rozpocząć nagrywanie kolejnego albumu. Się dzieje.

Wiadomo że jak rząd obiecuje że da, to obiecuje i na obiecankach się kończy. A jak zapewnia że zmniejszy biurokrację, to oczywiście ją zwiększy. Tak to już jest z politykami. Nie ma takiego świństwa, do którego nie posunąłby się polityk żeby zdobyć głosy. Aktualnie rządząca szajka nie jest w niczym inna od szajek poprzednich. Co prawda jednym ze sztandarowych haseł Donalda Tuska i spółki było zmniejszenie ilości urzędników, ale przecież równocześnie obiecał że nie podniesie podatków, czy że nie będzie zwiększał ilości fotoradarów na naszych dziurawych drogach… Tych obietnic nie dotrzymał, to dlaczego miałby przejmować się tamtymi? Czy to by coś zmieniło w wizerunku Platformy? No chyba niezbyt wiele. A jak się dowiadujemy rzesza urzędnicza III RP właśnie dobija do pół miliona. To całkiem pokaźny elektorat. Każda władza musi się z nim liczyć. A my musimy tę hydrę utrzymywać. Jakby tak dokładniej policzyć, to jest to duuuużo kasy. Bardziej wrażliwym polecam przerwanie dalszej lektury tego tekstu. Niektóre liczby mogą zaszokować. Według GUS w 2010 mieliśmy 462.900 urzędników. Średnia pensja urzędnika wynosiła 4.082 zł brutto. Nie wiemy czy jest to tzw. brutto małe, czy duże, ale z dużym prawdopodobieństwem możemy stwierdzić, że raczej brutto małe. Oznacza to, że do całkowitego kosztu średniego wynagrodzenia należy dodać koszty ponoszone przez pracodawcę (chodzi głównie o ukryty przed pracującymi na etacie całkowity wymiar stawek na ZUS – w tej chwili jest on płacony w części przez pracodawcę, a w części niby przez pracownika – de facto całość musi oczywiście zapłacić pracodawca). Według kalkulatora zamieszczonego na stronie wynagrodzenia.pl całkowity roczny koszt płacy jednego urzędnika w 2010 roku wynosił więc 58.099,92 zł. Mnożąc ilość pracowników przez tą wartość otrzymujemy astronomicznie wysoką kwotę:

[box]26.894.452.968 złotych[/box]

Prawie 27 miliardów! Szokująca kwota, ale nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie rachunków niestety. Żaden urząd nie może istnieć samymi urzędnikami. Potrzebuje do tego całej otoczki: budynków, wyposażenia, samochodów. A siedzący w monumentalnych siedzibach urzędnicy mają do dyspozycji specjalną opiekę zdrowotną, własne ośrodki wypoczynkowe, nieustanne szkolenia, utrzymywane z państwowych pieniędzy związki zawodowe i fundusze socjalne (dzięki którym mogą np. jeździć na coroczne zakładowe pielgrzymki do Częstochowy). Wszystko to kosztuje krocie. Są szacunki, które określają sumę pozapłacowych wydatków na administrację na kwotę nie mniejszą niż dwukrotność kosztów wynagrodzeń. Lekko możemy więc dorzucić

[box]50.000.000.000 złotych[/box]

To suma po prostu zawrotna, ale wciąż nie jest to cały obraz problemu. Aby zadowolić tę wielogłową urzędniczą hydrę, miliony Polaków są zobowiązani dostarczać jej nieustannie setki milionów dokumentów, sprawozdań, deklaracji, ankiet, zaświadczeń i tym podobnej biurokratycznej materii, nie zapominając oczywiście o grubym katalogu opłat od czegokolwiek (poza oczywistymi podatkami rzecz jasna). Aby sprostać temu syzyfowemu zadaniu upodleni Polacy poświęcają rocznie astronomicznie wielką ilość godzin. Ponoszą koszty zatrudniania specjalistów z różnorakich dziedzin tylko w celu wypełniania urzędniczych formularzy, tracą pieniądze na szkolenia mające lepiej przysposobić ich w zaspokajaniu wymagań tysięcy ustaw i rozporządzeń. A mogliby wydawać tę forsę na coś pożytecznego. Na przykład na modernizację, żeby być lepszymi w biznesie od np. Niemców. Albo na fajne wakacje, żeby nie musieć dziadować po gównianych hotelach w Tunezji czy Egipcie, pijąc od rana do wieczora arabski bimber wymieszany z wodą z kranu (bo w końcu mamy pakiet „all-inclusive„), ale w końcu pojechać na tą wymarzoną wycieczkę do Ameryki Południowej, bo zawsze chcieliśmy zobaczyć piramidy Inków! Tak! Byłoby nas na to stać, gdybyśmy nie żyli w tak złodziejskim kraju.

