Nasi politycy, wszyscy jak jeden mąż – od lewa (SLD, PSL) do lewa (PO, PiS) – sprzedali za garść paciorków Polskę Socjalistycznemu Związkowi Republik Europejskich. Już za kilkanaście minut wchodzi w życie Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską (w skrócie zwany lizbońskim). Tym samym wszyscy głosujący w ostatnich kilku wyborach na partie zamieszane w jego formalne zatwierdzenie przyłożyli się do de facto utraty niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej. Na razie w kilku kluczowych sprawach (np. polityki zagranicznej, czy tzw. „solidarności energetycznej”), ale „lizbona” umacnia przy okazji niedemokratyczny, wręcz totalitarny sposób sprawowania władzy we „Wspólnocie”. Najwyższą władzę w (teraz już oficjalnie istniejącej) Unii Europejskiej w dalszym ciągu mieć będą kapłani nowego europejskiego zakonu władzy – czyli niewybierani demokratycznie Komisarze. Ale powstało nowe stanowisko „Prezydenta UE” i co więcej – zostało w ekspresowym tempie obsadzone. Funkcję tę pełni pan Herman Van Rompuy. Nie słyszeliście o tym? A słyszeliście kto został stosunkowo niedawno wybrany na prezydenta USA? Tak! Ten Mulat, Barack Hussein Obama. Tego to znacie, a „swojego” prezydenta nie? Może dlatego, że nie został wybrany w powszechnym głosowaniu?

Taka jest Nowa Unia. Zbiurokratyzowana, oparta na niejasnych powiązaniach, niedemokratyczna i dążąca do zmarginalizowania lokalnych rządów w nie wiadomo jakim celu… Czemu ma tak naprawdę służyć? Czy tylko zaspokojeniu ambicji kilku zachodnioeuropejskich polityków? Po co tworzony jest ten moloch, który pożera co raz to więcej naszych pieniędzy w imię budowania zupełnie niepotrzebnego paneuropejskiego superpaństwa? Prawdopodobnie dowiemy się o tym bardzo szybko. Już w kilka godzin po desygnowaniu na stanowisko „Prezydenta”, pan Herman von Rompuy ponoć zapowiedział (według „Daily Mail„), że zamierza zastąpić wszystkie symbole narodowe unijnymi a także chciałby ujednolicenia podatków. Gazeta nazywa go po prostu „fanatycznym federalistą” a tytuł artykułu mu poświęconego to po prostu „człowiek bez ojczyzny„.

Jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości czym jest Unia Wspólnota Europejska, to polecam zapis fragmentu obrad Parlamentu:

httpv://www.youtube.com/watch?v=etP3f-mNkD4

Miłych snów. I zapamiętajcie co się Wam przyśni! Podobno to ważne co nam się śni na nowym miejscu. A jutro z pewnością budzimy się w INNYM KRAJU.

Uwaga, uwaga!

Uroczyście ogłaszam, że tegoroczne mistrzostwo Świata i Okolic w najniższych lotów product placement zdobył aktualny hit TVP, serial „Dom nad rozlewiskiem„.

Dom nad rozlewiskiem

Dzisiejszy (dziewiąty) odcinek to już chyba szczyt reklamowego kiczu. Do kolekcji wcześniej reklamowanych produktów doszły kolejne. W sumie oglądając niby serial, jesteśmy narażeni na obcowanie z „dyskretnymi” spotami reklamującymi m.in.:

  1. Samochody „Suzuki”
  2. Olej „Kujawski”
  3. Produkty kawopodobne „Mokate”
  4. Herbatę „Lloyd”
  5. Zmywarki „Bosch”
  6. Krem przeciwzmarszczkowy „Perfekta”
  7. Komputery „Toshiba”
  8. Bezprzewodowy dostęp do Internetu „iPlus”.

Tyle przychodzi mi do głowy na szybko. Być może coś przeoczyłem. Ale nawet taka lista może być chlubą specjalistów od PP pracujących dla realizatorów tego serialu. Mnie za to nasuwa się takie pytanie: czy TVP wlicza te reklamy do limitu czasowego jakiego jest zobowiązana przestrzegać zgodnie z zapisami w swojej telewizyjnej koncesji?

P.S.

Zauważyłem jeszcze:

  1. Gaz w butlach „Gaspol”
  2. Biżuterię „Apart”.

Psycho Wajrak

Dużurny „ekolog” Gazety Wyborczej, pan Adam Wajrak, zawsze słynął z bezkompromisowego podążania „zieloną” ściężką. Nie miał najmniejszych oporów kiedy trzeba było poprzeć jakąkolwiek „ekologiczną” akcję, nawet gdy w grę wchodziły eko-terrorystyczne metody, na przykład takie jakie stosuje Greenpeace.