Jaka może być suma tych zupełnie zbędnych w normalnym kraju kosztów? Jest to niezmiernie trudne do oszacowania, ale nawet licząc po 50 zł miesięcznie od każdego obywatela RP (co jest kwotą bardzo małą – proszę zauważyć, że same wynagrodzenia w administracji firm prywatnych są z reguły dosyć wysokie, w końcu są to specjaliści), daje nam to rocznie kwotę:

[box]22.912.116.000 złotych[/box]

Podsumowując. Łączne koszty biurokracji w Polsce możemy ostrożnie szacować na nie mniej niż:

[box]99.806.568.968 złotych[/box]

Niemal sto miliardów.

To kwota odpowiadająca rocznym przychodom budżetu państwa z podatku VAT (99 mld) zł. Albo sumie podatków: dochodowego od osób fizycznych (36 mld zł), dochodowego od osób prawnych (24 mld zł) i akcyzy (54 mld zł)!

Więcej porównań? Proszę bardzo:

  • na biurokrację wydajemy w Polsce dwa razy więcej niż „odkładamy” corocznie do ZUS na emerytury (51 mld zł),
  • urzędnicy kosztują w Polsce pięć razy więcej niż nasze wydatki na obronność (23 mld zł),
  • Policja dla utrzymania w Polsce porządku otrzymuje w naszym kraju zaledwie 1/12 (8 mld zł) tego co pochłania rocznie urzędnicza hydra;
  • nasze całe wydatki na naukę to zaledwie 1/20 (5 mld zł) tego, co musimy przeznaczać na półmilionową administracyjną kastę;
  • a proponowane przez tow. Leszka Balcerowicza cięcia w wydatkach socjalnych, o których pisałem niedawno (dla niektórych bardzo dotkliwe), to łącznie mniej niż nędzne 5 mld złotych – 1/20 kosztów administracji.

Czy tak być musi? Czy nie ma innej drogi niż mnożenie niskiej jakości prawa i pączkowanie kolejnych urzędów powołanych do jego stosowania? Oczywiście że jest! Administracja mogłaby kosztować nawet 1/10 tego co obecnie! To naprawdę jest możliwe. Możemy mieć proste, liniowe podatki. Łatwe do obliczenia bez konieczności korzystania z usług biura podatkowego. Przejrzyste i spójne prawo traktujące OBYWATELA jak PODMIOT Rzeczpospolitej, gdzie to DLA NIEGO a nie odwrotnie, pracują w nielicznych urzędach wysoko opłacani, kompetentni i rzetelni Urzędnicy Państwowi. Kiedyś ten tytuł coś znaczył. Dzisiaj urzędnik to najczęściej opryskliwa urzędniczka z okienka. Nie tak powinno być.

Nie ma już chyba nikogo naiwnego, który sądziłby że obecnie rządząca szajka (PO+PSL) jest chętna do wypełniania swoich wyborczych obietnic. Ich bezpośredni konkurenci nie są w niczym lepsi. Biurokracja rosła w równym tempie zarówno za rządów SLD, AWS jak i PiS. Nikt z nich nie potrafił (nie chciał?) zaradzić tej zarazie. W tym roku mamy znowu wybory. I jedyne o co Was proszę, to zapoznanie się z programami starających się o nasze głosy partii i porównanie, jak do tej pory swoje wyborcze obietnice owe partie realizowały. To niesłychanie ważne! Gdyby w lokalnym sklepie uparcie oferowano Wam jedynie niezbyt świeże mięso, przy tym oszukując na wadze i nie wydając reszty, to czy wciąż powracalibyście do tego sklepu robiąc codzienne zakupy? Z pewnością nie.

Tak proste decyzje każdemu przychodzą niemal automatycznie… Dlaczego więc w sprawie o niebo ważniejszej niż kotlet schabowy, myślenie dla Polaków jest tak trudne?

Jakżeż my lubimy kiedy się nad nami pochylają. Kiedy dbają o najmniejszy aspekt naszego życia. Nasz minister od deficytu budżetowego ostatnio wszędzie tłumaczy jaka to wielka troska o NASZE pieniądze spowodowała zmianę zasad podziału „składek emerytalnych” między szajkę państwową (ZUS) i szajki prywatne (OFE). Serce roście, kiedy się widzi taką szczerą troskę wysokiego urzędnika. O swoje tak nie dba jak o nasze…

Oczywiście prawda jest zupełnie inna. Minister Jan Vincent Rostowski, występujący pod pseudonimem „Jacek Rostowski”, martwi się wyłącznie o własny stołek i utrzymanie status quo swojej kasty. Niefortunny wpis w Konstytucji RP powoduje, że beztroska działalność polityków byłaby mocno utrudniona, gdyby przekroczyć 55% zadłużenia w stosunku do PKB a wręcz niemożliwa po osiągnięciu progu 60%. To i TYLKO to spowodowało, że Tusk i spółka wzięli się ponownie za kreatywną księgowość i za pomocą magicznych sztuczek zażegnali niebezpieczeństwo przymusowego zaciskania pasa na szczeblu centralnym. Oczywiście na jakiś czas. Gdzieś tak do wyborów. Co będzie potem nikt nie wie a ci co się domyślają albo nie puszczają pary z ust (Rostowski), albo dają rady kolejny raz potwierdzające kto w tym kraju jest podmiotem a kto przedmiotem wielkich operacji finansowych (vide były kumpel Jana Vincenta – profesor Leszek Balcerowicz).

Balcerowicz, były członek PZPR, były etatowy pracownik Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR, były przewodniczący lewicowej partii Unia Wolności, zawsze potrafił się ustawić. Jego karierze nie przeszkadzał ani PRL (kto w latach 70. ubiegłego wieku mógł studiować w Nowym Jorku?), ani stan wojenny (staże na zachodzie Europy), ani upadek własnego rządu, czy rozpad partii (ciepłe posadki w różnych instytucjach finansowych Polski i Europy). Ten facet wie jak się ustawić. A ostatnio pozuje na jedynego sprawiedliwego bijąc na alarm w sprawie zadłużenia Państwa… Rychło w czas, towarzyszu Balcerowicz.

Profesor objawił nam wczoraj swoje wyliczenia dowodzące, że (i tu niespodzianka) – to politycy rozsadzili finanse publiczne!!! Cóż za odkrycie! No to chyba noblistę 2011 w kategorii Ekonomia już poznaliśmy… Balcerowicz nie poprzestał jedynie na analizie sytuacji. Jako prawdziwy naukowiec podzielił się jednocześnie swoimi głęboko wydumanymi radami, mającymi owe mityczne publiczne finanse rychło uzdrowić. Sprowadzają się one właściwie do jednego: przykręcać śrubę. Mała próbka:

  • stopniowe podwyższanie wieku emerytalnego…
  • likwidacja przywilejów emerytalnych…
  • rozszerzenie rzeszy płacących na ZUS…
  • obniżenie zasiłków i ulg.

Przy tym wszystkim utworzenie „centrum usług wspólnych dla administracji” to już naprawdę kwiatek do kożucha, mający chyba jedynie pokazać że oszczędności pochodzić będą także z jakichś marginalnych cięć w biurokracji a nie wyłącznie z ODBIERANIA PRAW NABYTYCH. Cóż, towarzysz Balcerowicz ma jak widać jedną radę na biedę: dokładniej przetrzebiać kieszenie swoich ofiar podopiecznych. Cóż za troska.

Wystarczy jednak zmienić optykę i popatrzeć z punktu widzenia naszych „opiekunów„. Pomocne przy tym będzie zapoznanie się z wywiadem jakiego ostatnio udzielił minister „Jacek” Monice Olejnik. W materiale tym widać jak na dłoni, że Rostowski traktuje Polaków jak bydło. W znaczeniu absolutnie dosłownym. Jak hodowaną wyłącznie dla gospodarskich korzyści rogaciznę, która nie musi (wręcz nie powinna) wiedzieć w jakim celu jest hodowana. Ma jedynie żreć co mu dają, trawić to w spokoju, wypróżniać się regularnie i wynagradzać swojego hodowcę jak największą ilością „korzyści„. I tu różnica: krowy dają mleko i mięso, a ludzie tylko pieniądze. Poza tym, nie ma absolutnie żadnych różnic (no może jest jeszcze jedna: krówki i świnki mają lepszą i tańszą opiekę zdrowotną – tam jeszcze nie dotarło NFZ). Mimo usilnych starań Olejnik (która jak wiadomo potrafi być upierdliwa), Jan-Vincent vel Jacek nie odpowiedział na ani jedno niewygodnie dla siebie pytanie. Najwyraźniej o pewnych sprawach bydło wiedzieć nie musi.

Konkluzja: Balcerowicz i Rostowski pozornie stoją obecnie po dwóch stronach barykady, ale ów antagonizm jest zupełnie pozorny. Jeden i drugi to cyniczni spryciarze nastawieni na drenaż naszych portfeli. A że akurat się nieco poprztykali? Cóż, w końcu oni mają osobne portfele. I nie chcą, żeby za bardzo było w nich widać dno. No, mućki! Klapki na oczy i do roboty.