Teraz napisał prawdziwie histeryczny artykuł w obronie teorii „globalnego ocieplenia” (Zaufajmy nauce, a nie klimatycznym znachorom):

W polskich mediach w sprawie ocieplenia prym wiodą klimatyczni znachorzy, którzy opierając się na wątpliwej jakości źródłach, plotą brednie o klimacie, mącąc w głowie ludziom i próbując odwieść polityków od kluczowych decyzji. Obawiam się, że jeszcze długo tak będzie, bo łatwiej nam uwierzyć w spiski niż w naukę.

Przeciętny polski widz i czytelnik może się dowiedzieć z mediów, że w sprawie zmian klimatu toczy się jakaś równorzędna dyskusja między naukowcami. Że jest tyle samo argumentów „przeciw”, co „za”. Szczególną karierę robi tu zbitek słów „teoria globalnego ocieplenia” lub „hipoteza o zmianach klimatycznych”.

Teoria i hipoteza czyli coś, co w powszechnym rozumieniu jest mało pewne i niesprawdzone. (…)

Zaufajmy nauce!

Teza, że klimat może się zmieniać pod wpływem uwalnianego do atmosfery węgla, jest wałkowana przez naukowców przynajmniej od lat 60. XX wieku. Jeżeli nazwiemy to religią, to jest to chyba pierwsza religia o tak solidnych podstawach naukowych. Ten problem obracany jest i oglądany ze wszystkich stron i jak na razie nauce wychodzi, że tak właśnie podgrzewamy planetę. Wychodzi to tej samej nauce, której zawdzięczamy Internet i loty w kosmos. Owszem bywa, że się myli, ale innej nauki niż ta oparta na recenzowanych publikacjach nie mamy. Nie mamy lepszego narzędzia poznawczego i nieważne, czy chodzi o raka, HIV, wiewiórki, życie pingwinów czy właśnie zmiany klimatyczne. I ta nauka nam mówi, że ocieplenie zawdzięczamy naszej działalności i że jest to jedno z najpoważniejszych (moim zdaniem najpoważniejsze) wyzwań, przed jakimi stoi ludzkość.

Możemy oczywiście sprawdzać wszystko jeszcze raz i raz jeszcze. Zaczyna to przypominać sytuację człowieka, który od wielu lekarzy dostaje diagnozę, że jest ciężko chory i pora się leczyć. Gna do znachora, który mówi mu, by się nie martwił, bo medycyna się myli i nigdy nie ma stu procentowej pewności. Jak taki człowiek skończy, nietrudno się domyślić. Mamy prosty wybór: albo ufamy nauce, albo klimatycznym znachorom.

I tu następuje prośba o poparcie apelu Greenpeace wzywającego polityków do rozwiązania „problemu globalnego ocieplenia” swoimi metodami…

Nie wiem jak to widzi pan Wajrak, ale w mojej opinii pisanie petycji do środowiska tak skorumpowanego jak politycy z żądaniem JESZCZE WIĘKSZEGO DOJENIA NAS Z PIENIĘDZY pod jakimkolwiek pozorem jest czystym idiotyzmem, a pod tak fałszywym jak walka z „globalnym ociepleniem” to już po prostu szczyt wszelkiej głupoty.

Po epitetach czas na argumenty:

  • Współczesna nauka może jedynie bardzo zgrubnie szacować zmiany klimatu a wszelkie kategoryczne sądy o średnim poziomie temperatur na Ziemi sięgające dalej niż najstarsze dokładne pomiary przeprowadzane przez człowieka (czyli od XVIII wieku) to czysta spekulacja.
  • Odwierty na Antarktydzie mogą świadczyć o historii zawartości CO2 w powietrzu na Antarktydzie. Ale nijak się mają np. do Europy, czy dla przykładu Tasmanii! Poza tym, nikt nie jest w stanie potwierdzić jak wpływa czas (całe epoki – setki tysięcy lat) na CO2 zawarty w lodzie. Po prostu nasze badania obejmują zaledwie kilkadziesiąt lat i nie mamy najmniejszych szans doświadczalnie sprawdzić, czy poszczególne skladniki atmosfery uwięzione w lodzie pozostają w zupełnie niezmienionym stanie przez tak długi czas jak chcieli by tego zwolennicy „globalnego ocieplenia”.
  • CO2 jest zaledwie jednym z tzw. „gazów cieplarnianych”, ale wcale nie najpowszechniejszym. W atmosferze najwięcej jest nie dwutlenku węgla a monotlenku diwodoru. Według różnych szacunków stanowi on od 70 do 95% gazów powodujących „efekt cieplarnianych” (CO2 zaledwie kilka procent). Dlaczego „Obrońcy Ziemi” nie prowadzą żadnych działań przeciwko tej substancji? Może dlatego że to po prostu woda (ściślej: para wodna) i trudno było by czymkolwiek uzasadnić próby ograniczenia jej emisji… No i zupełnie tak samo jak w przypadku niedobrego CO2, przeważająca większość pary wodnej emitowanej do atmosfery ma swoje naturalne źródło: odwiecznie zachodzące na Ziemi procesy.

Swój elaborat szanowny pan Adam Wajrak napisał z pozycji osoby światłej, znającej materię w której się wypowiada, wręcz eksperta. Za takiego uchodzi. Cóż… Mam zasadniczo odmienne zdanie na ten temat. Oglądałem ostatnio autorską audycję telewizyjną pana „Ekologa”, w którym próbował pokazać Pluszcze. No, Cejrowski to z niego nie będzie… W każdym razie dotychczas w mediach (tzn. w „Gazecie Wyborczej”) wykreowano wokół jego osoby aurę wysokiej klasy fachowca od Natury w ogóle, a źle rozumianej Ekologii w szczególności. Mnie to wygląda on raczej na „eksperta” klasy tych z Greenpeace.

Nie sądze, żeby Adam Wajrak był wprost na usługach tych którzy wzbogacają się na tej całej ociepleniowej hucpie. Sprawia raczej wrażenie kolejnego „pożytecznego idioty„. Ale my przypomnijmy sobie nie tak odległą w czasie aferę z „dziurą ozonową” i zabójczym freonem (CFC). Była ona prototypem obecnej walki z CO2. Potężny koncern Du Pont był właścicielem patentów na produkcję tego najpopularniejszego gazu służącego do napełniania urządzeń chłodniczych i wszelkiego rodzaju rozpylaczy. Jednak każdy patent musi w końcu wygasnąć i pozycja monopolisty mogła ulec zachwianiu. Właśnie taki moment się zbliżał. Wymyślono więc nowy gaz zastępujący CFC i wmówiono opinii publicznej (i co ważniejsze – politykom), że freon ze starego gazu niszczy ochronną warstwę ozonową wokół naszej planety. Cały numer poszedł jak z płatka i dziś Du Pont w dalszym ciągu jest monopolistą na rynku tego rodzaju gazów, z tym że z nowym, „bezpiecznym” produktem.

Z czasem okazało się, że warstwa ozonu raz jest większa a raz mniejsza ot tak, bez powodu a poza tym wcale nie jest pewne, że chroni naszą Ziemię przed czymkolwiek. Co z tego? Konwersja na technologię bezfreonową już się zakończyła a rządom głupio było przyznawać się przed swoimi wyborcami, że dali się nabić w butelkę. Czy muszę palcem wskazywać podobieństwa afery freonowej (CFC) z aferą karbonową (CO2)?

Nie bądźcie Wajrakami.

461px-Coat_of_arms_of_Poland2_1919-1927.svgPolska odzyskała niepodległość 91 lat temu. To najpiękniejszy moment w naszej najnowszej historii. Coś czym powinniśmy się szczycić i ku przestrodze, że niepodległość się ma ale i można ją stracić, wbijać młodym do głów. Wszystko jasne – oprócz samego Święta.

Polska nie odrodziła się 11 listopada 1918 roku, a z górką miesiąc wcześniej. Chronologia wydarzeń była taka (za Wikipedią):

00000754

Jak widać, ogłoszenie odrodzenia się Polski przez legalny organ polskiej władzy miało miejsce 7 października 1918 roku. Wobec braku możliwości utrzymania owej władzy i w celu zapobieżenia wybuchu chaosu, Rada Regencyjna przekazała ową władzę „mniejszemu złu” (w stosunku do socjalistycznego Rządu Ludowego Ignacego Daszyńskiego), czyli dysponującemu jedyną realną siłą militarną, Józefowi Piłsudskiemu. Ten władzę utrzymał silną ręką i wkrótce dzięki sprawnym podbojom znacznie powiększył wielkość Rzeczpospolitej. Chwała Mu za to.

Święto 11 Listopada ustanowiono ustawą z 1937 roku, na fali wciąż silnego kultu Marszałka i ku Jego czci. Nazywanie jednak akurat tej daty „dniem odzyskania niepodległości” wydaje się dziś błędem i zamazywaniem historii. Nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu: Królestwo Polskie po 123 latach rozbiorów wybiło się na niepodległość 7 października 1918 roku.

Teraz pilnujmy, żeby Rzeczpospolita pozostała Niepodległą. Obecnie rządzącym na tym zdaje się za bardzo nie zależy…